Co się wydarzyło w Paczewie?

Piekło trwało kilka sekund...

poniedziałek, 11 września 2006 r., 10:08
Tornado, które tydzień temu zniszczyło kilka domów, trwało zaledwie minutę... Tornado, które tydzień temu zniszczyło kilka domów, trwało zaledwie minutę...

Piątkowe przedpołudnie. W sklepie przy wjeździe do wioski ekspedientka pokazuje tygodnik z artykułem o tornadzie. Gdy zaczyna mówić, oczy jej zachodzą wilgocią. "Ja nawet nie chcę tam chodzić i patrzeć, bo co ja mogę zrobić, nowych dachów im nie położę..."

Kobieta opowiada o niedzielnym wieczorze. Oglądała z córkami telewizję. Gdy zgasło światło, na dworze zrobiło się widno od iskrzących przewodów wysokiego napięcia. Potem huk, gwizd. Objęła córki ramionami. "Jak zginiemy, to zginiemy, tak wtedy pomyślałam".

Właścicielka mówi o tych, którzy ucierpieli najgorzej. Trąba przeszła najgwałtowniej przez środek wsi. U sołtysa wszystkie dachy pozrywało. Potem na wybudowaniach. Tam to nawet strach do domów wchodzić. Taka wilgoć i smród. Dzisiaj w sklepie była delegacja. Cała wieś się składa. Co kto ma. Ksiądz obiecał, że pomoże. Leśniczy dał drewno i zebranie miało być u wójta.

Minuta horroru

- To tylko minutę trwało, a jaka katastrofa - kobieta z trudem panuje nad łamiącym się głosem. - Ja nawet nie wiedziałam, że tam w dole taka tragedia. Dopiero rano jak wyszłam o szóstej, to usłyszałam krzyki i płacz. Co oni zrobią jak będzie dalej tak lało?

Centrum Paczewa. Deszcz bębni o dach zaparkowanego samochodu z ogromną siłą. Przez szybę widać szare i nienaturalne sylwetki domów. Są zaledwie kilkadziesiąt metrów dalej. Folia obciążona cegłami na sznurkach, zamiast przykrywać szczelnie zwieńczenie murów, wzdyma się jak żagiel. Na innym domu nie ma nic. Między wygiętymi szczytami zieje szara pustka. Tam mieszka sołtys. Obok długi pas muru z pustaków. Tutaj też był dach.

Gdy tylko przestaje padać, na najbliższym podwórku pojawiają się mężczyźni w drelichach. Ojciec, syn i sąsiad wracają do układania desek. Po w miarę uporządkowanym placu widać, że ogrom roboty mają za sobą. "Tutaj stała obórka. Całą zburzyło. Dzisiaj pozwoziliśmy fragmenty żeliwnego komina. Ja jednej części sam nie mogłem z ziemi podnieść, a to wszystko pofrunęło ze sto metrów. W ogrodzie u sąsiada to leżało.

Panowie żartują, że pracują od świtu do świtu. Nawet starsza kobieta, która przechodzi drogą, zagaduje do nich jak gdyby nic tu się nie wydarzyło. Ma koszyk pełen grzybów i pyta, czy na pewno kanie. "Jo, jo, jadalne, ale tylko jeden raz!" - śmieje się ten młody.

- Nam też się woda do środka leje, ale co, płakać nie będziem. Białki płakały, bo co miały nie płakać. Teraz musimy robić, żeby zdążyć zanim się zimno zrobi.

Każdy cieszy się, że żyje

Na podwórze zajeżdża ciężarówka z pustakami. Wszystkie materiały są na razie za darmo. Dają okoliczni hurtownicy. PZU było dopiero po trzech dniach, jak wójt Kobiela postraszył telewizją. Kiedy ubezpieczalnia wypłaci odszkodowania, to oni popłacą rachunki. Zabraknie - będą się martwić, wszyscy przecież mówią, że pomogą.

- Panie, teraz to my się śmiejemy - mówi inny gospodarz. - Każdy cieszy się, że żyje i z tego co mu zostało. Ale wtedy co się działo, to trudno w ogóle sobie wyobrazić. Ja z moją białką, jak wiatr uderzył w dom, to najpierw trzymaliśmy okno, żeby do środka nie wpadło. Syn wbiegł i krzyknął: na podłogę! Po wszystkim, to cały dzień ze ścian szkła wyciągaliśmy.

Idziemy z innymi domownikami, którzy na chwilę odrywają się od porządkowania obejścia, żeby pokazać okolice szklarni. W niedzielne popołudnie był tam zadbany warzywnik. Teraz jest śmietnik.

- Kupę rzeczy zdążyliśmy powynosić - opowiadają jeden przez drugiego. - Na tych słupach, które zostały z garażu, blachy z dachów sąsiadów poowijały się jak papier. Tutaj gdzie jest dziura w ścianie stodoły, była wbita belka z jakiegoś stropu, jakby ktoś z łuku wystrzelił. Tam dalej na polu najwięcej blach leżało. Nie szło dojść, która z jakiego dachu, tak było wszystko skotłowane.

Fruwająca przyczepa

Emocje rosną za stodołą. Przyczepa samozbierająca do siana. Stała pod wiatą, której nie ma. Nie widać żadnych śladów na ziemi. Po prostu pofrunęła w powietrzu, chociaż waży cztery tony. Kilkadziesiąt metrów, razem z siewnikiem.

Kto miał zboże na strychu, myśli co z nim zrobić. Zakopać? Świniom nie dam, bo zdechną. Jakby to był jęczmień to może zacier by się narychtowało (śmiech). A tak, dwa dni w wilgoci i kilka ton pszenżyta do wyrzucenia. Sołtys miał na strychu cztery tony. Jemu jak dach zerwało, wydmuchało wszystko do ziarenka.

Rodzina musi pomóc

Trąba powietrzna po przejściu przez Paczewo wpadła do lasu. Na samym skraju nie widać zniszczeń. Dopiero dalej w Bukowie całe hektary drzew jak ścięte kosą. Na końcu wsi dwa domy, a raczej to co z nich zostało. Wszyscy mówili, że tu też mocno oberwali. Ale u Labudy nad piętrem już bieleją świeżym drewnem nowe krokwie.

- My nie stąd, rodzina jesteśmy - z Redy, Wejherowa, z Rumii. Kto mógł to przyjechał - mówią "cieśle z przypadku" przerywając na chwilę pracę.

Kilkuletni chłopiec, który bawi się przed domem, chodzi po belkach na nową więźbę. To jedyne bezpieczne miejsce na podwórku. Dookoła rozpościera się chaotyczne rumowisko czegoś, co jeszcze niedawno było dachem i wyposażeniem domu. Trudno wyłowić szczegóły, rozpoznać kształty - sczerniałe i połamane belki, kanapy, chyba pierzyna.

Gospodyni mówi, że łóżka i pościel z górnej kondygnacji zabrało razem z dachem. Przez minutę cały dom wypełnił się wodą. Na drugi dzień ludzie z wioski przychodzili na pole obok i szukali swoich rzeczy. Jeden dach, taki płaski, wisiał na pierwszych sosnach lasu. Potem dali spokój, a blachy, papa i deski leżą, o tam!

Najgorzej jest w środku. Strop - belki, trzcina z gliną. Wiadomo, stara chałupa, przez lata myszy łaziły. Jak to wszystko spłynęło z wodą, pan sobie może wyobrazić, strasznie cuchnie, aż głowa boli... nie, nie, lepiej nie wchodzić...

Tylko spokój

Wracam do obejścia sołtysa. Trzeba w końcu wejść i pogadać, chociaż chłop ma pewnie wszystkiego dość - nie wystarczy, że najwięcej z całej wsi po grzbiecie dostał, to jeszcze codziennie dziennikarze, nawet w telewizji pokazywali.

- Nam tu już tylko spokój potrzebny - mówi młoda kobieta. Mieszka po drugiej stronie podwórka. W jej domu trochę zdarło blachy, zdążyli połatać. W chlewie strop się ugiął - podparli, ale obok... - Taka sprawiedliwość - dwa domy jeden przy drugim. Tam sołtys dorobek całego życia stracił w jedną chwilę, nas bardziej oszczędziło. Wszyscy my tu tylko tabletki na uspokojenie jemy.

Sąsiadka sołtysa opowiada o dzieciach, które w dzień po katastrofie musiały iść na akademię do Sierakowic. Żaden nauczyciel nie wiedział jeszcze, co naprawdę stało się w Paczewie, choć to zaledwie parę kilometrów. A dzieci były jak otumanione. Jedna dziewczynka przyszła do domu z płaczem, bo "szkolna" nie wierzyła, że u nich wichura dachy zerwała.

- Mój mały nie chce po krowy chodzić - wcześniej to pierwszy na łąkę latał. U sąsiada to już żadnych zwierząt nie ma. Wszystkie rozsprzedali.

Twardy naród Kaszubi

Sołtys stoi po drugiej stronie dziedzińca i obserwuje pracę ekipy odbudowującej stodołę. Wita się z uśmiechem, chociaż mówi powoli - widać, że jest "na lekach". Nie przeszkadza mu, że kolejny pismak zawraca mu głowę. Niech ludzie się dowiedzą, że nie tak łatwo nas Kaszubów złamać. Sam prowadzi do domu, żebym mógł porozmawiać z córką. "Ona i jej maleństwo to już prawie gwiazdy" - śmieje się.

Kobiety, które tłoczą się na parterze w kuchni, opowiadają ze szczegółami. Weroniczkę przywieźli ze szpitala o 13., a przed dziesiątą wieczorem się zaczęło. Wtedy też wszyscy byli na dole. Jak zgasło światło i huknęło, to ktoś powiedział, że chyba dach zerwało. Mężczyźni chcieli wejść na ostatnie piętro i najpierw zdziwili się, że tam tak jasno. A to na dworzu świeciła się pozrywana elektryka.

Za drzwiami w pokoju niemowlę śpi sobie w najlepsze w łóżeczku. Obok na tapczanie czteroletni brat. Z sufitu nie kapie bo piętro wyżej porozkładali folie i miski. Co chwila zbierają wodę.

- Zapowiadali, że ma się ocieplić - mówi babcia maluchów. Przyjechała z apteki w Sierakowicach z nową dostawą środków uspokajających. - Co z tego, dzisiaj też miało być ładnie, a jak lało.

Mamy siebie

Starsza pani boi się o wnuki, zwłaszcza o starszego chłopca. - Dobrze, że to się stało wieczorem, bo jakby ludzie na własne oczy tę trąbę zobaczyli, to pewnie niejeden by nie przeżył. I tak jakiś psycholog powinien tu przyjechać, bo niektórzy się w sobie pozamykali. Nasz Jacuś boi się w ogóle do ścian podchodzić. Mówi, że się na niego przewrócą.

Kiedy wychodzę z domu sołtysa słyszę, że mam napisać o tych co pomagają. Oni w Paczewie wiedzą, że nie zostaną z tym sami. "I o wójcie z Sierakowic, koniecznie, on wszystko załatwiał, nawet w nocy do nas przyjeżdżał".

W drodze do samochodu spotykam jednego z gospodarzy. Wcześniej pokazywał mi zniszczone maszyny, teraz idzie z wnuczką, szukają czegoś w trawie. Między chmurami pojawia się słońce. Grzeje przez ubranie. "Najważniejsze, że mamy siebie, prawda? Jasne dziadziusiu".

Janusz Świątkowski

DODAJ KOMENTARZ
Zamieszczając tu swój komentarz bierzesz za niego pełną odpowiedzialność. Wyrażając swoje zdanie, uszanuj proszę poglądy innych - komentuj, ale nie obrażaj! Redakcja portalu Kartuzy.info zastrzega sobie prawo do ingerowania w treść komentarzy lub ich usuwania, jeżeli nie będą zgodne z tematem, zasadami współżycia społecznego lub będą naruszały normy prawne i obyczajowe. Jeżeli uważasz, że komentarz powinien zostać usunięty - wypełnij formularz, który pokazuje się po kliknięciu na dzwonku pod treścią danego komentarza.