Sławomir Bronk o muzyce, która chwyta za duszę

niedziela, 16 września 2018 r., 10:04
fot. nadesłane/Damian Chrul

Przez wielu zawód ten uważany jest za jeden z najtrudniejszych w świecie muzyki. To on wydobywa z artystów to, co najlepsze i prowadzi ich przez koncert. O tajnikach pracy dyrygenta, początkach chóru Discantus i Festiwalu Muzyki Kameralnej ze Sławomirem Bronkiem rozmawiał Dominik Ropela.

Jaka jest rola dyrygenta w chórze?

Rola dyrygenta w chórze jest ogromnie ważna, bo bez niego tak naprawdę chór by nie istniał. Dyrygent to osoba, która nadaje spójną interpretację występującej grupie osób. W chórze amatorskim, takim jak Discantus, który prowadzę, rola dyrygenta jest jeszcze bardziej złożona. Tutaj dyrygent pełni kilka funkcji jednocześnie - nie tylko muzyczną, czyli pracę z zespołem, repertuarem i nad emisją głosów, ale również managerską - dobiera skład, organizuje próby, koncerty, wyjazdy.

Konkursy dla instrumentalistów są często porównywane do zawodów sportowych - muzycy są narażeni na wielki stres, ale i wysiłek. Jak wygląda zawód dyrygenta pod względem wymagań kondycyjnych?

Ważna jest sprawność manualna, istotną rolę gra również interakcja, to co dyrygent przedstawia sobą, mimika twarzy i to co przećwiczy na próbach. To co publiczność widzi na scenie, jest często efektem wielu spotkań i poświęconych godzin, które trwały miesiącami. Przykładowo "Msza Polska" Jana Maklakiewicza, którą wykonywaliśmy w Sierakowicach, w tym roku odbyła się w sierpniu, a my zaczęliśmy pracę już w maju. Jest to bardzo wytężona praca wszystkich, nie tylko dyrygenta.

Jak narodziła się muzyczna pasja, która dziś stała się Pana życiem?

Myślę, że każdy w młodości, w pewnym momencie swojego życia, zastanawia się nad ścieżką, którą chce dalej podążać. U mnie pewne decyzje wydawały się naturalnym następstwem. W wieku kilkunastu lat rozpocząłem naukę w szkole muzycznej w Kartuzach. Prawda jest taka, że jeśli, ktoś wybiera drogę muzyczną, to im wcześniej zacznie swoje kształcenie w tej dziedzinie, tym lepiej. Ja już jako nastolatek wiedziałem, że chcę swoje życie związać z muzyką, ale nie wiedziałem do końca jaką specjalność obrać. Edukację w szkole muzycznej zacząłem pod koniec szkoły podstawowej, więc na początku uczyłem się gry na gitarze, jednak w późniejszym etapie zafascynowały mnie organy. Chciałem poznawać liturgię organową i koncertować. Wszystko zmieniło się, w trakcie studiów, gdy zrozumiałem, że chciałbym skupić się na pracy z głosem, nie tylko własnym, ale również innych.

Studiował Pan w Akademii Muzycznej w Poznaniu. Tam ukończył Pan dyrygenturę chóralną i muzykę kościelną, później także śpiew solowy. W jaki sposób uczelnia wpłynęła na zmianę Pana zainteresować z organów na chóralistykę?

Poznań uchodził za miasto - kolebkę polskiej chóralistyki. Na mój wybór studiowanej specjalności - dyrygentura chóralna na pewno miał wpływ rozśpiewany klimat miasta. To właśnie w Poznaniu funkcjonują liczne chóry różnego rodzaju. Ja z tego dobrodziejstwa inwentarza korzystałem pełnymi garściami, uczestniczyłem w koncertach jako obserwator, angażowałem się jako chórzysta w pracę chórów mojej uczelni ale też i poza nią. Właściwie przez całą moją pięcioletnią edukację w Poznaniu śpiewałem w chórach, najpierw w Dominicantes Wyższej Szkoły Bankowej, który prowadziła Karolina Piotrowska-Sobczak, później w Poznańskim Chórze Kameralnym Bartosza Michałowskiego. To wszystko sprawiło, że w naturalny sposób organy powędrowały na dalszy plan. Po zakończeniu studiów wróciłem do Gowidlina i zacząłem formować Chór Kameralny Discantus. Od tego momentu minęło już 12 lat. Rok po powrocie na Kaszuby, postanowiłem kształcić się dalej, już w dziedzinie śpiewu. Wtedy łączyłem pracę z Discantusem, ze studiami na Akademii Muzycznej w Gdańsku.

Co robi dyrygent, kiedy nie dyryguje?

Zajmuje się różnymi sprawami. Poza działalnością stricte artystyczną, zajmuje się nauczaniem. Zawodowo związany jestem z Akademią Muzyczną im. Stanisława Moniuszki w Gdańsku, gdzie prowadzę zajęcia m.in. z dyrygowania, emisji głosu. Oprócz tego prowadzę sprawy biurowe założonego przeze mnie dziesięć lat temu Stowarzyszenia "Discantus" w Gowidlinie. Realizacja różnego rodzaju projektów, a co za tym idzie pisanie wniosków, sprawozdań zabiera mnóstwo czasu. Czas wolny staram się spędzać na podróżowaniu, bo to jest moja druga, poza muzyką, pasja.

Skąd pomysł żeby założyć chór? Jak wyglądały jego początki?

To również wynikło z naturalnej kolei rzeczy. Podczas studiów w Poznaniu, regularnie co tydzień wracałem do domu, bo w Gowidlinie pełniłem funkcję organisty i dyrygenta chóru kościelnego. Dzisiaj nie mogę uwierzyć, że miałem w sobie tyle determinacji by poświęcać weekendy na ciągłe dojazdy. Nie ukrywam, że początki Discantusa były trudne, zwłaszcza jeśli chodzi o sprawy bytowe, organizacyjne, ale była i oczywiście nadal jest to praca bardzo satysfakcjonująca. Szybko zaczęły pojawiać się mobilizujące efekty naszej wspólnej pracy. Zaczęliśmy zdobywać pierwsze konkursowe laury, nie tylko w kraju ale też zagranicą. Discantus nie powstał z dnia na dzień, kształtował się przez pewien czas, ale przez ciągłą rotację można powiedzieć że ciągle się kształtuje. Za początek oficjalnie przyjmujemy rok 2006, ale cały proces rozpoczął się dużo, dużo wcześniej. W pierwszym okresie naszej działalności grupa chórzystów była bardzo mała i stanowili ją w większości moi znajomi, koledzy z terenu naszej gowidlińskiej parafii. W późniejszym etapie rozwoju chóru grupa zaczęła poszerzać się o osoby z sąsiednich miejscowości.

Jak odbierana jest muzyka, którą śpiewacie?

Wykonujemy muzykę chóralną a cappella, ale też z towarzyszeniem instrumentalnym. Nasza muzyka, to przede wszystkim dzieła współczesnych kompozytorów. Nasz chór z racji regionu, w którym działamy, stara się specjalizować w twórczości inspirowanej muzyką ludową albo też z tekstami kaszubskimi. W tej dziedzinie staramy się promować twórczość nowo powstałą. Odbiorcą tej muzyki może być właściwie każdy zainteresowany muzyką chóralną.

Sierakowicki Festiwal Muzyki Kameralnej to Pana zasługa. Jak zrodził się pomysł jego organizacji?

Pomysł powstał w 2011 roku przy okazji zrekonstruowania drewnianego zabytkowego kościoła w Sierakowicach, który w zamyśle miał pełnić funkcję sali koncertowej, wystawowej. To mnie natchnęło, żeby przy okazji podsunąć lokalnym władzom pomysł na realizację tego typu wydarzenia. Otwarcie zrekonstruowanego obiektu, to był najlepszy moment, żeby w tej pięknej, kameralnej przestrzeni organizować cykl koncertów. Do tej pory zorganizowaliśmy już osiem edycji.

Czy muzyka kameralna ma swoich odbiorców?

Tak, mogę powiedzieć, że mamy swoją publiczność lokalną, która towarzyszy nam od lat. Oczywiście w wybranych koncertach uczestniczą także turyści spędzający urlopy w okolicznych miejscowościach.

Czy festiwalowa publiczność zmieniła się przez te osiem edycji?

Festiwal oprócz promocji muzyki klasycznej - poważnej ma również cel edukacyjny. Sierakowice są oddalone od środowisk wielkomiejskich, gdzie dostęp do takiej muzyki jest łatwiejszy. Koncerty często poprzedzane są jakimś komentarzem, prelekcją, zaś po nich publiczność ma okazję porozmawiać z artystami. Oczywiście zdarzają się komentarze, że prezentowana podczas festiwalu muzyka jest "zbyt wysokich lotów" (śmiech), no ale na tym polega edukowanie.

Czy podczas koncertu czuje Pan pewną władzę nad emocjami widowni?

Zdarza się tak, że rzeczywiście udaje się tą publicznością emocjonalnie nawiązywać więź. Śpiew zwłaszcza umożliwia taką interakcję z publicznością, bo za pomocą muzyki przekazujemy konkretną treść zawartą w tekście. Jako wokalista staję twarzą w twarz z publicznością, natomiast jako dyrygent mam już utrudnione pole manewru, często stojąc tyłem do publiczności, nie mam szans obserwowania reakcji odbiory naszej muzyki.

Co mógłby doradzić Pan studentom dyrygentury, którzy w przyszłości będą prowadzić własne chóry, orkiestry?

Dziś, gdy porównuję siebie, gdy sam uczyłem się dyrygentury i do moich studentów, stwierdzam, że niczym się nie różnimy (śmiech). Mnie się też wydawało wtedy, że w szybkim czasie opanowałem warsztat i mogę zdobyć świat. Tak niestety nie jest. Pokora i cierpliwość to chyba dwie najważniejsze cechy, które powinny towarzyszyć młodym, wchodzącym w życie artystyczne
i zawodowe chórmistrzom. Oczywiście nabyte podczas studiów umiejętności i wiedzę należy stale rozwijać, poszerzać i to przez całe życie.

Dziękuję za rozmowę.

Dominik Ropela

DODAJ KOMENTARZ
Zamieszczając tu swój komentarz bierzesz za niego pełną odpowiedzialność. Wyrażając swoje zdanie, uszanuj proszę poglądy innych - komentuj, ale nie obrażaj! Redakcja portalu Kartuzy.info zastrzega sobie prawo do ingerowania w treść komentarzy lub ich usuwania, jeżeli nie będą zgodne z tematem, zasadami współżycia społecznego lub będą naruszały normy prawne i obyczajowe. Jeżeli uważasz, że komentarz powinien zostać usunięty - wypełnij formularz, który pokazuje się po kliknięciu na dzwonku pod treścią danego komentarza.