Koszmar pensjonariuszy Domu Seniora Wrzos. Ciąg dalszy

wtorek, 2 lutego 2016 r., 19:10
fot. archiwum

- Obóz koncentracyjny, mordownia - mówią byli pracownicy Domu Seniora Wrzos w Hopowie i przerywają milczenie. Mają już dość ukrywania tego, co działo się za murami ośrodka. - Takich rzeczy się nie zapomina - zaznaczają.

Po naszej publikacji Hopowo. Dom pogodnej starości - "W życiu nikogo z rodziny bym tam nie oddała" zgłosili się do nas kolejni pracownicy ośrodka, którzy nie tylko potwierdzają sytuację opisaną w artykule, ale dzielą się przerażającymi szczegółami związanymi z ich pracą w ośrodku.

Poniższy tekst jest zbiorem relacji osób, które musiały pracować w "Domu" Seniora Wrzos w Hopowie (powiat kartuski). Zacytowaliśmy wypowiedzi rozmówców unikając wartościowania, pozostawiając ocenę tego, co się działo Czytelnikom.

Wyciągasz, ubierasz i won do salonu

- Jak pracowałam było 28 ludzi, a tylko dwie opiekunki. Nie było czasu dla pensjonariuszy. Wszystko odbywało się w biegu. Karmienie trzech osób na raz jedną łyżką.

- Porozmawiać z kimś? Nie było szans. Nie było czegoś takiego, że masz pół godziny na jedną osobę, żeby ją umyć, ubrać, nakarmić. Wyciągasz z łóżka. Ubierasz. Won do salonu. Łapu capu, łapu capu. Wszystko biegiem.

- Jak nie było szefowej, to włączaliśmy muzykę i zaczęliśmy tańczyć. Zaczęli klaskać. Była radość, przynajmniej coś się działo, a nie tylko nudne siedzenie przy stole. Nawet latem, osoby jeżdżące na wózkach nie są wyprowadzane na dwór.

- Nie było żadnych zajęć prowadzonych dla pensjonariuszy, nic się z nimi nie robiło, nie mówiąc nawet o rozmowie. Czasami, jak właścicielka gdzieś wyjeżdżała, to siadałyśmy i rozmawiałyśmy z nimi. Robiłyśmy to z własnej inicjatywy.

- Każda nowa osoba po tygodniu miała spuchnięte nogi. Obrzęki. Od siedzenia w salonie - to swoje robiło. Osoby chore musiały siedzieć na tych krzesełkach - takich jak w tanich restauracjach. Nie są one dostosowane do osób chorych. Były też osoby sprawne, które same mogły się poruszać po ośrodku. Jak chciały to przyszły zjeść, poszły się położyć. Pozostali musieli cały czas siedzieć, jak za karę. Chyba, że ktoś zasypiał lub mdlał, to zaprowadzało się ich do łóżka. Ostateczność.

- Ważniejsze było, aby pokoje były czyste, łazienki czyste, żeby smrodu nie było przede wszystkim. Z chemii był używany jedynie płyn do okien, bo ładnie pachnie.

- Na nocce nie było czegoś takiego jak przerwy. Sprzątało się, gotowało zupę mleczną, obierało się ziemniaki, przewijało się, dawało leki. To jest zakres obowiązków opiekunki nocnej? A gdzie ludzie? W wolnej chwili mycie wózków, kapci, sprzątanie za łóżkami. Ważniejsze były podłogi niż ludzie.

Ocierali się o ściany do krwi

- Wszyscy pensjonariusze byli zarażeni świerzbem. My też. Moje dzieci mają blizny do dziś. Czy było warto? Cała moja rodzina się zaraziła. Jedna z pensjonariuszek aż błagała, żeby jakoś jej pomóc. Sama nie mogłam wytrzymać. Całe ciało swędzi. Plecy, ręce, nogi, brzuch, piersi, pod pachami. Całe ciało poza szyją i głową. A jak ma się czuć osoba, która nie może się poruszyć?

- Pensjonariusze drapią się do krwi i nikt nie reaguje. Obcina się im paznokcie. I tyle.

- Paznokcie obcinało się tak krótko, że aż krwawiły. Ja nie robiłam tego, bałam się. Sama bym sobie tak nie obcięła.

- Przychodzi nowa osoba do ośrodka. Na początku - przez tydzień, dwa - jej rzeczy prane są osobno, żeby się nie zaraziła. Jakby po 2-3 dniach drapała się, od razu ktoś z rodziny domyślił się, że coś jest nie tak. Ale potem wszystko wracało do normy - robiło się wspólne pranie.

- Leki na świerzb były wykupowane. Dwie butelki na wszystkich pacjentów. Później była maść. Była kupiona dwa razy przez 10 miesięcy. Mieliśmy smarować tylko poszczególne krosty, te które bardziej ropiały.

- Pensjonariusze drapiący się, chodzący z podrapaną skórą, ocierający się o ściany do krwi. Dramat.

- Dlaczego wszyscy mają skarpety? Paznokcie od nóg są nieobcinane, zawinięte, grzybica, nieleczone. Niektórym nie dało się już obcinać. Jak? Miałam wziąć młotek, przecinak i odciąć? Jedna z pensjonariuszek miała zaognione nogi. Powiedziałam właścicielce. Przyniosła jakiś środek, którym miałam popryskać dwa razy i to miało wyleczyć grzybice? Nawet na opakowaniu pisało, że trzeba stosować przez tydzień.

W jeziorze kału i moczu

- Pampersy? Zarządzenie: dwa na dzień.

- Były takie momenty, że nie było pampersów. Leżeli w kale i moczu. Rano trzeba było ogarnąć wszystkich. Wtedy też było źle, bo było dużo prania. Na 10 kg pralkę jedną stołową łyżkę proszku, ocet i proszek do pieczenia. Proszek do prania był stosowany w znikomych ilościach. A jak szybko się kończył, to się nam dostawało.

- Kiedy już nie byłam zatrudniona, wpadłam raz do ośrodka, kiedy nie było właścicielki. Przeszłam się po pokojach. To co zastałam, było przerażające. Pani z pegiem (sondą do karmienia - przyp. red.), przesikana, odleżyny na bokach. Cała odkryta. Tylko koszulka i pampers. Nie było wcale tak ciepło. Zwróciłam uwagę opiekunce, powiedziała, że szefowa wie i na razie nie każe zmieniać pampersa, bo trzeba oszczędzać.

- Wszyscy przesikani. Odór kału.

- Później był nakaz, że rodzina ma przynieść dla podopiecznego chociaż jedną paczkę. Jak ktoś przyniósł dla swojego członka rodziny, to było rozdysponowane na wszystkich.

Rękawice

- Rękawice? Najlepiej jedne na tydzień, bo kosztowały.

- Były takie cienkie. Jak się gdzieś zahaczyło, to zaraz się rwały.

- Rękawice brałam swoje, żeby nie mieć do słuchania. Najpierw sprzątało się fekalia, potem ubierało się osobę, a na koniec w tych samych rękawicach dawało się jeść. Do zmiany pegów też nie było rękawiczek. Do opatrunków na pękające wrzody też nie.

- Jak masz na kciuku to jeszcze są dobre - mówiła szefowa.

Smród, żaby, myszy i muchy

- Żeby usunąć smród przez całą noc, nieważne czy było ciepło, czy zimno, były otwarte drzwi. Nawłaziło żab i musiałyśmy je po nocy łapać. Przez to były też myszy. Trzeba było też muchy wybijać w nocy.

- Raz kazała mi muchy wybić w pralni. Jak tam weszłam i to zobaczyłam, to się przeraziłam. Cztery nocki by mi na to nie wystarczyło. Pryskało się muchozolem.

- Były dezynfekcja, deratyzacja...

- Pokoje też pryskało się muchozelem. Zamykało się drzwi. Ale jak nie było co zrobić z pensjonariuszem, to wprowadzało się ich do takiego pomieszczenia. Mdleli.

Podpaski zamiast gazików

- Nie były tam stosowane żadne standardy opieki pielęgniarskiej. Odleżyny 3 i 4 stopnia mogą być przyczyną śmierci pacjenta. A opatrunek na odleżyny robiono z podpasek!

- Opatrunek osobie, która ma odleżyny, często się zmienia. Jak nie było gazików, to stosowałyśmy podpaski. A co miałyśmy zrobić? Kazano nam to jakoś załatwić. Jak miałam zrobić opatrunek, kiedy nie było z czego? Miałam sama pojechać do sklepu, bo szefowa nie raczyła?

- Żeby nie powstawały odleżyny, przekładałyśmy pensjonariuszy co dwie godziny z boku na bok. Na masaże nie było czasu. Poklepywało się dopiero wtedy, jak były już pojawiły się odleżyny, albo jak skóra była już bardzo zaczerwieniona.

Jedna gąbka dla wszystkich

- Nie mogliśmy mówić o świerzbie. Miałyśmy mówić, że to alergia. Rodzina przyniosła specjalne mydło dla alergików, to od razu wszyscy byli nim umyci. Mąż innej pani przyniósł szampon. Zaraz wszystkie głowy były nim umyte. Ktoś komuś zostawił coś słodkiego, to wkładało się to w jedną szafkę i jak ktoś miał niższy cukier, to mu się dawało. Albo wszystkim na podwieczorek. Czasami ten, komu przyniesiono, nie dostawał wcale.

- Jedna gąbka dla wszystkich. Wszyscy myci byli tą samą gąbką.

- Jak przyjeżdżała rodzina, to osoba musiała wyglądać jak z teatru. Jedna z pensjonariuszek wyjeżdżała z synem na jakąś uroczystość, to była zbieranina najlepszych ubrań od wszystkich. Ty masz nową sukienkę, ty masz nowe majtki. Pozbierało się od każdego i tak zapakowana pojechała z synem z czyściutkimi, nowymi ubraniami.

Psu bym tego do jedzenia nie dała

- Jedzenie? Fuj. Szczerze. Mój pies lepiej je. Jako cielęcina robi mortadela w bułce tartej. Straszna oszczędność. Zupa ugotowana na trzy dni. Jak zostały parówki, to były na drugi dzień. Taka dziwna pasta była robiona. Już na sam widok robiło się niedobrze, a dopiero to jeść. Na śniadanie chleb z marmoladą, marmolada z chlebem, chleb z kiełbasą lub serkiem homogenizowanym. Na okrągło.

- Jedna pierś z kurczaka krojona na paseczki, na 23 osoby.

- Normalne jedzenie było tylko w weekend, jak rodziny przyjeżdżały.

- Na wigilię był barszcz. Jakoś nie chcieli tego za bardzo jeść. Kucharka ze złości pozlewała z talerzy do garnka. Jedli ten barszcz, aż zjedli.

- Po tygodniu z mięsa, które zostało robiło się galaretę. Po tygodniu!

Życiodajna herbata

- Herbata szła litrami. Gotowało się trzy gary. Mieli to wszystko wypić. Po cztery litry herbaty na osobę!

- Jak nie chcieli pić, to się nos zatykało, żeby pili - takie było rozporządzenie.

- Jak ktoś nie chciał pić, to brało się strzykawki i dawało się strzykawką. Potem pensjonariusze mieli zalane płuca i przyjeżdżała karetka.

- Jak został kompot z obiadu, to dolewano go do herbaty, bo ci ludzi nie chcieli już jej pić. Przez 1,5 godziny musieli wypić cztery litry herbaty.

- Herbata przesłodzona. Osoby, które jeszcze kontaktowały, zwracały uwagę, że chcą mniej słodką herbatę.

- Miałam nakaz dopajania pacjenta, który wymiotował. Miał wypić pięć dużych kubków przez noc.

- Wylewałyśmy tą herbatę do toalety i do zlewu, żeby na siłę ich nie poić.

- Ja podlewałam nią kwiaty. Nauczyła mnie tego inna opiekunka.

- Co miałyśmy robić? Pchać komuś na chama? Ile można wypić? 2-3 szklanki? Według właścicielki dzięki tej herbacie, oni wtedy dłużej żyją, bo mają lepsze ciśnienie, wypłukuje leki i lepiej się czują.

PEGi

Kliku pacjentów żywi się za pomocą PEGów - sond zainstalowanych endoskopowo, przez które podaje się mieszaniny odżywcze wprost do żołądka.

- Generalnie takie osoby powinny być karmione przez pielęgniarki, i to wolno, tak jak kroplówką. Robiłyśmy to my - opiekunki. Wstrzykiwałyśmy pod naporem mocy dość szybko - na raz po 400 ml. To pryskało na wszystkie strony. Nieraz wychodziło górą. Jak się otwierało wenflon to śmierdziało zgnilizną. Dookoła wydzielała się jakaś ropa.

- Rano dawało się miksy albo biszkopty rozmiękczone maślanką i herbatą. Dobrze, że nie czują tego smaku. A może czują? Jednej pani, która miała pega podałam mus jabłkowy rozcieńczony herbatą. Powiedziała po chwili, że ma ochotę na jabłka.

- U mnie "pegom" dawało się maślankę zamiast środków odżywczych. Dla oszczędności.

- Do pegów dawałyśmy - 200 ml maślanki, 200 ml wody. Zalecenia od pani Janki.

- Przy pegach cały czas ropieje. Leci krew. Nic z tym się nie robi. Jest tylko przyczepiany gazik. I koniec. Nawet wodą utlenioną się nie przemywa.

- Zmiana cewników? Dopiero jak się zapchał, wtedy się zmieniało, albo i nie. Zalecenie było: więcej picia, żeby się odetkało. Leciał mocz z krwią - była jakaś infekcja. Zalecenia: więcej picia, żadnych leków.

Psychiatryk normalnie

- Futrowanie ludzi pernazinum albo chlorprotixenem to była codzienność.

- Podawałyśmy różne leki, chociaż nie powinnyśmy. Nie każdy mógł je dostać, ale dostawał. Dawałyśmy je na noc, aby spali.

- Jak któraś tam szalała, albo darła się, to dawało się te leki. Psychiatryk normalnie.

- Była taka jednak nadpobudliwa pensjonariuszka. Aby nie sprawiać problemów, dostawała obie tabletki na raz. Końską dawkę. Po podaniu, zasypiała mi w drodze do pokoju.

Uwaga - kontrola!

- Jak ludzie przychodzą oglądać pokój, to są świeże kwiaty, nowa pościel. Każdy oddałby tam matkę. Wszystko jest zrobione na błysk. Wszyscy są elegancko ubrani. A najbardziej chorzy schowani do łóżek.

- Sanepid uprzedzał, że przyjedzie skontrolować kuchnię. Była sprzątana na błysk. Później sanepid najeżdżał parę razy, ale nic nie zrobił. Właścicielka zawsze wiedziała, kiedy będzie kontrola. Wtedy dało się do wszystkiego przygotować. Osoby były położone do łóżek, schowane.

- Przed kontrolą trzeba było odsunąć wszystkie lodówki w kuchni, szafki. Wszystko miało być na glanc. Podłogi myte szmatą, żeby było dokładniej. W "obieralni" - graciarni - wszystko posprzątane. I miała to zrobić przez noc tylko jedna osoba.

- Sanepid był tam kilka razy i nic nie zrobił. PIP był i też nic nie zrobił. Jedyna zmiana to, że otrzymaliśmy umowy - niektórzy na zlecenie, a inni umowy o pracę. Pełen etat wpisany miały tylko te najbardziej "lojalne". Na 1/4 etatu robiłam ponad 200 godzin. Jak robotnik na budowie.

- Za korytarzem były drzwi, które prowadziły do mieszkania właścicielki. Jak miała przyjechać kontrola, to ładowało się pensjonariuszy na wózki, wiązało, żeby nie pospadali i tam wywoziło. Łóżka wynosiłyśmy do magazynu. Żeby się nikt nie doliczył.

Mordownia

- Zawsze jak zaczynałam zmianę, to sprawdzałam czy ze wszystkimi pensjonariuszami jest wszystko w porządku, czy leżą w łóżkach, czy są przykryci. Wchodzę do pokoju jednego pana, a on siedział na łóżku i ma głowę owiniętą kołdrą. Inne dziewczyny patrzyły się i śmiały. Szefowa to widziała, ale nie reagowała. A gdybym tam nie poszła? Gdyby się udusił? Ludzie pracują tam tylko dla zarobku, resztę mają gdzieś.

- Nie powinno się pozwalać na to, aby pensjonariusz bił pensjonariusza. Była jedna pani, która ma napady agresji i trafiła tam prosto ze szpitala psychiatrycznego. Nie dostaje żadnych tabletek na swoją chorobę, tylko na serce. Podeszła do innej pensjonariuszki i zaczęła ją kopać, bić - osobę leżącą. Właścicielka stoi i obserwuje. Mówię do drugiej opiekunki - zrób coś, a szefowa - zostaw one same skończą. Ta poszkodowana kobieta przez trzy dni nie mogła dojść do siebie. Płakała. Była roztrzęsiona.

- Zamykano ją na skobel, żeby nie biły się. Zamykano ofiarę pobicia, a nie agresora. Cały czas była zamykana w pokoju.

- Jeden z pensjonariuszy, bardziej świadomy mówił mi na osobności, że jest to mordowania. Mówił, że gdyby dostał telefon, to by zadzwonił na policję. Wolałby, żeby w domu go zabili, niż tam trzymali. Mówił, że ma dość tego smrodu. Chodził się kąpać sam codziennie. Potem dostał zakaz i mógł się kąpać raz na cztery dni.

- Osoby rozumiejące boją się szefowej. To nie jest respekt. Tylko strach. Jak ktoś się odezwał, zwrócił uwagę nie dostawał tabletek przeciwbólowych. Za poskarżenie była kara. Jedna z pensjonariuszek poskarżyła się komuś z rodziny, to nam się dostało.

- Tylko kilka osób ma świadomość, gdzie się znajdują.

- Jedna myśli, że jest u lekarza i na drugi dzień wróci do domu. Tak jest jej wmawiane. Inna mówi, że pięknie macie w tej restauracji.

- Różne były przypadki. Przychodzę rano, a osoba, która się nie rusza, jest cała posiniaczona. Najwyraźniej musiała komuś spaść podczas przewijania. Za to szefowa potrąciła z wypłaty wszystkim pracownicom po 100 zł - nawet tym, których nie było w pracy lub były na urlopie. Powiedziałyśmy ok, jeśli tej pani stała się krzywda, to niech przeznaczy te pieniądze na jej leczenie. Oczywiście, nie przeznaczyła.

- Żeby ludzie nie wypadali z łóżek, był przystawiany wózek, ale nie zawsze pomógł. Ludzie wypadali, rozbijali głowy. Doprosiłyśmy się, żeby w łóżku zamontowano deskę.

Opieka medyczna

- Wszyscy biorą ciągle te same leki. Raz zapisane, bez żadnej kontroli. Jak ktoś nie chciał jeść tabletek, to na chama się podawało. Zatykało się nos, wkładało do buzi i czekało aż połknie.

- Metafen - lek cud. Dosłownie na wszystko.

- Lekarzy nie było. Przyjeżdżał do biura, ale żeby któryś miał obejrzeć pensjonariuszy, to nie.

- Jedna pani cztery dni krwawiła z dróg rodnych. Druga opiekunka mówiła do właścicielki, że ona leży cała we krwi. Nie było żadnej reakcji. Potem okazało się, że miała raka. Przeszła operację. Usunięto jej macicę, jednak dalej krwawiła i dalej nie było reakcji.

- Inny pan miał wrzody. Często mdlał. Kiedy wymiotował krwią nie było żadnych lekarstw. Był faszerowany kleikiem ryżowym i wodą na zmianę. I tak przez parę dni. Dieta. Żadnych leków. Żadnego lekarza. Nic.

- Przez ponad miesiąc mojej pracy był tam raz lekarz, który został wezwany do pań, które były karmione dojelitowo. Miał sprawdzić, czy z pegiem jest wszystko ok. Dzwonek do drzwi. Patrzę, jakiś pan. Powiedział, że jest lekarzem. Miał tylko rękawiczki, nie miał nawet stetoskopu. Obejrzał pegi, stwierdził, że trochę ropieje i trzeba przemywać. Zakrył kołdrę i stwierdził, że wszystko jest dobrze.

- Pracowałam przez rok. Lekarza jeszcze tam nie widziałam. Była jedna pani lekarka, ale była to koleżanka szefowej. Taka czarna w okularach - przyjeżdżała do biura. Nie było sytuacji, aby kogoś zbadała.

- Jak był ktoś chory, to szefowa dzwoniła do lekarza i lekarz nie widząc chorego przepisywał antybiotyk, wierząc jej na słowo. Normalne to nie jest. A gdyby ktoś był uczulony?

- Nie widziałam nigdy lekarza, nawet jak pensjonariusze gorączkowali i panowała grypa żołądkowa. Jeżeli osoba była już odwodniona, osłabiona, miała mętne oczy, to przyjeżdżała pielęgniarka pobierać krew. To była ostateczność. W każdym innym wypadku musiałyśmy na chama dawać herbatę. Osoby, które wymiotowały lub miały biegunkę, były "leczone" węglem i gotowaną marchwią. Diety cud zamiast lekarza i lekarstw. W sumie najniższym kosztem, bo leki są drogie.

- Osoba karmiona dojelitowo miała 40 stopni gorączki. Miałam podawać jej co trzy godziny ketonal i okłady na głowę.

- Konsultacje na telefon. Lekarz przyjeżdżał wypisywać recepty, ale pacjentów nie oglądał. Często był podawany antybiotyk. Każdy dostawał.

Karetka? Konieczna ostateczność

- Jeden pan miał odleżyny na piętach. Poprosił o coś przeciwbólowego, bo go nogi bolały. Dałam mu ketonal. Potem wołał: "pomóż mi, bo umieram". Okazało się, że miał migotanie komór. Wtedy była wzywana karetka.

- Jedna pani ma zespół padaczkowy. Miała atak. Dopiero po 20 minutach jego trwania była wezwana karetka. Odbywało się to na zasadzie - na razie nic nie robimy, musi odczekać swoje. Po ataku miała niedowład prawej strony.

- Wezwanie lekarza to była konieczna ostateczność. Jak kaszleli, mieli płytki oddech, niskie ciśnienie, była już końcówka.

Oni nie umierają ze starości

- Była noc. Jedna z Pań miała całą stronę siną, zimną, wręcz lodowatą. Szukałam jakiegoś pomysłu, żeby ją ogrzać. Kładłam ciepłe ręczniki. Miała płytki oddech. Patrzyła w jeden punkt. Stwierdziłam, że jest w agonii. Zadzwoniłam do szefowej. Odpowiedziała, że niestety mi nie pomoże, bo gdzieś pojechała i mam radzić sobie sama. Wróciła później i podłączyła jej kroplówkę. Kobieta zmarła dwa dni później. Nie wezwano do niej lekarza.

- Przychodzę na zmianę. Zaglądam do pensjonariuszy. Jeden był dziwnie spokojny. Pytam się: o co chodzi? Pani Janka mówi, ze dała mu wczoraj perazinum, aby się lepiej wyspał. Zaproponowałam, że zmierzę mu ciśnienie. Miał bardzo niskie. Mówię do niej, że wzywam pogotowie. Zmarł na drugi dzień w szpitalu. Jak miał niskie ciśnienie i ona dała mu perazinum, to nie przyczyniło się to do jego śmierci?

- Pani. Strasznie puchła. Okazało się, że miała za dużo wody w organizmie. W szpitalu ją wyprowadzili z tego. Nie dawali tyle picia, dali tabletki moczopędne. Raz wychodząc z toalety mówi, że źle się czuje. Zwymiotowała. Dziewczyny od razu doprowadziły ją do łóżka. Położyły. Brak reakcji. Jedna z nich rzuciła się i przystąpiła do reanimacji, choć nie znała się na tym. Właścicielka była wtedy nad jeziorem.

- Była pani chora na astmę i cukrzycę. Zaobserwowałam, że ciężko oddycha. Zadzwoniłam do szefowej. Powiedziała, że nie mam jej głowy błahymi sprawami zawracać. Mam jej podać lek na astmę i nic jej nie będzie, a do niej do rana już nie mam dzwonić. Nie było wezwane pogotowie. Rano miałam podać jej tylko herbatę na podwyższenie cukru. Jak zeszłam ze zmiany to ona zmarła.

- Siedem osób zmarło w ciągu roku. Nikt nie umarł naturalnie, w nocy, we śnie.

- Jedna pani miała ropiejące rany. Dosłownie pękające wrzody i nic z tym nie robiono. Strasznie cierpiała. Cieszę się, że odeszła, bo już nie musi się męczyć.

- Każdy, kto tam umiera, ma wodę na płucach. Może jest to też nasza wina. Zalewałyśmy ich herbatą, bo nam kazano. Właścicielka mówi, że po siedemdziesiątce mają kreskę postawioną na takich osobach i nikt nie robi sekcji. Jak umrze, to nikt się do tego nie przyczepi. Ma pewność, że jeżeli przyczyny śmierci nie były naturalne, to nikt tego nie sprawdzi.

- Na pewno sposób sprawowania opieki przyczyniał się do tego, że ludzie umierali. Przepajanie. Zalewanie płuc.

- Szefowa tylko raz przejęła się tym, że ktoś umarł. Zmarła długoletnia pensjonariuszka. Jej syn dobrze płacił i dawał upominki z różnych okazji.

Refleksje?

- Obóz koncentracyjny przy tym, to mało.

- Sumienie mnie gryzie. Nie jest tak, że po jakimś czasie się zapomina.

- Jak sobie to przypominam, to ciarki mnie przechodzą.

- Tam tylko pieniądz się liczy. Nie ma żadnych uczuć. Nie ma żadnego współczucia.

Anna Lehmann
Bartosz Kitowski

P.S. Stanowiska Komendanta Powiatowego Policji w Kartuzach nie uzyskaliśmy. Stwierdził, że jest zajęty innymi sprawami. Odesłał nas do rzecznika, który nie zna sprawy. Prokuratura analizuje akta wytworzone przez policję. Własnej oceny na podstawie wcześniejszych publikacji nie ma. Urząd Wojewódzki prowadzi kontrolę.

P.P.S. Pani Janina przez mecenasa wysłała do nas list z prośbą byśmy nie naruszali jej dóbr osobistych. O dobrach pensjonariuszy w liście nie wspomniała.

Do sprawy z całą pewnością wrócimy.

DODAJ KOMENTARZ
Zamieszczając tu swój komentarz bierzesz za niego pełną odpowiedzialność. Wyrażając swoje zdanie, uszanuj proszę poglądy innych - komentuj, ale nie obrażaj! Redakcja portalu Kartuzy.info zastrzega sobie prawo do ingerowania w treść komentarzy lub ich usuwania, jeżeli nie będą zgodne z tematem, zasadami współżycia społecznego lub będą naruszały normy prawne i obyczajowe. Jeżeli uważasz, że komentarz powinien zostać usunięty - wypełnij formularz, który pokazuje się po kliknięciu na dzwonku pod treścią danego komentarza.