Polsat wraca do zagadkowej śmierci spod Sierakowic

środa, 4 grudnia 2013 r., 12:50
fot. internet/www.interwencja.polsat.pl

W lipcu 2005 roku w lesie pod Mojuszem znaleziono ciało mieszkającego w Sierakowicach przedsiębiorcy, Marka Foryckiego. Wiele poszlak wskazuje, że nie był to nieszczęśliwy wypadek, na co wskazała prokuratura, umarzając śledztwo. Na kontrowersje związane z tą historią już w 2008 roku wskazywał magazyn "997". W miniony czwartek do sprawy wrócili też reporterzy polsatowskiego magazynu "Intetrwencja".

Co tak naprawdę wydarzyło się pod koniec lipca 2005 roku w lesie nieopodal Mojusza nie wiadomo do dziś. Ustalenia prokuratury wskazują na próbę samobójczą oraz nieszczęśliwy wypadek. W scenariusz taki nie wierzą jednak najbliżsi zmarłego Marka Foryckiego. Wątpliwości mają też reporterzy "Interwencji", która w czwartek wyemitowała poświęcony tej historii materiał.

Ostatni dzień życia

Był 26 lipca. Mieszkający w Sierakowicach z żoną i czwórką dzieci Marek Forycki wstał jak co dzień wcześnie rano i udał się do Żukowa, gdzie prowadził sklep z częściami samochodowymi. Z domu wyjechał około 6 rano, ale do firmy już nie dotarł. Między godziną 7, a 8 jego pracownik dostaje jeszcze od niego SMS o treści "zepsuł mi się samochód". O 10 żona dowiaduje się w firmie, że męża wciąż nie ma. Jego komórka nie odpowiada. Krótko potem na policję trafia informacja o opuszczonym samochodzie stojącym tuż przed tablicą wjazdową do Mojusza. To Ford Transit należący do Marka Foryckiego.

To co, działo się dalej i dobę później doprowadziło do tragicznego finału poszukiwań pozostaje już kwestią sporną i rodzącą wiele niedomówień do dziś.

Prokurator: chciał się zabić

Zdaniem organów ścigania Marek Forycki celowo udał do lasu by odebrać sobie życie. Próbował się powiesić, o czym świadczyć miały przewieszone przez jedną z gałęzi w głębi lasu szmaty oraz otarcia naskórka na jego szyi. Próba okazała się jednak nieudana. 50 metrów dalej znajdowało się natomiast niewielkie oczko wodne lub bagno, w którym się utopił. Na taką przyczynę śmierci wskazać miała też sekcja zwłok ciała, które znaleziono właśnie w opisywanym bajorku, przygniecione sporych rozmiarów kłodą.

Żona: został zamordowany

Wiary w te ustalenia nie daje jednak żona denata, Ewa Forycka, która jest przekonana, że jej męża zamordowano. Na czym opiera te twierdzenia? Lista poszlak i pominiętych przez śledczych poszlak jest dość długa.

Po pierwsze przy samochodzie Foryckiego znaleziono niedopałki kilku papierosów oraz pustą paczkę po nich. - Mąż nie palił - wyjaśnia pani Ewa. Po drugie drzwi od strony kierowcy były zamknięte, natomiast uchylone zostały te od strony pasażera. Ze środka nic nie zginęło. Policja znalazła tam zarówno saszetkę z pieniędzmi, jak i jego telefon. Co więcej, w chwili zaginięcia jeden ze świadków widział przy fordzie Foryckiego trzech mężczyzn. Nikt nie sprawdził kim byli i czego tam szukali.

Kolejna sprawa zbagatelizowana zdaniem rodziny przez śledczych to ślady DNA na szmatach, na których rzekomo 37-letni wówczas przedsiębiorca miał zamiar się powiesić. - Było na nich DNA mojego męża, ale także kilku innych osób. Nie powiedziano ilu, nigdy nie szukano tych osób - żali się reporterom "Interwencji" Ewa Forycka.

Miesiąc przed tajemniczą śmiercią pana Marka odwiedziło w firmie kilku mężczyzn. Syn wspomina, że ojciec wyszedł z nimi porozmawiać na zewnątrz i wrócił bardzo zdenerwowany. Nikomu nie mówił jednak czego chcieli.

Ostatnia wątpliwość dotyczy natomiast samego miejsca śmierci Foryckiego. Pani Ewa zastanawia się, jak to możliwe, że skoro mąż się utopił, w obu dłoniach trzymał po garści igliwia z drzew, które rosną kilkadziesiąt metrów dalej. Nie rozumie też, dlaczego prokuratura nie widzi rozbieżności pomiędzy godziną zaginięcia, a zgonu. Sierakowiczanin miał porzucić samochód 26 lipca około godziny 10. Jego ciało odnaleziono dobę później, ale zdaniem lekarza zgon nastąpił dopiero ok. godziny 2 w nocy. Co więc działo się z nim przez kilkanaście godzin?

Konkluzja

Ewa Forycka opowiedziała dziennikarzom, jak wyjaśniła jej to prokuratura:
- Mój mąż wyszedł z domu, po 7 km zepsuł mu się samochód. Było mu tak źle, że stwierdził, że się powiesi. Wziął te szmaty, zarzucił je na drzewie i próbował się powiesić. Nie udało mu się. Po jakimś czasie zasnął. Obudził się mniej więcej o 2 w nocy i stwierdził, że może jednak wróci do domu. I idąc do samochodu, przewrócił się i wpadł w to bajoro. I jeszcze oczywiście kłoda spadła mu na głowę - podsumowuje z przekąsem wdowa po Marku Foryckim.

Cały materiał "Interwencji" Polsatu poświęcony tej sprawie można obejrzeć - tutaj

Oprac. Bartek Gruba

DODAJ KOMENTARZ
Zamieszczając tu swój komentarz bierzesz za niego pełną odpowiedzialność. Wyrażając swoje zdanie, uszanuj proszę poglądy innych - komentuj, ale nie obrażaj! Redakcja portalu Kartuzy.info zastrzega sobie prawo do ingerowania w treść komentarzy lub ich usuwania, jeżeli nie będą zgodne z tematem, zasadami współżycia społecznego lub będą naruszały normy prawne i obyczajowe. Jeżeli uważasz, że komentarz powinien zostać usunięty - wypełnij formularz, który pokazuje się po kliknięciu na dzwonku pod treścią danego komentarza.