Kto pierwszy raz staje przed kartuską kolegiatą, zwykle zadziera głowę. Miedziany dach świątyni ma kształt wieka trumny, a na ściennym zegarze słonecznym widnieje trupia czaszka i łacińskie „memento mori" – pamiętaj o śmierci. To nie ponury kaprys architekta, lecz znak rozpoznawczy zakonu, który dał tej ziemi swoją nazwę.
Kartuzy wyrosły wokół klasztoru mnichów milczenia. I właśnie dlatego są nieoczywistym, a zarazem idealnym punktem, z którego można spojrzeć na pewien uparcie żywotny fenomen czytelniczy. Dlaczego zapiski ludzi, którzy szukali sensu w ciszy i samotności, wciąż znajdują tak wielu odbiorców?
Zakon kartuzów założył w 1084 roku święty Brunon z Kolonii jako wspólnotę pustelniczą – surową, wymagającą, nastawioną na odosobnienie. Jego reguła niemal nie zmieniła się przez tysiąc lat. Mnisi żyli w osobnych eremach, większość dnia spędzali w milczeniu, a mijając się, pozdrawiali jedynie słowami „memento mori".
Na Kaszuby kartuzi dotarli u schyłku XIV wieku – w 1381 roku sprowadził ich rycerz Jan z Rusocina, a klasztor stanął na przesmyku między jeziorami. I tu zaczyna się rzecz ciekawa. Zakon milczenia słynął zarazem z jednych z najlepszych bibliotek średniowiecznej Europy, a jego mnisi, uchodzący za najstaranniej wykształconych, przepisywali księgi i studiowali dzieła ojców Kościoła.
Reguła nie zostawiała miejsca na przypadek. Każdy z osiemnastu eremów miał dwa pokoje, kuchnię i ogródek, a zakonnicy spotykali się właściwie tylko w niedziele i święta, we wspólnym refektarzu. Dziś na całym świecie działa zaledwie 21 kartuzji – w czasach największego rozkwitu było ich blisko 300. Tym mocniej wybrzmiewa fakt, że akurat u nas pamięć o nich przetrwała w samej nazwie miasta.
Cisza i słowo pisane – z pozoru przeciwieństwa – były więc dwoma filarami tego samego życia. Klasztorny kompleks nazywano „Rajem Błogosławionej Maryi", a nadjeziorną alejką, dziś zwaną Aleją Filozofów, spacerowali pogrążeni w rozmyślaniach mnisi. Sam zakon zniknął stąd po rozbiorach, lecz miasto zachowało jego imię i stało się stolicą Kaszub.

Źródło zdjęcia: Adobe Stock
Kilka wieków później i kilkaset kilometrów dalej pewna zakonnica zaczęła prowadzić notatnik, którego nikt nie miał czytać. Siostra Faustyna Kowalska, urodzona w 1905 roku, ukończyła niecałe trzy klasy szkoły powszechnej. Swoje zapiski prowadziła w latach 1934–1938 w Wilnie i Krakowie, w wolnych chwilach, często w ukryciu przed innymi siostrami.
A jednak to właśnie ten intymny zeszyt – Dzienniczek Siostry Faustyny – jest dziś najczęściej tłumaczoną i wydawaną polską książką na świecie. Wyprzedza Lema, Miłosza i Gombrowicza. Przełożono go na kilkadziesiąt języków, także te najrzadsze, a światowego nakładu praktycznie nie sposób policzyć.
Co takiego kryje prywatny dziennik, że sięgają po niego miliony? Odpowiedź jest chyba prostsza, niż się wydaje. Faustyna nie pisała pod publikę – mocowała się ze słowami, próbując oddać to, czego zmysłami uchwycić się nie da. Ta bezradność wobec języka brzmi paradoksalnie wiarygodnie i to ona, bardziej niż teologia, przyciąga czytelnika.
Warto dodać, że rękopis „Dzienniczka" przechowywany jest jak relikwia w krakowskich Łagiewnikach, a jego przekłady bywają wyzwaniem samym w sobie. Tłumaczka brytyjskiego wydania, związana z Uniwersytetem Jagiellońskim, przyznała po latach, że była to najtrudniejsza praca w jej zawodowym życiu. Bo jak przełożyć na obcy język zapis czegoś, co z trudem mieści się nawet w polszczyźnie?
Że nie jest to zjawisko zamknięte w odległej przeszłości, pokazuje przykład znacznie nam bliższy w czasie. Alicja Lenczewska, szczecińska nauczycielka zmarła w 2012 roku, przez kilkanaście lat prowadziła duchowy dziennik zatytułowany „Świadectwo". Podobnie jak Faustyna, nie pisała dla czytelnika – pisała dla siebie.
Jej zapiski ujawniono i wydano dopiero po śmierci, a z czasem stały się jedną z najczęściej omawianych pozycji współczesnej polskiej literatury o duchowości. Pełną biografię mistyczki napisała Ewa Czaczkowska – historyk i dziennikarka, autorka między innymi biografii siostry Faustyny. Trudno o lepszy dowód na to, że oba te „dzienniki" łączy coś więcej niż zbieżność tematu.
Historia Lenczewskiej intryguje także dlatego, że rozgrywała się w scenerii najzwyklejszej z możliwych. Nie w klasztornej celi, lecz w zwykłym mieszkaniu, między lekcjami a sprawdzianami. Cicha w codzienności, a niezwykła w tym, czego doświadczała wewnętrznie – ten kontrast robi wrażenie mocniejsze niż niejeden życiorys spod znaku wielkich uniesień.

Źródło zdjęcia: Adobe Stock
Trop prowadzi z powrotem do ciszy. „Całe nieszczęście ludzi bierze się z jednego: że nie potrafią spokojnie usiedzieć w pokoju" – zauważył przed wiekami Blaise Pascal. W świecie, który hałasuje coraz głośniej, zapis cudzego doświadczenia wewnętrznego bywa jak uchylone okno do przestrzeni, o której na co dzień łatwo zapomnieć.
Literatura mistyczna nie jest zresztą wynalazkiem naszych czasów. Zapiski wizjonerek i wizjonerów czytano już w średniowieczu – tych samych, których dzieła przepisywali w skryptoriach kartuscy mnisi. Zmieniają się epoki i nośniki, ale potrzeba zaglądania w cudze wnętrze okazuje się zdumiewająco odporna na upływ czasu.
Te książki różni niemal wszystko – epoka, autorka, okoliczności powstania – a łączy jeden rys: nie napisano ich po to, by je czytano. Może właśnie dlatego czyta się je z tak dużym zaufaniem. Odbiorca ma poczucie, że dostaje relację z pierwszej ręki, a nie tekst obliczony na poklask.
Kto dziś sięga po takie tytuły? Bardzo różni ludzie, nie tylko regularnie praktykujący. Jednych przyciąga wątek biograficzny, innych psychologiczny zapis mierzenia się z samotnością i cierpieniem, jeszcze innych zwykła ciekawość doświadczenia granicznego. Wspólne pozostaje jedno: chęć usłyszenia głosu, który niczego nie udaje.
Jest w tym także wymiar czysto książkowy. Pierwsze polskie wydanie „Dzienniczka" z 1981 roku, które ukazało się w Rzymie i stało się podstawą wszystkich przekładów, bywa dziś prawdziwym białym krukiem. Te same zapiski trafiają zaś do czytelnika w dziesiątkach form – od tanich broszur po edycje w twardej oprawie ze złoceniami, traktowane niemal jak przedmiot kolekcjonerski.
| Dzieło | Autorka | Czas powstania | Charakter zapisków | Zasięg |
|---|---|---|---|---|
| „Dzienniczek" | św. s. Faustyna Kowalska (1905–1938) | 1934–1938 | prywatny dziennik duchowy | najczęściej tłumaczona polska książka na świecie |
| „Świadectwo" | Alicja Lenczewska (1934–2012) | kilkanaście lat | prywatny dziennik duchowy | jedna z głośniejszych współczesnych pozycji o duchowości |
Zestawienie opracowane na podstawie ogólnodostępnych informacji – danych wydawców, opracowań biograficznych oraz publikacji prasowych – wg stanu na dzień 17 lipca 2026 r. Charakterystyka ma charakter poglądowy i służy porównaniu obu zjawisk.
Od milczących mnichów, którzy w kartuskich eremach przepisywali księgi, po współczesnych czytelników pochłaniających dzienniki mistyczek – prowadzi zaskakująco prosta linia. Za każdym razem chodzi o to samo: o próbę zapisania tego, co dzieje się w środku człowieka, i o ciekawość innych, którzy chcą do tego zajrzeć.
Na Kaszubach ta ciekawość ma się dobrze – co roku tłumy pątników ściągają choćby na wielki odpust do Sianowa. A miasto z dachem w kształcie trumny wciąż przypomina, że najkrótsza droga w głąb człowieka nierzadko prowadzi przez ciszę. Reszta, jak widać, sama trafia na papier.

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!