"Chcemy znaleźć ludzi, którzy będą się cieszyć z tego, że dla nich gramy"

poniedziałek, 10 października 2016 r., 15:26
fot. MD-Z

Gwiazdą koncertu charytatywnego "Budujemy nowy dom" był zespół AvA. Przeprowadziliśmy wywiad z założycielem grupy Maciejem Tarapaczem i jej wokalistą Markiem Molakiem, muzykiem i aktorem znanym z serialu "Barwy Szczęścia", gdzie wciela się w postać Huberta Pyrki. Liderzy zespołu opowiedzieli nam o swoich początkach, debiutanckiej płycie, inspiracjach i planach na przyszłość.

Przyjechaliście do Sierakowic, by wziąć udział w koncercie charytatywnym "Budujemy dom". Jak to się stało, że tu gracie?

Maciej Tarapacz: Grywamy teraz bardzo dużo koncertów. Jeśli możemy wystąpić gdzieś dalej, a przy tym jeszcze pomóc, robimy to z przyjemnością. Temu koncertowi towarzyszy idea, a to jest dla nas ważne. Lubimy pomagać i chcemy, by nas z tym kojarzono.

Marek Molak: Muza rockowa ma dawać radość, a jeżeli przy okazji może też nieść pomoc, to jest super.

Zespół w przyszłym roku będzie obchodził 10-lecie. W tym roku wydaliście pierwszy krążek. Jak wyglądały początki waszej grupy?
Maciej: Założyłem zespół w Dzień Dziecka, dokładnie 1 czerwca 2007 roku. Wcześniej grałem w zespole Kabanos, który tworzy muzykę w klimatach rocka i metalu. Wspólnie nagraliśmy płytę, jednak moja rola w zespole sprowadzała się jedynie do grania. Męczył mnie talent muzyczny, więc uznałem, że z chłopakami z Kabanosa czas się pożegnać i założyłem zespół AvA. Pierwszy skład różnił się od obecnego, mieliśmy wokalistkę, było trochę roszad, a niecałe dwa lata po tym, jak zaczęliśmy grać dołączył do nas Marek. I tak ciągniemy nasz muzyczny wózek do dziś.

Marek: Już kiedyś gdzieś wspomniałem, że wbiłem się do tego zespołu trochę bezczelnie, ale był to dobry moment na to, nie było tutaj żadnej bezpośredniej ofensywy. Poznaliśmy się z Maćkiem na planie, gdzie razem pracowaliśmy. I tak się zaczęło, polubiliśmy się i od lat jesteśmy przyjaciółmi.

Wasza debiutancka płyta ukazała się w lutym tego roku. Dlaczego trzeba było na nią czekać aż dziewięć lat?
Maciej: Wpłynęło na to kilka różnych aspektów. Jesteśmy zespołem, który ma podpisany kontrakt dystrybucyjny z dużą firmą fonograficzną, ale jako artyści i wydawcy jesteśmy niezależni. Jeśli nie chcesz stać się produktem, to na rynku muzycznym przebić się bardzo trudno. A bycie produktem wiąże się z tym, że musisz się godzić na warunki, które stawia ci wydawca. My nie chcieliśmy funkcjonować w ten sposób. Nie chcieliśmy, żeby ktoś nam mieszał palcem w naszym muzycznym garnuszku. Do wszystkiego dochodziliśmy sami, pisaliśmy teksty, tworzyliśmy utwory. Udało nam się sprzedać muzykę do serialu "Barwy szczęścia", w którym gra Marek. A to było dla nas dużym motorem napędowym. Niemniej przez to, że nie zgodziliśmy się podporządkować dużemu wydawcy zyskaliśmy niezależność - artystyczną i finansową.

Marek: Ta niezależność ma wiele aspektów - aranżacyjną i tekstową. Mamy wolną rękę i nikt nam niczego nie narzuca. I to dla nas najkorzystniejsze rozwiązanie.

Maciej: Przy pierwszej płycie musieliśmy wyrobić sobie pewne kontakty, wychodzić pewne sprawy. Udało się, płyta się ukazała, a z drugą na pewno będzie łatwiej. Już pracujemy nad materiałem na kolejny krążek. Chcielibyśmy, by ukazał się 1 czerwca przyszłego roku na 10-lecie.

"Barwy Szczęścia" pomogły wam w promocji. A spotkaliście się z tym, że grupę AvA mylą z serialowym The Gites, w którym Marek śpiewa jako serialowy Hubert?
Marek: Nie. Piosenki, trafiły do serialu, ale nie są jego własnością. Jedna z nich powstała specjalnie na potrzeby serialu, nazywa się "Spacer" i nie znalazła się na naszej płycie. Nie utożsamiamy też bezpośrednio swojej twórczości z tą piosenką. Robiliśmy konkretne zlecenie bezpośrednio dla serialu, ale było też tak, że nasze utwory spodobały się jego twórcom i chcieli je wykorzystać. Ta forma jest korzystna dla obu stron.

Maciek: W internecie natrafiłem kiedyś na post, ktoś pisał o piosence The Gites, ale w kolejnym komentarzu od razy inny internauta poprawił go, że to wykonanie zespołu AvA, więc ludzie są świadomi różnicy. Ostatnio jedna z pań, które spotkaliśmy na ulicy rozpoznała w Marku nie aktora z serialu "Barwy szczęścia" tylko wokalistę grupy AvA, a to już znaczy bardzo dużo.

Przygotowanie muzyki do serialu było trudniejsze niż na płytę? Musieliście się nastawić na konkretnego odbiorcę?
Maciek: Robiliśmy swój materiał na płytę to, co poszło do serialu to ten materiał. Jedyne do czego musieliśmy się trochę nagiąć, to wygładzenie utworów. Początkowo chcieliśmy, żeby płyta była ostrzejsza. Jest rockowa, ale jednak lekko przyprawiona popem. Takie warunki postawiono telewizji, musieliśmy się w pewien sposób zamknąć w określonych biegunach komercji. W przygotowanie materiału na płytę jednak nikt nie ingerował.

Wasze teksty mówią o walce o marzenia, próbie kochania, sprzeciwie wobec obecnego świata goniącego za pieniądzem. Kto pisze? Co was inspiruje?
Marek: Piszemy teksty obaj z Maćkiem. Inspiruje nas wiele rzeczy. Teksty inspirujemy naszymi obserwacjami. Są piosenki, które opowiadają pewną historię, są takie, które niosą za sobą jakieś wartości i emocje, które chcemy przekazać. Są też piosenki, które stawiają pytania. Staramy się poprzez teksty dotrzeć do naszych słuchaczy. Myślę, że każdy w nich znajdzie coś dla siebie.

Maciek: Wiele zespołów pisało piosenki o miłości, szczęściu, rozstaniu, bogactwie i marzeniach, ale każdy jest inny i postrzega świat na swój własny sposób, każdy potrzebuje innego bodźca. My to sprzedajemy na swój własny sposób. Wiemy, że wiele tekstów mówiło o tym, co my, ale opisujemy to na swój własny sposób. Nie mamy zamiaru odkrywać Ameryki, tylko swoją muzyką dzielić się tym, co w nas siedzi. Jeśli męczy nas talent, to go z siebie wyrzucamy. Na swój sposób.

A skąd miłość do rocka?
Marek: Bo gwiazdom rocka wybacza się bardzo dużo głupich rzeczy i stwierdziliśmy, że dla nas to najlepsza opcja (śmiech).

Maciek: Tak naprawdę zostaliśmy wychowani w duchu rocka. Mój tata był perkusistą. Marek zaraził się miłością do rocka w gimnazjum dzięki nauczycielowi od muzyki.

Marek: Zawsze w kręciłem się w blokowiskowym klimacie hiphopowym. W szkole spotkałem odpowiednią osobę w odpowiednim miejscu. Zaszczepiono we mnie miłość do rocka i ona we mnie została. Oczywiście nie zamykam się na żadne gatunki, bo uważam, że słuchać należy muzyki a nie określonego jej rodzaju, jednak rock jest mi najbliższy.

Na waszej stronie jest informacja, że nazwa grupy wywodzi się od starożytnego miasta w środkowej Birmie. AvA w języku Pali to Ratanapura czyli Miasto Klejnotów. Dlaczego właśnie ta nazwa?
Marek: Są dwie wersje prawdziwa i mitologiczna. Prawdziwa jest taka, że Maćkowi przyśniło się, że był na koncercie zespołu Ava.

Maciek: Gdy się obudziłem pamiętałem tylko nazwę grupy i to, że zespół nieźle dawał czadu (śmiech). Zapisałem nazwę w swoim kajeciku i tak zostało.

Marek: Wersja mitologiczna jest taka, że bogowie Asgardu zesłali nam na trzech kamieniach trzy litery i one utworzy nazwę zespołu (śmiech). To, że oznacza Miasto Klejnotów dowiedzieliśmy się później.

Kim jest publiczność Avy?
Marek: Nie zamykamy się na nikogo, gramy dla wszystkich. Każdy znajdzie w naszej twórczości coś dla siebie.

MaciekSpotykamy się z różnym odbiorem, bardzo szerokim. Wydaje mi się, że słucha nas głównie młodzież, ale na koncerty przychodzą też osoby starsze.

Jesteście prawie 10 lat na scenie - to kawał czasu i sporo zagranych koncertów. Jakiś zapadł wam w pamięć wyjątkowo?
Maciek: Zagraliśmy jakieś siedem lat temu koncert przed występem Lady Pank w Szczytnie. To był świetny występ. Zdobyliśmy wtedy wyróżnienie na festiwalu Klenczona.

Marek: Ja pamiętam koncert na plaży nad Jeziorem Turawskim. W jego trakcie, co chwilę siadał nam prąd, napięcie nie wytrzymywało, a nam w ogóle to nie przeszkadzało, graliśmy dalej mimo wszystko. Fajnie się bawiliśmy, nasza publiczność również, ludzie bili nam brawo, gratulowali, że się nie poddaliśmy. Super było.

A przełomowy moment w życiu zespołu?
Maciej: Trudno taki wyróżnić, ale chyba chwila, gdy podjęliśmy decyzję o nagrywaniu płyty. Było to trzy lata temu, przez różne problemy przeciągało się w czasie, jednak w końcu stawiliśmy się w studio. I wtedy wszystko wystrzeliło jak z procy. Po wejściu do studia wiedzieliśmy, że chcemy to robić zawsze, znaleźliśmy profesjonalną menedżerkę, która pilotuje zespół, dzieje się coraz więcej.

Marek: Jeżeli muzyk rockowy twierdzi, że nie gra dla popularności - kłamie. Jeśli mówi, że nie po to, by być znanym i szanowanym - też kłamie. Jeżeli mówi, że nie robi tego dla pieniędzy, zazwyczaj również kłamie, choć w tym wypadku to szerszy temat i rzeczywiście niekoniecznie może chodzić o pieniądze. My chcemy znaleźć swoją grupę docelową i grać dla nich. Chcemy znaleźć ludzi, którzy będą się cieszyć z tego, że dla nich gramy. Nie idziemy na łatwiznę, nie skracamy sobie drogi, podążamy własną ścieżką i myślę, że w tym tak naprawdę tkwi nasza siła.

Jak rozumieć zwrot, że nie idziecie na łatwiznę?
Marek: Chodzi o to, że tak, jak wcześniej wspomniał Maciek, nie daliśmy z siebie zrobić produktu. Dostawaliśmy różne propozycje, by szybko zyskać na popularności. Nie poszliśmy na to i przez chwilę tego żałowaliśmy, jednak patrząc z perspektywy czasu, była to najlepsza decyzja jaką podjęliśmy, bo ludzie szanują nas właścnie za to, że nie dajemy sobie wejść na głowę.

Maciej: Możemy być sobą, możemy być naturalni, możemy się samorealizować. To jest najważniejsze i to słychać na naszej płycie.

A który z kawałków na płycie jest waszym ulubionym? Z któregoś jesteście szczególnie dumni?
Maciek: Każda matka kocha wszystkie swoje dzieci. Trudno powiedzieć, bo utwory, które komponuje się na samym początku i gra się tak długo, z czasem zaczyna się traktować w sposób powszedni.

Marek: Nie ma już takiej ekscytacji przy graniu.

Maciek: Teraz nowe utwory budzą naszą ekscytację. Ale na tej płycie, jest wiele kawałków, które bardzo lubię np. "Ile można", "Setki miast".... Nie no wszystkie są fajne (śmiech).

Na nowym krążku zostaniecie wierni brzmieniom z pierwszej płyty, czy planujecie zmienić trochę konwencję?
Maciek: Sznyt będzie podobny, ale nowa płyta może będzie trochę mocniejsza.

Marek: Piosenki na pierwszą płytę powstawały prawie dziesięć lat. Miałem wówczas 16 lat, teraz mając 26, czuję i piszę zupełnie inaczej. Teksty są bardziej dojrzałe, myślę, że konstrukcja będzie inna, ale forma pozostanie taka sama.

Pracujecie nad nową płytą. A o czym jeszcze marzycie? Gdzie chcielibyście zobaczyć Avę za 10 lat?
Marek: W samej ekstraklasie. Chcemy sobie wypracować wejście do ekstraklasy. Jak będzie - czas pokaże. Przed nami sporo pracy, ale jesteśmy na dobrej drodze do celu.

Czym jest więc dla was ekstraklasa?
Marek: Jesteśmy typowymi wychowankami starej szkoły rocka. Dla nas ekstraklasa, to zespoły które nie muszą się już reklamować, są marką samą w sobie - to Lady Pank, Budka Suflera, Perfect, IRA.

Maciek" Wielokrotnie porównywano nas do Iry, kilka razy też do Feela - to w przypadku tych spokojniejszych utworów. Feel to nie do końca gatunek, który chcielibyśmy naśladować, ale nie hejtujemy go w żadnym wypadku. Po prostu gramy trochę mocniej. Chcielibyśmy dojść do tego, że będziemy grali przed ludźmi, którzy znają nasze teksty, biorą czynny udział w koncercie, śpiewają z nami, nie przychodzą tylko na nas popatrzeć. Chcemy dawać moc i otrzymywać ją od publiki. Kochamy to, co robimy.

Dziękuję za rozmowę.

Magdalena Damps-Zdrojewska


Nie ma jeszcze żadnych opinii do tego artykułu. Masz szansę skomentować go jako pierwszy.