Podróż na "Dach Europy" - o tym, jak Kamil, Karolina i Marcin zdobyli Mont Blanc

niedziela, 8 września 2019 r., 14:02

Strażak, położna i księgowy - troje przyjaciół, których połączyła wspólna pasja do wspinaczki i miłość do gór. Kamil Felskowski z Miechucina, Karolina Pryczkowska z Dejku i Marcin Rymarczyk z Gdańska w sierpniu przeżyli jedną z największych przygód swojego życia - wspólnie zdobyli najwyższy szczyt w na Starym Kontynencie - Mont Blanc. Stanęli na "Dachu Europy" dokładnie 233 lata po tym, gdy dokonano tego po raz pierwszy.

8 sierpnia 1786 roku Mont Blanc - liczący 4808,72 m n.p.m szczyt w Alpach, będący jednocześnie najwyższym punktem na mapie Europy zdobyli miejscowy poszukiwacz kryształów z doliny Chamonix, Jacques Balmat i doktor Michel Paccard. Tego samego dnia, ale dokładnie 233 lata później wierzchołek zdobyło troje pasjonatów wspinaczki wysokogórskiej z Kaszub.

Kamil Felskowski to 23-letni student energetyki i aktywnie działający strażak OSP Miechucino, pełniący też funkcję prezesa tej jednostki. Jak sam podkreśla jest wielkim pasjonatem życia. Karolina Pryczkowska pochodzi z Dejku. To 27-letnia położna w UCK w Gdańsku, miłośniczka siatkówki i wspinaczki. Trzeci z uczestników wyprawy - Marcin Rymarczyk z Gdańska od lat zakochany jest w trekkingu wysokogórskim i wspinaczkach skałkowych. Z wykształcenia architekt, pracuje jednak jako księgowy.

- Pomysł na zdobycie Mont Blanc rzucił chyba Kamil, podczas jednej z naszych wypraw w Tatry. Napisałam do znajomych, z którymi się wspinam i chodzę po górach z zapytaniem, czy ktoś z nich byłby zainteresowany dołączeniem do nas. Od raz zgłosił się Marcin, pewny na 100 proc. Ustaliliśmy termin i tak stworzyliśmy nasz 3-osobowy super zespół - opowiada Karolina.

Kamil i Karolina wędrują wspólnie po Tatrach od kilku lat. W ubiegłym roku, zimą, zdobyli razem Rysy.

- Mieliśmy duże szczęście, że Marcin chciał z nami wyruszyć, ponieważ jest to bardzo zorganizowany człowiek, posiada większe doświadczenie wspinaczkowe - dodali mieszkańcy gminy Chmielno.

Przygotowania do wyprawy rozpoczęli od rezerwacji miejsc noclegowych, gdyż zgodnie z obowiązującymi od czerwca br. przepisami, zdobywając Mont Blanc od strony francuskiej konieczne jest posiadanie miejsca w jednym ze schronisk Tete Rousse, Goűter lub Nid d’Aigle. Biwakowanie jest zakazane, a za nieprzestrzeganie zasad grążą spore grzywny. Gdy mieli już termin i zapewnione miejsca, przystąpili do intensywnych przygotowań.

- Musieliśmy skompletować sprzęt, odzież i wszystko, co niezbędne do wyprawy i odświeżyć oraz poszerzyć wiedzę z asekuracji, a także wykupić dodatkowe ubezpieczenie wysokogórskie - opowiadają zdobywcy "Dachu Europy".

Karolina i Kamil spotykali się na ściance wspinaczkowej w Elewatorze i tam pod okiem Marcina, doskonalili techniki asekuracji i posługiwania się sprzętem zimowym. Ćwiczyli kilka razy w tygodniu.

Warto zaznaczyć, że wspinaczka na Mont Blanc wymaga bardzo dobrego przygotowania i sporych umiejętności. Ze statystyk, które znaleźć można w różnych serwisach internetowych, wynika, że rocznie ginie tam średnio około 100 osób.

W drogę

Na wyprawę ruszyli w piątek, 2 sierpnia. Dzień później dotarli do Francji. Pierwsze dni pobytu poświęcili na aklimatyzację i "lżejsze" trekkingi. Na pierwszej wyprawie pokonali około 20 km. W poniedziałek zaplanowali wjazd kolejką na Aiguille du Midi na wysokość 3842 m n.p.m.

Po czterech dniach od przyjazdu przyjaciele rozpoczęli wyprawę na "Dach Europy". Trekking rozpoczęli już od samego podnóża góry na wysokości niespełna 1000 m n.p.m. Do 60-litrowych plecaków spakowali cały sprzęt alpinistyczny, prowiant na kolejne dni i wodę.

- Przed wejściem na szlak zgubiliśmy drogę ale potem miało być już tylko łatwiej, pod górkę. Początkowy trekking był dla nas wszystkich bardzo przyjemny, ale też bardzo wyczerpujący. Byliśmy sami na szlaku i pogoda ducha, jak i ta na zewnątrz, bardzo nam dopisywały - relacjonuje Karolina.

Po pokonaniu pierwszego odcinka znaleźli się w pobliżu schroniska Tete Rousse. Kilkaset metrów przed wejściem, czekała ich kontrola przeprowadzana przez tzw. Gendarmerie de Haute Montagne (PGHM) i członków ‘białej brygady’ utworzonej przez gminę Saint-Gervais. Cała trójka pokazać musiała dokumenty tożsamości i potwierdzenia rezerwacji w schroniskach. Ostatni etap drogi do schroniska był zaśnieżony i oblodzony. Po dotarciu na miejsce marzyli już tylko o gorącym prysznicu i jedzeniu. Okazało się jednak, że zarówno w schronisku Tete Rousse jak i Gouter nie ma bieżącej wody, a woda butelkowana kosztowała aż 6 euro za 1,5 l. Mimo iż, skutki znajdowania się na dość dużej wysokości dały się już uczestnikom wyprawy we znaki, postarali się coś zjeść i udali się na spoczynek. Kolejny dzień rozpoczęli już o godz. 4 rano.

- Po śniadaniu, zostawiliśmy część rzeczy w schronisku i ruszyliśmy do schroniska Gouter na wysokości 3835 m n.p.m. Po łatwym początku, trzeba było przejść Grand Couloir, potocznie zwany Kuluarem Rolling Stones, Żleb Śmierci, gdzie zdarzało się dość dużo wypadków ze względu na spadające z góry kamienie, lawiny lub bryły śnieżne. Dlatego wyruszyliśmy tak wcześnie żeby uniknąć roztapiającego się pod wpływem słońca się lodu i osób, które mogą przypadkowo strącać kamienie - opowiadają zdobywcy szczytu.

Na szczęście niebezpieczny odcinek pokonali sprawnie i bez kłopotów. Na kolejnych mierzyli się ze stromymi podejściami z łańcuchami i grupami innych wędrowców. Tuż przed dotarciem do schroniska Karolinę, Kamila i Marcina złapała śnieżyca. Na szczęście cel był blisko.

- Po dotarciu przygotowaliśmy sobie posiłek liofilizowany, wypiliśmy dużo wody, pograliśmy w bierki i upewniliśmy się, co do optymistycznych prognoz pogody na następny dzień, po czym poszliśmy spać - opowiada Karolina.

Na kolejny dzień zaplanowano zdobycie szczytu.

Wejście na szczyt

8 sierpnia obudzili się bardzo wcześnie. Zapał ich nie opuszczał, choć jak sami określają, czuli się nieco "poniszczeni i brudni".

- Marcin przybrał rolę dobrej babci i kazał nam jeść żebyśmy nie zmarnieli w drodze. Po porannej krótkiej toalecie, ubraliśmy się, założyliśmy uprzęże, raki, kaski, spakowaliśmy sprzęt, przewiązaliśmy się liną i ruszyliśmy w kolejności: Marcin, ja i na końcu Kamil - relacjonuje Karolina.

Przed podróżnikami z Kaszub wyruszyło już kilka grup, więc ścieżka na szczyt była wydeptana, chociaż nie brakowało miejsc zawianych śniegiem. Im bliżej szczytu byli, tym wędrówka była trudniejsza.

- Wraz z kolejnymi metrami, oddech stawał się coraz cięższy, a my razem z nim. Robiliśmy co jakiś czas przerwy na wyrównanie oddechu, napicie się drogocennej wody i zjedzenie batoników. Minęliśmy kilka szczelin lodowych, które były dość niebezpieczne. Mieliśmy ze sobą, co prawda, śruby lodowe i czekany, ale wpadnięcie do takiej szczeliny mogłoby się tragicznie zakończyć - opowiadają wspinacze.

Im bliżej szczytu, tym więcej przerw trzeba było robić. Na trasie było już sporo ekip, więc wędrówka odbywała się w dużym skupieniu.

- Idąc razem związanym liną trzeba się wyczuć, wiedzieć kiedy zwolnić, przyspieszyć, kogo pospieszyć i kiedy odpocząć. Wydaje mi się, że ta droga bardziej nas wszystkich do siebie zbliżyła, a może tylko mnie, bo byłam w środku i czułam te napięcia lin z obu stron. Ja cały czas myślałam, że szczyt będzie już za następną górką, ale okazywało się, że była następna i następna. W końcu się ukazał - opowiada Karolina.

Wreszcie Marcin, ktrego GPS pokazywał wysokość 4808,72 m n. p. m oznajmił, że dotarli do celu.

- Z jednej strony czułam radość i potęgę gór, ale z drugiej strony, z tyłu głowy, miałam świadomość, że trzeba jeszcze bezpiecznie wrócić. Także na szczycie nie było podskoków, śnieżnych aniołów i szampana, tylko kilka zdjęć i schodzenie z powrotem. Schodziliśmy powoli, ostrożnie, mijając kilka grup - relacjonuje Karolina.

W pewnym momencie Kamil, który prowadził wyprawę w dół gorzej się poczuł. W związku z tym ekipa zatrzymała się w schronie Vallot na wysokości 4362 m.n.m.p.m. Łyk herbaty oraz batonik dodały sił na dalsze schodzenie. Noc spędzili w schronisku w Gouter. Kolejnego dnia dotarli do Tete Rousse, spakowali resztę rzeczy i ruszyli w drogę powrotną do Les Bossons, tym razem korzystając z oferty zjazdu kolejką linową.

Dopiero po powrocie mogli się porządnie wykąpać i w pełni cieszyć się radością ze zdobycia szczytu. Na pamiątkę wyprawy Kamil, Karolina i Marcin zrobili sobie zdjęcie z pomnikiem pierwszych zdobywców Mont Blanc. Do Polski powrócili szczęśliwi i spełnieni. A w głowach już snują plany na kolejne wyprawy. Może tym razem w... Himalaje?

MD-Z

DODAJ KOMENTARZ
Zamieszczając tu swój komentarz bierzesz za niego pełną odpowiedzialność. Wyrażając swoje zdanie, uszanuj proszę poglądy innych - komentuj, ale nie obrażaj! Redakcja portalu Kartuzy.info zastrzega sobie prawo do ingerowania w treść komentarzy lub ich usuwania, jeżeli nie będą zgodne z tematem, zasadami współżycia społecznego lub będą naruszały normy prawne i obyczajowe. Jeżeli uważasz, że komentarz powinien zostać usunięty - wypełnij formularz, który pokazuje się po kliknięciu na dzwonku pod treścią danego komentarza.