Reklama

XXX Truskawkobranie cz. II

04/07/2005 16:02
Najliczniej zgromadzona publika w historii imprezy i widowiskowe występy największych gwiazd to główne wspomnienia jakie pozostawiła po sobie wieczorna część jubileuszowej XXX edycji Truskawkobrania na Złotej Górze.

Im bliżej było do występu najbardziej oczekiwanych muzyków, w szybkim tempie przybywało nie tylko emocji, ale i publiczności. Głównym problemem dorocznej, „truskawkowej” imprezy jest jednak jej niezbyt sprzyjająca zabawie lokalizacja. Publiczność narzekała przede wszystkim na nie do końca przemyślane rozstawienie stoisk i wystające z ziemi konary. - Schodząc z dzieckiem i mężem na dół, w pobliże sceny, potknęłam się i dotkliwie zraniłam. Cały wieczór mam zepsuty! - narzekała pani Dagmara z Gdańska. Organizatorzy zdają się jednak rozumieć fakt, iż zniechęcony niedogodnościami turysta może za rok Truskawkobrania już nie odwiedzić. - Opracowujemy projekt rozsądniejszego zagospodarowania tego terenu. Wiem, że odwiedzający oczekują imprezy dłuższej, przez co bardziej atrakcyjnej. Będziemy próbowali rozwijać nie tylko tę imprezę, ale i cały okoliczny teren. W zimie mogłoby się tu znaleźć miejsce choćby dla toru saneczkarskiego – zdradził Mieczysław Grzegorz Gołuński, burmistrz Kartuz.

Coraz liczniejszą widownię jako pierwszy do zabawy poderwał Stan Borys. Weteran polskiej muzyki rozrywkowej rozpoczął występ co prawda nieznanymi jeszcze szerzej utworami, które mają znaleźć się na nowej płycie, ale już po chwili przypomniał największe przeboje. - Jeśli ktoś pozna te piosenki, to znaczy, że w Kartuzach było mnie słychać – wołał na stałe mieszkający w Las Vegas artysta. Znajdujący się w świetnej formie pieśniarz, wykonując tak niezapomniane utwory jak „To ziemia”, „Spacer dziką plażą” czy „Jaskółka uwięziona” wywołał aplauz, szczególnie starszej części publiczności. Równie dobrze wydawali bawić się również młodsi, co było wynikiem bardzo dobrego kontaktu Stana Borysa z publiką. Nestor polskiej rozrywki starał się prowadzić dialog z widownią, wspominając między innymi swój ostatni występ w Kartuzach, przed trzema laty.

Truskawkobranie okazalo się nie tylko dobrą okazją do posluchania znanych wykonawców czy sprzedania swoich wyrobów, ale i zaprezentowania nieprzeciętnych umiejętności. Takimi popisali się Malgorzata Szutenberg z Kartuz i Zdzisław Plata z Borcza, układając krótkie limeryki o najważniejszym tego wieczora owocu, czyli... słodziutkiej truskawce. Rymowanki nie podbiły może serc publiczności, ale były pasującym do okazji przerywnikiem między kolejnymi występami. Oryginalnymi zdolnościami (konferansjerskimi) odznaczał się również główny prowadzący, czyli Krzysztof Skiba, którego anegdoty – a nawet fragmenty własnej poezji – zdawały się cieszyć widownię w nie mniejszym stopniu niż występy największych gwiazd.

Na scenie zagrał również zespół Holland, który zaprezentował materiał z nowowydanej płyty. Ich muzyka to przede wszystkim brzmienia typowo rockowe, z długimi basowymi solówkami i dynamicznym, bardzo charakterystycznym głosem wokalisty – Arka Zalewskiego, zwycięzcy „Drogi do gwiazd”. Z najlepszym przyjęciem spotkała się chyba ballada „Wiem”, podczas której lider grupy usiadł na skraju sceny, uzyskując zdecydowanie lepszy kontakt z publicznością. Pochodzący z Pasłęka Holland, nie wzbudził jednak takiego entuzjazmu, jakiego można by się spodziewać po zespole na wskroś rockowym. Nie była to raczej wina muzyków, którzy nie dość, że musieli na wskutek problemów organizatorów skrócić koncert, to jeszcze zrozumieli, że na Truskawkobraniu raczej nie trafiają do docelowej dla siebie grupy odbiorców. - Kiedy będzie ta fajna blondyna? No jak jej tam... O! Mandaryna! - dało się słyszeć wśród dosyć zniecierpliwionej męskiej części widowni.

Mimo drobnego opoźnienia piosenkarka, przedstawiana przez swoich współpracowników jako „królowa polskiej muzyki dance”, wbiegła na scenę przy olbrzymim aplauzie. Od razu widać było, że dla wielu przybyłych występ Mandaryny, czyli Marty Wiśniewskiej (pseudonim artystyczny wziął się od panieńskiego nazwiska Mandrykiewicz) był najważniejszym elementem całego programu. Kwestią sporu pozostaje co było powodem takiego nastawienia – nieprzeciętna dla wielu uroda artystki czy jej umiejętności taneczno – wokalne. Te pierwsze były z pewnością nietuzinkowe, bowiem na scenie zaprezentowała się w końcu była mistrzyni Polski w tańcu hip hopowym. W scenicznych bojach dzielnie wspierała Mandarynę efektownie prezentująca się grupa tancerek i tancerzy. Chyba huczne przyjęcie tak negatywnie wpłynęło na piosenkarkę, iż pod koniec występu wykazała się ona zupełnym brakiem wyobraźni, zapraszając po odbiór autografów wszystkich chętnych. Decyzja tym bardziej niezrozumiała, że wbrew wyraźnemu zakazowi ze strony organizatorów. Publiczność zareagowała na rzucone hasło bardzo entuzjastycznie, próbując w myśl starej, szlacheckiej zasady „kupą mości Panowie!” dostać się do swej ulubienicy, przysparzając ochronie i organizatorom niemałych kłopotów. Chyba po raz pierwszy w trzydziestoletniej historii imprezy, to nie truskawki były najważniesze. Tego wieczoru większą popularnością cieszyły się mandarynki.

Po uporaniu się z niespodziewanymi kłopotami organizacyjnymi, na scenę wkroczyć mogła jedna z najpopularniejszych w ostatnich latach formacji rockowych w Polsce – Wilki. Mało kto, spośród blisko czterdziestotysięcznej publiczności, zdawał sobie sprawę, że jeszcze kilka dni wcześniej wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, iż do koncertu największej gwiazdy wieczoru nie dojdzie. Powodem była infekcja górnych dróg oddechowych, która zaatakowała lidera grupy, Roberta Gawlińskiego. Z tego samego powodu zespół odwołał także kilka ostatnich koncertów, w tym ten największy – na festiwalu Top Trendy w Sopocie. Na szczęście dla zgromadzonej widowni, Wilki mogły pojawić się na scenie, choć zaczęły dość spokojnie, by nie powiedzieć balladowo. „Ja ogień, Ty woda” czy „Obłoki” raczej nie mogły rozruszać widowni. Ale bardzo szybko pojawiły się i bardziej dynamiczne utwory jak „Bohema” czy „Nie stało się nic”. I chyba to spowodowało, że licznie zgromadzeni fani długo nie pozwalali zejść ze sceny swoim ulubieńcom. Wokalista Wilków zwierzył się nawet publice, że atmosfera tego konceru przypomina mu atmosferę występów w Jarocinie, z połowy lat osiemdziesiątych. I było w tym chyba ziarnko prawdy, skoro grupa zgodziła się wykonać kilka bisów.

XXX Truskawkobranie przeszło do historii przy niebie rozświetlonym pokazem sztucznych ogni i muzyce z filmu „Mission Impossible”. Ścieżka dźwiękowa z kinowego hitu lat 90. pasowała idealnie do efektownego pokazu, jednak zaprzeczyła w pewnym sensie samym organizatorom. Misja przeprowadzenia tak dużej imprezy okazała się bowiem możliwa, nawet przy niesprzyjających warunkach lokalizacyjnych.

Waldemar Gojtowski
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    szpieg - niezalogowany 2005-07-07 23:47:50

    Ty jak zawsze masz Rację, dobrej nocki wszystkim 8)

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    Kilgore - niezalogowany 2005-07-07 23:28:07

    "Deine Ehre heisst Treue" 8) :P (żartuję) Też Ciebie pozdrawiam, wracaj do zdrowia.

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    szpieg - niezalogowany 2005-07-07 23:01:54

    zapewniam Cię, że tak , ale wiem, że możesz się z tym nie zgadzać- to może choć raz mi uwierz 8) Kilgore pozdrawiam Ciebie serdecznie jak mogę i potrafię

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Kartuzy.info




Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Najnowsze wiadomości