Podróże to jej sposób na życie - Patrycja Górlikowska o swojej pasji, wyprawach i blogu

poniedziałek, 13 sierpnia 2018 r., 15:54
fot. nadesłane

Zwiedziła już 27 krajów na pięciu kontynentach. Była m.in. w Kolumbii, Ekwadorze i Stanach Zjednoczonych. Podróże to jej największa pasja. Dzieli się nią na blogu "Wyjechawszy". Mowa o Patrycji Górlikowskiej z Goręczyna, która swoimi wpisami nie tylko inspiruje do zwiedzania świata, ale też udziela praktycznych porad, które przydadzą się każdemu początkującemu włóczykijowi. O miłość do podróżowania, przygody w USA i podróżniczy blog pytała Magdalena Damps-Zdrojewska.

Na swoim blogu piszesz, że wszystko zaczęło się od wakacyjnych wypraw z rodzicami. Pamiętasz swoją pierwszą podróż?

Pewnie. Pamiętam wypad nad morze i pierwsze wakacje w Karpaczu. Każdy wyjazd był aktywnym wypoczynkiem, a rodzice zawsze starali się pokazać nam jak najwięcej. W późniejszym czasie przyszła pora na wypady za granicę. Do dziś wspominam ten moment, kiedy powiedzieli mi, że wybieramy się do Rzymu na pogrzeb papieża Polaka. Zobaczyliśmy przy okazji kawałek Włoch. Mam w głowie każdy dzień z tego wyjazdu i jestem wdzięczna, że woleli wakacje ze mną i siostrą od wypadu we dwójkę i świętego spokoju. Dzieci pamiętają więcej, niż może się wydawać. Dobrze, że coraz więcej osób podróżuje z najmłodszymi. Wspominając pierwsze podróże wiem, że to bardzo dobry pomysł.

To ona sprawiła, że zdecydowałaś się na studia z Krajoznawstwa i Turystyki Historycznej na Uniwersytecie Gdańskim?

Możliwe. Pierwsze wyjazdy spodobały mi się tak bardzo, że wracając do domu już pytałam o kolejne. Od zawsze podziwiałam pilotów i przewodników, którzy przedstawiali nam dany kraj. Taki zawód postrzegałam jako wymarzony, ale i niełatwy. Studia miały nas do niego przygotować. Przyznaję, że były to ciekawe zajęcia, choć moja frekwencja z powodu podróży raczej nie powalała na kolana.

W czasie studiów trafiłaś na Erasmusa do Antwerpii w Belgii. Jak do tego doszło? Studenci z tego programu mają do wyboru różne kraje, dlaczego właśnie Belgia?

To był czysty przypadek. Moim marzeniem był wyjazd do Hiszpanii. Było to jednak niemożliwe - mój wydział nie posiadał jej w swojej ofercie. Proponowane miejsca nie bardzo mnie interesowały. Początkowo chciałam ubiegać się o studia w Słowenii. Koleżance bardziej zależało na Belgii, do której mnie przekonała. No i dostałam się, ale bez niej. Ona natomiast pojechała do Słowenii. Nie udało nam się zamienić, ale później obie byłyśmy bardzo zadowolone z przydzielonego nam miejsca. Nie spodziewałam się, że Belgia aż tak mi się spodoba. Gdyby jednak ktoś powiedziałby mi przed wyjazdem, że tak będzie, to w życiu nie uwierzyłabym w to, co mówi. Dlatego też namawiam innych do wzięcia udziału w tym programie, nawet jeśli wybrane kraje nie stanowią dla kogoś wymarzonej destynacji (którą jest dla mnie Belgia po półrocznej wymianie).

Zostawić przyjaciół, rodzinę i ruszyć na pół roku do innego kraju musi być chyba dla młodej dziewczyny trudne? Nie bałaś się?

Zgłaszając się na Erasmusa chyba nie do końca zdawałam sobie sprawę z tego, co robię. I bardzo dobrze. Przejmowanie się na zapas na pewno nie pomogłoby mi w podjęciu decyzji. Właściwie to dzieje się tak u mnie z każdym dłuższym wyjazdem - w momencie kupna biletów jest podekscytowanie, ale siedząc już w samolocie pojawia się panika. Pomyślałam jednak, że skoro wszyscy Erasmusi tak bardzo zachwalają ten program, to coś w tym musi być. (Względny) spokój przed wyruszeniem do Belgii zawdzięczam znajomej, którą poznałam przed wymianą. Zapewniała, że pół roku zleci się w błyskawicznym tempie i nie będę mogła pogodzić się z tym po powrocie do Polski. Jej ton głosu brzmiał zbyt pewnie, aby w to nie uwierzyć i to dzięki niej pojechałam tam z pozytywnym nastawieniem. Potwierdzam wszystko, co mówiła.

A jak trafiłaś do Stanów Zjednoczonych?

Zobaczyłam plakat na mojej uczelni, poszłam na spotkanie informacyjne o Work&Travel. Zapisałam się do programu w ostatniej chwili i kupiłam bilet do Nowego Jorku. To była szybka decyzja i jak zwykle nieprzemyślana. Kiedy po podekscytowaniu włączyła się tradycyjna panika, to nie było już odwrotu. Niepotrzebny stres zapoczątkował cztery fantastyczne miesiące.

Jak wyglądało twoje życie w USA?

Dostałam pracę w parku wodnym. Na początku brałam udział w treningach i przystąpiłam do tamtejszych egzaminów na ratownika wodnego. Należało przyzwyczaić się do dziesięciu godzin pracy na słońcu w pozycji stojącej. Mimo, że byłam wcześniej kelnerką w sezonie i uważałam się za weterankę, to na początku czułam się, jakby coś mnie potrąciło. Do dziś słyszę śmiech mojej współlokatorki, która zobaczyła mnie w drzwiach naszego pokoju po pierwszym dniu. Niemniej jednak, taki był tylko pierwszy tydzień. Potem znalazła się nawet energia na imprezy po pracy - latino w każdy czwartek i R&B co niedzielę. Aby wszyscy mogli dojechać do klubów podstawiano nam żółte amerykańskie "chickenbusy", w których już rozpoczynała się zabawa. Te same autobusy zgarniały nas z akademików do pracy. Mieszkałam w jednym budynku z Kolumbijkami, Ekwadorkami, Chinkami, Dominikankami i Jamajkami. Mieszkało się nam spokojnie - w przeciwieństwie do męskiego budynku. Odpowiedniejszą nazwą dla niego byłby "Dom alarmów przeciwpożarowych".

Na czym polegała twoja praca?

Park, w którym pracowaliśmy był podzielony na osiem stref. To, czy nasza praca będzie w danym dniu sensowna zależało od strefy, w której lądowaliśmy. Pamiętam ciężki tydzień w najnudniejszej części parku. W tej części znajdowała się leniwa rzeka, a goście pływali z jej nurtem w dmuchanych kółkach w niezbyt zawrotnym tempie. Pamiętam też pracę na tzw. Wave Pool (basenie ze sztuczną falą). W słoneczną niedzielę przypominał wielki gulasz, w którym topią się dosłownie wszyscy. Kilka razy skakałam na ratunek zdziwionym gościom, którzy tylko wyglądali na osoby wypowiadające swoje ostatnie słowa w kierunku rozszalałego tłumu, skaczącego w rytm fal. Czasami nie mieliśmy nawet miejsca na skok. Kiedy w końcu po raz pierwszy słusznie wskoczyłam do basenu i udało mi się pomóc pewnemu chłopcu, przemili państwo tworzący gulasz nagrodzili mnie brawami. Co jakiś czas sprawdzano naszą czujność w pracy i podkładano nam manekiny, które mieliśmy ratować. Często sami kierownicy udawali topiące się osoby. Na początku miało to sens, ponieważ nie znaliśmy ich wszystkich ale po miesiącu pracy wszyscy zdążyli się już dobrze poznać. Widząc wchodzącego do wody przełożonego już wiedziałam, że powinnam przygotowywać się do skoku.

A jak spędzałaś w Stanach czas wolny?

W wolnym czasie podróżowaliśmy do pobliskich miejscowości, zazwyczaj większą grupką. Najlepiej wspominam wyjazdy z Kolumbijczykami i Ekwadorczykami - zbyt wielu pasażerów w aucie, którego wnętrze przypominało grę Tetris. Jeśli umawiałam się z nimi o godz. 8, to o 11 wciąż trwały jeszcze zapisy na wycieczkę, drzemki i prostowania włosów. Były to jednak spontaniczne podróże (zupełnie tak jak oni), które z pewnością jeszcze długo będę wspominać. Mimo wszystko, te wakacje niejednokrotnie fundowały też smutne chwile. Nie chodzi tu o bezskuteczne próby znalezienia względnie zdrowego jedzenia w amerykańskich sklepach, ale o pożegnania z osobami, z którymi spędziło się kilka fantastycznych miesięcy.

Komu poleciłabyś program Work&Travel?

Wszystkim, którzy mają na niego jeszcze szansę (status studenta), trochę oszczędności na opłaty związane z programem i ochotę na najlepsze wakacje w swoim życiu.

Jeden ze swoich wpisów na blogu poświęciłaś 20 zaskakującym ciekawostkom o USA. Gdybyś z tego zestawienia mogła wybrać trzy, które najbardziej cię zadziwiły byłyby to...

Pierwszą z nich jest z pewnością tamtejszy patriotyzm. Nie chodzi mi jedynie o widoczną wszędzie amerykańską flagę. Przykładem jest otwieranie parku, w którym pracowałam. Codziennie o godz. 10:00 rozbrzmiewał w nim hymn narodowy USA. Zadziwiły mnie też perełki w tamtejszych supermarketach - jajecznica w płynie czy obrane ze skorupki gotowane jajka. Trzecim największym zaskoczeniem była smutna rzeczywistość w Los Angeles. Jeszcze nigdy w życiu nie widziałam tylu bezdomnych w jednym miejscu.  Na terenie hrabstwa LA jest ich 57 tysięcy. Będąc tam, widać to na każdym kroku. Co więcej, z Miastem Aniołów kojarzy mi się zapach moczu. Pierwszy dzień w filmowej krainie był brutalnym zderzeniem rzeczywistości z obrazem wykreowanym przez media.

Zwiedziłaś 27 krajów na pięciu kontynentach. Który zrobił na tobie największe wrażenie?

Mimo, że w poprzednim pytaniu nie bardzo schlebiałam USA wymieniając moje największe zaskoczenia to przyznaję, że bardzo mi się podobało. To był zupełnie inny świat i naprawdę fajnie było poznać to wszystko, mieszkając tam przez kilka miesięcy. Niezapomniana była też podróż do Ekwadoru i stawianie jajka na gwoździu, które jest możliwe tylko na równiku. To kraj, który w dalszym ciągu zamieszkują rdzenni Indianie. Spacerując uliczkami Quito miałam wrażenie, jakbym cofnęła się do czasów kolonialnych. Ogromne wrażenie zrobił na mnie zalany złotem kościół Jezuitów w stolicy Ekwadoru.

Spośród wszystkich krajów pierwsza w rankingu uplasowała się Kolumbia. Zdaję sobie sprawę z tego, że główne skojarzenia z tym krajem u Polaków to popularny serial Narcos, kwitnąca produkcja kokainy, porażka polskiej drużyny na Mundialu oraz gra Kolumbijczyków na zabicie z angielską drużyną. To wszystko nie brzmi jakoś optymistycznie. Dodajmy do tego obraz kraju w hollywoodzkich produkcjach filmowych. Gwarantuję, że tamtejsza rzeczywistość Was zaskoczy. W amerykańskich filmach nie dowiecie się, że Kolumbijczycy są najbardziej pomocnym narodem na świecie, który zrobi wszystko abyście poczuli się w ich domach jak u siebie. Podczas powrotu do Polski wielokrotnie usłyszałam od każdego z nich, że mam dom w Kolumbii, który będzie na mnie zawsze czekać. To dumny naród, który niechętnie porusza bolesny temat wojny domowej i narkobiznesu. Dlaczego? Po pierwsze, czy starsze pokolenia w Polsce uwielbiały rozmawiać o czasach wojny? Nie bardzo. Po drugie, cały świat poznał Kolumbię od takiej strony. Zalety tego kraju nie są już tak powszechnie znane. Kraj ten zajmuje drugie miejsce na świecie pod względem bioróżnorodności i produkuje znakomitą kawę. Większość owoców (tanich i dostępnych przez cały rok na każdym kroku) w supermarketach i halach targowych widziałam po raz pierwszy w życiu. Co więcej, w Kolumbii nie ma pór roku. Niemniej jednak, znajdziemy w niej każdy rodzaj pogody w zależności od tego, do której części kraju się wybierzemy. Ogromna Bogota będąca Atenami Ameryki Południowej, Medellin zwany Miastem Wiecznej Wiosny (w którym nie ma już ani śladu po Escobarze), strefa kawy z przepełnionymi jeepami i kolorowymi miasteczkami, miejscowości o architekturze kolonialnej, rajskie plaże, rzeka pięciu kolorów, dżungla amazońska, Zaginione Miasto starsze od słynnego Machu Picchu, znakomita kuchnia, salsa i niezwykła gościnność mieszkańców to moje główne skojarzenia z Kolumbią.

Masz 24 lata, a już zwiedziłaś 27 krajów. To bardzo dużo. Jak udało ci się odwiedzić tyle miejsc?

W porównaniu do znajomych poznanych w podróży moja liczba krajów wypada dość słabo ale jestem naprawdę szczęśliwa, że udało mi się już tyle zobaczyć. Każdą chwilę starałam się wypełnić nowymi miejscami, choć niełatwo było połączyć to z pracą i studiami. Moje wypłaty przeznaczałam na wyjazdy i do dziś tak pozostało. Główną przyczyną odwiedzin tylu państw była chęć zobaczenia się z koleżankami i kolegami, którzy zapraszali do swoich krajów.

A jak w ogóle doszło do tego, że prowadzisz bloga?

Przed każdym wyjazdem zawsze staram się dowiedzieć jak najwięcej o danym kraju więc pomyślałam, że fajnie byłoby gdyby ktoś jeszcze na tym skorzystał. Sporo miejsc, które opisałam zostało już wielokrotnie przedstawione na innych stronach podróżniczych. Właśnie z tego powodu długo odwlekałam założenie bloga. W końcu zdałam sobie sprawę z tego, że nie bardzo powinnam się tym przejmować bo w każdym z wpisów u poszczególnych osób można znaleźć zupełnie inne spojrzenie na dane miejsce.

Na swoim blogu tworzysz praktyczne przewodniki np. "Szkocja w jeden dzień" czy "Amsterdam na weekend" skąd pomysł na taką formę? Dzielisz się własnymi doświadczeniami? Jesteś podróżniczą duszą.. naprawdę da się w dobę poznać jakieś miejsce?

Myślę, że wszystko zależy od miejsca i od naszych oczekiwań. Osobiście wolę długie i nieograniczone czasowo podróże, ale praca na cały etat nie pomaga w ich realizacji. Gdyby ktoś zechciałby poznać wszystkie muzea i atrakcje w Londynie to jeden dzień w tym mieście będzie - delikatnie mówiąc - niczym. Jeśli jednak nie dysponuje się sporą ilością dni wolnych od pracy, a mimo to chciałoby się poczuć klimat miasta i zobaczyć jego największe symbole to 24 godziny będą wystarczające. Aby w pełni wykorzystać tak niewielką ilość czasu stworzyłam praktyczne przewodniki, które podpowiadają jak się zorganizować. Warto pamiętać, że czasami można odpuścić sobie kilka książkowych "must see" i znaleźć czas na relaks, kawę oraz obserwację mieszkańców danego kraju (jakkolwiek dziwnie to nie zabrzmi). Nie należy też przejmować się drobnymi błędami podczas podróży - nie każdy musi znać dane miasto niczym miejscowy przewodnik z dwudziestoletnim doświadczeniem. Zamiast ciągnącego się w nieskończoność oczekiwania na dwa tygodnie urlopu powinniśmy decydować się też na krótkie wypady, korzystając z ofert tanich linii lotniczych i informacji o danych krajach zasypujących Internet z każdej strony. Wcale nie musi to być takie kosztowne jak się wydaje!

Swoim blogiem chcesz też inspirować innych do podróżowania?

Taki jest właśnie główny cel jego powstania. Chciałabym zachęcić wszystkich do podróży i pokazać ile można przegapić, nie poznając odmiennych kultur i zwyczajów. Kiedy ktoś zdecyduje się gdzieś wyruszyć po raz pierwszy to gwarantuję, że na jednej podróży nie poprzestanie. Jeżeli mój blog miałby komuś w tym pomóc, byłaby to dla mnie ogromna satysfakcja.

Jakie podróże planujesz w najbliższym czasie?

Mam nadzieję, że jeszcze w tym roku uda mi się odwiedzić Rumunię z grupką znajomych. Odnoszę wrażenie, że jest to bardzo klimatyczny, a zarazem niedoceniony kawałek Europy. W grudniu planuję trzydniowy wypad do Madrytu, aby spotkać się ze znajomymi z Work and Travel. Miałam przyjemność poznać stolicę Hiszpanii podczas Światowych Dni Młodzieży. Niemniej jednak, było to siedem lat temu, więc z chęcią sprawdzę, jak zmieniło się to miejsce. Powoli zaczynam też odkładać na przyszłoroczny ślub koleżanki w Kolumbii, w nadziei na to, że uda mi się wziąć w nim udział.

Podróż marzeń, kraina którą chciałabyś jeszcze odwiedzić?

Kuba. Słyszałam, że jeśli pojadę na tę wyspę to w końcu zrozumiem wszystkie opowieści rodziców o komunie. Dla turystów jest to raj na Ziemi. Ponoć kolor turkusowej wody oblewającej kraj z każdej strony jest jeszcze bardziej intensywny w rzeczywistości niż na zdjęciach. Kubę kochają też jej mieszkańcy - mimo, że nie mają tam łatwego życia. Niejednokrotnie próbują przedostać się do innego kraju, lecz w późniejszym czasie często wracają z tęsknoty do swojej Ojczyzny. Znani są z pogody ducha, salsy we krwi i bezwzględnego stawiania rodziny na pierwszym miejscu. Śmierć Fidela Castro zapoczątkowała już jakieś zmiany więc chciałabym odwiedzić to miejsce jak najprędzej (choć nie liczyłabym na to, że zmiany te będą postępować w szybkim tempie).

Dziękuję za rozmowę

Podróże Patrycji śledzić można na jej profilu Wyjechawszy na Facebooku oraz na blogu www.wyjechawszy.wordpress.com.

Rozmawiała: Magdalena Damps-Zdrojewska

(Zdjęcia pochodzą z archiwum Patrycji. Sama przygotowała do nich opisy)

DODAJ KOMENTARZ
Zamieszczając tu swój komentarz bierzesz za niego pełną odpowiedzialność. Wyrażając swoje zdanie, uszanuj proszę poglądy innych - komentuj, ale nie obrażaj! Redakcja portalu Kartuzy.info zastrzega sobie prawo do ingerowania w treść komentarzy lub ich usuwania, jeżeli nie będą zgodne z tematem, zasadami współżycia społecznego lub będą naruszały normy prawne i obyczajowe. Jeżeli uważasz, że komentarz powinien zostać usunięty - wypełnij formularz, który pokazuje się po kliknięciu na dzwonku pod treścią danego komentarza.