Im bliżej zaplanowanego na wtorek spotkania kartuskich radnych w sprawie targowiska miejskiego, tym gorętsza wydaje się być atmosfera panująca pomiędzy dwiema grupami zwaśnionych kupców. W czwartek handlarze, którzy nie znaleźli się w stowarzyszeniu noszącym się z zamiarem budowy nowej hali targowej, kolejny raz domagali się uwzględnienia ich racji. - Nie rozumiemy dlaczego gmina chce pozbawić nas pracy. Mamy rodziny na utrzymaniu! - mówili.
Lista zarzutów, jakie pod adresem władz Kartuz wystosowała część kupców z targowiska jest wyjątkowo długa. Dotyczą one nie tylko najbliższych planów Stowarzyszenia Kupców Budowy Hali Targowej, ale także podjętych już przez samorząd działań, zmierzających do przeniesienia handlu na nowy targ, przy ul. Sędzickiego.
Najpoważniejszym argumentem jaki postawiono jest nierówne ich zdaniem traktowanie kupców, prowadzących działalność na targu.
- Czyje dobro bierze się pod uwagę? Tu handluje 60 osób, a decydujący głos i działkę przekazuje się zaledwie kilku. Przez trzy kadencje walczyliśmy, by w planie zagospodarowania uwzględnić w tym miejscu targowisko. Taki zapis w końcu się pojawił, a tu okazuje się, że handlować będą mogli tylko wybrani. Nie taki jest chyba zamysł targowiska miejskiego. Prawo do tego powinni mieć tu wszyscy - żalili się kupcy.
Nie kryto też rozczarowania postawą burmistrz Lehman. Jak przekonywano, jej działania stopniowo doprowadzają do "wykruszania się" kolejnych lokalnych przedsiębiorców. Świadczyć o tym ma znaczne podwyższenie opłaty targowej na dotychczasowym targu, przy jednoczesnym obniżeniu jej przy Sędzickiego, a także umyślne - zgodnie z ich wiedzą - próby sprowadzenia do Kartuz handlarzy pochodzenia romskiego bądź bułgarskiego.
- To najwyraźniej chęć zniszczenia nas. Już teraz ciężko nam handlować. Nie dość, że nas odgrodzono od dworca, to na dodatek ludzie nie mają pieniędzy na zakupy. Zamiast wspierać lokalnych przedsiębiorców w tych trudnych chwilach władze robią nam jeszcze konkurencję! My działamy legalnie, opłacamy podatki, ale dla pani burmistrz jak widać nie ma to znaczenia - twierdzili.
- Czasy są ciężkie, panuje bezrobocie, a nam odbiera się pracę. Od czasu zwiększenia opłaty targowej 40 proc. boksów zostało zamkniętych. Można to sprawdzić. Ludzi na to po prostu nie stać, a mamy przecież rodziny, dla wielu z nas to jedyne źródło utrzymania. Dlatego nie potrafimy zrozumieć dlaczego władze miasta postępują w ten sposób - dodawali inni.
Wielu z nich zaznacza, że nawet sam pomysł budowy hali jest chybiony i zupełnie niepotrzebny, a z ich rozmów z klientami wynika, że w zupełności wystarczyłoby położenie polbruku na obecnym placu. Tym bardziej, że handel na Sędzickiego nie ma racji bytu, choćby z uwagi na odległość od centrum miasta. Zapewniają, że dla nich wystawienie tam towaru jest równoznaczne z handlem w lesie.
- Zastanawiające jest, że wydano dwa miliony nie wiadomo na co, na nie swoim terenie, a tutaj, na gruncie gminnym, nie zrobiono nic od 16 lat. Wszystko robiliśmy tu własnym nakładem, sami. Na gminę nie mogliśmy i nie możemy liczyć - mówili w czwartek załamani kupcy.
Jedynym rozsądnym rozwiązaniem wydaje się w tej sytuacji próba nawiązania porozumienia, znalezienia konsensusu pomiędzy stowarzyszeniem, a handlarzami którzy się w nim nie znaleźli. Może być jednak o to bardzo trudno. Tym bardziej, że obie strony nie podejmują nawet prób dialogu.
- Nie wszystkich z nas stać na budowę takiego pawilonu. Większość z tu handlujących jest temu przeciwna. Wygląda to w tej chwili tak, jakby gmina przekazała za darmo tą działkę kilkuosobowej grupie biznesmenów, aby mogli rozwijać swój interes. Chcą tu zrobić drugie Centrum "Kaszebe". Ale co z nami? Jesteśmy już tym wszystkim zmęczeni, o niczym nas się nie informuje, wszystkiego na temat przyszłości targowiska dowiadujemy się z prasy bądź od znajomych, a Gmina nigdy nic nie wie. Jak to możliwe? - skarżą się kupcy.
Mimo to, jak zapewniają, jeszcze w grudniu wniosek o przyjęcie do stowarzyszenia złożyło ponad 20 osób, ale na swoje pisma do dziś nie dostali nawet odpowiedzi.
- Gdy nas stąd w końcu wygonią, pójdziemy pod gminę. Nie zostawią nam wyboru. Na Sędzickiego nie przejdziemy, bo tam nikt nie przyjdzie. Co to dla nas za interes? Równie dobrze od razu możemy zamknąć działalność. Poza tym to targ dla zwierząt, nie ludzi! - grzmią.
Do bezpośredniej konfrontacji z władzami gminy dojdzie jednak zdecydowanie wcześniej, bo już w najbliższy wtorek, na kiedy zaplanowano wspólne posiedzenie komisji stałych Rady Miejskiej. Dyskusja dotyczyć ma targowiska i zasad, na jakich gmina przekazać ma stowarzyszeniu działkę pod halę targową. Pojawią się zarówno kupcy z jednej, jak i drugiej grupy. Zapowiada się więc wyjątkowo emocjonujące popołudnie, czego dowodem może być choćby krótki komentarz, o jaki po naszej rozmowie z handlarzami pokusili się przysłuchujący się wszystkiemu przedstawiciele stowarzyszenia.
- Nie będziemy podawać wszystkich nazwisk, bo nam nie wolno, ale zapewniam, że w stowarzyszeniu jest więcej lokalnych kupców, niż próbuje się to przedstawić. To po prostu bzdury i próba mącenia. Jest nas pięciokrotnie więcej. Przekona się pan zresztą we wtorek - zapewniał jeden z nich.
Bartek Gruba
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze