40 lat w służbie Ojczyźnie

Jubileusz Edmunda Kwidzińskiego

sobota, 1 września 2012 r., 20:01
fot. archiwum

Pierwsze kroki jako strażak stawiał w ochotniczej jednostce w Miechucinie. Po szkole Chorążych Pożarnictwa miał trafić do Warszawy, ale świadomie wybrał Kartuzy, w który został już na zawsze. Organizował sieć jednostek OSP, a od 20 lat stoi na czele zawodowej jednostki straży pożarnej. W sobotę Edmund Kwidziński świętował 40-lecie służby strażackiej.

90 procent załogi Państwowej Straży Pożarnej w Kartuzach ma mniej lat niż komendant służby. Od 1992 roku, czyli od czasu powołania w Polsce do życia Państwowej Straży Pożarnej, w obecnym składzie jest tylko trzech strażaków pamiętających początki.

Kiedy pytaliśmy komendanta o to z czego jest najbardziej dumny odpowiadał, że to nie są jego osobiste osiągnięcia, ale zasługa wszystkich, którzy z nim pracowali.

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z starszym brygadierem Edmundem Kwidzińskim, Komendantem Powiatowym PSP w Kartuzach.

Panie Komendancie, może zaczniemy chronologicznie, od początku. Jak to się właściwie wszystko zaczęło?

Służbę zawodową rozpocząłem 1 września 1972 roku. 40 lat temu ukończyłem szkołę średnią. Zdałem maturę w techniku mechanicznym im. Floriana Ceynowy w Kartuzach. Ale już przez okres szkoły średniej związany byłem ze Ochotniczą Strażą Pożarną w Miechucinie, gdzie na początku działałem w strukturach drużyny młodzieżowej.

No tak, ale jak to było z tym powołaniem do służby. Obudził się pan w środku nocy i uświadomił sobie, że chce być strażakiem?

Nie, to byłoby zbyt romantyczne. Ja wolę kino akcji. Musi się coś dziać. To moja żona woli piękne, spokojne historyjki, ale staramy się wspólnie oglądać i moje, i jej filmy. Przejdźmy jednak do meritum.

Wszystko zaczęło się od mojego dziadka ze strony mamy Roberta. To były trudne czasy, nie było takich możliwości, ale to właśnie chyba on rozpalił we mnie miłość do tego zawodu. To on był jednym z założycieli OSP w Miechucinie w 1928 roku. Druga kwestia to ludzka chęć niesienia pomocy drugiemu. Zawsze przyświecała mi taka myśl, że ratujemy życie i mienie ludzi. A wśród strażaków dodatkowo dodajemy, że Bogu na chwałę i ludziom na ratunek.

I jak to wyglądało na początku?

Wiele osób w strukturach miało już blisko albo ponad 70 lat i niewiele się tam działo. Coś trzeba było z tym zrobić. Skończyłem 17 lat i zapisałem się do straży. Na zebraniu sprawozdawczym z innymi młodymi kolegami zrobiliśmy w cudzysłowie przewrót i przejęliśmy całą władzę. Mnie przypadła funkcja naczelnika OSP, najmłodszego w całym powiecie kartuskim. Oczywiście prezesa wybraliśmy bardzo statecznego, który był potrzebny do naszych planów, mianowicie był to murarz, a my chcieliśmy przecież budować. Oczywiście nie obyło się bez kłopotów.

Mieliście chociaż sprzęt?

Nie było strażnicy, więc i sprzętu nie było zbyt dużo, ale i tak aktywnie działałem w jednostce. Robiliśmy wszystko, co w naszej mocy. Pamiętam, jak dyrektor szkoły, do której uczęszczałem, mówił do mnie: Edmund, Ty się opamiętaj. Najpierw nauka, potem działanie.

No i nie udało mu się tej pasji stłamsić?

Nie. Po skończeniu szkoły najpierw zapisałem się do wojska. Trafiłem do wyższej szkoły wojsk pancernych w Poznaniu, ale długo tam nie zabawiłem i ostatecznie pierwszego września podjąłem naukę w ówczesnej szkole Chorążych Pożarnictwa w Poznaniu, która wtedy dopiero rozpoczynała swoją działalność. Potem odbyłem praktykę zawodową w Gdańsku, Szubinie, Wrocławiu i Warszawie. Po skończeniu szkoły w 1974 roku otrzymaliśmy przydziały służbowe. Dostałem przydział na instruktora sprzętu do Wyższej Oficerskiej Szkoły Pożarniczej w Warszawie.

I co? Szkolił Pan młodą kadrę oficerską?

Na szczęście nie. W ogóle o tym nie myślałem. Jak prymus miałem przywilej wyboru miejsca służby na terenie całej Polski. Wykorzystałem to. Pomyślałem sobie, że w tak młodym wieku uczyć innych, kiedy człowiek sam do końca nie był douczony, to nie jest najlepszy pomysł. Po drugie bardzo czułem się związany ze swoim terenem. Bardzo chciałem wrócić na Kaszuby. W czerwcu 1974 roku zameldowałem się z przydziałem u komendanta wojewódzkiego straży pożarnej, płk. Trojanowskiego i trafiłem do Kartuz.

Dla wielu Warszawa w tamtych czasach była spełnieniem marzeń?

Może tak. Ja wolałem być tutaj. Tym bardziej, że czekała na mnie moja ukochana, a po drugie dobrze wspominałem ludzi, z którymi tutaj wtedy współpracowałem. Powołano mnie na stanowisko oficera do spraw zapobiegania pożarom. Moim współpracownikiem został starszy ogniomistrz Gerard Gosz, który dość szybko i biegle pisał na maszynie. Dostałem też pierwszy służbowy motocykl - SHL. Co wyjechałem, to trzeba było mnie holować, bo się popsuł. Mimo to sporo jeździłem i nakładałem sporo mandatów. Rocznie było ich około 300 oraz dodatkowo około 50 wniosków do ówczesnych kolegiów. Po dwóch latach partyjni stwierdzili, że trzeba mnie gdzieś przesunąć, bo zbytnio ingerowałem w ich interesy. Jeżeli ktoś w tamtych czasach nie pasował, to trzeba było pchnąć go albo niżej, albo wyżej. Ja miałem to szczęście, że poszedłem wyżej. Wyliczyli mi moje zasługi w zakresie ochrony przeciwpożarowej i awansowali na zastępcę komendanta rejonu do spraw operacyjno-szkoleniowych.

Wtedy zaczął Pan organizować sieć OSP na kształt tej funkcjonującej dzisiaj?

Uzupełniałem wykształcenie w Wyższej Szkole Pożarniczej w Warszawie. Wtedy zacząłem prostować tak zwaną sieć straży pożarnych. W tamtych czasach poszczególne straże powoływane były administracyjnie, dziś jednostki ochotnicze są stowarzyszeniami. W całym powiecie było ponad 90 jednostek. Przez kilka lat udało mi się doprowadzić do stanu około 60 - razem z jednostkami zakładowymi. Jednym zdaniem - zniknęły te straże, które nic nie robiły i nie miały sprzętu. Miały tylko ludzi i to na papierze, a do tego nie były i nie chciały być aktywne.

Rozpoczęliśmy też szkolenia ochotników. Organizowałem skoszarowane kursy w Chmielnie. Dla mechaników, dla szeregowych, dla naczelników, dla operatorów. Rozpoczęliśmy też organizację zawodów gminnych. Najpierw było namawianie, żeby ktoś przyjechał. Jak już przyjechali to połowa pomp została zatarta. No ale dzięki temu ten poziom był coraz wyższy. Pewnie za sprawą ducha konkurencji, który obudził się w strażakach.

W międzyczasie rozpoczęliśmy w zawodowej jednostce szkolenia sportowe. Teraz mamy niemałe osiągnięcia w zawodach czy ćwiczeniach bojowych.

Później przyszedł stan wojenny. Znowu inny układ, inne zdania. W związku z wydarzeniami grudnia została zamknięta moja szkoła. Byliśmy rok do tyłu, dlatego dopiero w 1986 roku zamknąłem ten etap, otrzymując dyplom oraz promocję oficerską.

Niedługo później upadek komunizmu. Władze powołują do życia Państwową Straż Pożarną. Dostał Pan nominację.

Tak. Przekształcili nas w 1992 roku. Pierwszego lipca tego roku zostałem powołany na stanowisko dowódcy jednostki ratowniczo-gaśniczej. W tym czasie była to oddzielna jednostka w stosunku do komendy, co rodziło konflikty między dowódcą jednostki a komendantem.

Niedługo później przyszedł bardzo trudny okres w życiu mojej rodziny i moim. Pierwszego grudnia 1992 roku z ówczesnym komendantem wojewódzkim jechałem na specjalną odprawę w zakresie ratownictwa drogowego do Warszawy. Za Ostródą, dokładnie w Szydlaku, wpadliśmy na łuku drogi w poślizg. Doszło do czołowego zderzenia z cysterną Iveco. Nasz kierowca zginął na miejscu, komendant, mój kolega kwatermistrz oraz ja zostaliśmy ranni.

Dla mnie zaczyna się trudny proces leczenia. Najpierw Ostróda, potem byłem bliżej domu, bo w szpitalu w Dzierżążnie. Przeszedłem trudną operację zespolenia. Lekarze musieli wyciągnąć element z mojego biodra. I tu słowa ogromnej wdzięczności kieruję w stronę doktora Wójcika. Operacja trwała ponad osiem godzin. Na szczęście wypuścili mnie na święta do domu. Ostro wziąłem się do ćwiczeń kolana. Przyszedł sierpień 1993 roku, kiedy skończyło się leczenie, a ja musiałem stawić się przed komisją MSW.

Mieli orzec, czy może Pan dalej pracować, tak?

Od razu postawili na mnie krzyżyk, ale ja się nie poddawałem. Zakwalifikowano mnie do pierwszej grupy, co oznaczało koniec służby. Odwołałem się do komisji okręgowej, później do komisji centralnej w Warszawie. Pamiętam to jak dzisiaj. Za stołem siedziało trzech profesorów. Patrzeli na mnie zdziwieni i pytają czego od nich oczekuję. Przecież dostałem maksimum, 60 procent odszkodowania - mówili. Ja na to, że chcę wrócić do służby. No proszę Pana - powiedzieli - musielibyśmy panu obniżyć odszkodowanie. Sprawdzali mnie na różne sposoby, po czym stwierdzili, że jestem trochę dziwny, bo większość chciała, żeby im podwyższyć, ale nikt nie chciał, żeby zmniejszyć i jeszcze przywrócić do służby.

Udało się.

Bardzo się cieszyłem, bo nie wyobrażałem sobie innego życia, bez straży. Robiłem to, co kochałem i byłem bardzo związany z pracą i z ludźmi, z którymi działałem.

Niedługo później zastąpił Pan swojego poprzednika na stanowisku komendanta?

Tak, od września byłem już na służbie. Mój poprzednik przechodził akurat na emeryturę, a ja formalnie przejąłem obowiązki komendanta rejonowego.

Panie Komendancie, przez te wszystkie lata wielokrotnie brał Pan udział w różnych akacjach ratowniczych. Czy jakaś szczególnie zapadła Panu w pamięci?

Bez wątpienia wypadek autobusu w Kokoszkach. Nasza niemoc. To wywarło największy wpływ na moją psychikę. Próbowaliśmy dostać się do środka, chcieliśmy to jakoś powycinać, żeby wydobyć wszystkich. I to zderzenie, kiedy człowiek uświadomił sobie, że za jednym razem zginęło tam aż 25 osób. Układaliśmy te ciała jedno obok drugiego. Człowiek nie był psychicznie przygotowany do czegoś takiego.

Ale zarzuca Pan sobie czy swoim strażakom cokolwiek?

Nie, nie o to chodzi. Dzisiaj jestem pewien, że ta akcja w Kokoszkach wyglądałaby zupełnie inaczej, gdybyśmy byli bogatsi o doświadczenia tych lat i przede wszystkim o sprzęt, którego wtedy nie mieliśmy. Z jednej strony to była wielka tragedia, z drugiej dopatruję się w tym też jakiś pozytywów. To dało nam taki zastrzyk energii, że musimy robić jeszcze więcej.

Sprzęt i wyszkolenie to podstawa. Kiedy przyszedłem do służby w 1974 roku mieliśmy od 40 do 60 interwencji rocznie i były to pożary. Po upadku komunizmu lawinowo zaczęła rosnąć liczba wypadków drogowych. Rocznie mamy teraz około 2000 zdarzeń. W latach dziewięćdziesiątych goniliśmy, żeby nasze wyposażenie było dostosowane do zagrożeń: wypadków, skutków wichur czy podtopień oraz działań na akwenach wodnych. Wtedy byliśmy nieprzygotowani do tego obszaru działań, jaki przypisała nam ustawa o ochronie przeciwpożarowej i o PSP.

Panie Komendancie, wróćmy jednak jeszcze na chwilę do Kokoszek. Często myśli Pan o tym wypadku?

Czasami wraca do mnie taki film. Przypominam sobie jak wchodziliśmy do tego autobusu. W czasie akcji człowiek funkcjonuje jak automat. Dopiero później przychodzi psychiczne zmęczenie. Po wypadku w Kokoszkach przyjechałem do komendy i dopiero, kiedy zacząłem pisać meldunek, uświadomiłem sobie ogrom tej tragedii.

Często wspominam też inny wypadek. W odwiercie, gdzie szukano wody, utopiło się dziecko. Kopaliśmy wtedy obok drugą studnię z kręgów, a później podjąłem decyzję, żeby bez zabezpieczenia przebić się na drugą stronę. Niestety ten chłopak zmarł. To za każdym razem jest dla nas ogromne nieszczęście. Mamy takiego kaca moralnego, że zrobiliśmy wszystko, co w naszej mocy, a jednak się nie udało. Wtedy analizujemy, czy mogliśmy inaczej, lepiej, ale niestety okazuje się, że nie.

A największa, jeśli chodzi o skalę akcja?

Bez wątpienia pożar szpitala w Dzierżążnie. Tą akcją dowodziłem sam. Ewakuowaliśmy ponad 60 pacjentów i ani jeden nie ucierpiał. W ewakuację włączyli się nawet okoliczni mieszkańcy.

To trudne wspomnienia, a chcielibyśmy też zapytać, czy ma Pan jakieś miłe, może nawet zabawne wspomnienia z tych 40 lat służby?

Dostaliśmy kiedyś zgłoszenie od kobiety, która widziała rybaka łowiącego ryby na łódce. W pewnym momencie rybak znikł, więc pomyślała, że coś się stało. Popłynęliśmy i okazało się, że wędkarz śpi na dnie łodzi. Jak go strażacy obudzili, zaczął ich wyzywać i mówił, że znajdzie tę kobietę i ją załatwi.

40 lat na służbie. Pod Pana rządami przewinęła się cała masa ludzi? Ma Pan wobec kogoś szczególny dług wdzięczności?

Nie chciałbym nikogo pominąć, a wymienianie wszystkich z nazwiska jest niemożliwe. Na pewno ogromny wpływ miały na mnie osoby, od których uczyłem się na samym początku: Wiktor Szymański z Goręczyna, Jerzy Król z Prokowa, Władysław Roda z Sulęczyna. Wszyscy byli komendantami gminnymi ze sporym doświadczeniem. Podpatrywałem ich i razem z nimi szukałem różnych sposobów współpracy. Niektórzy z nich już odeszli, inni jeszcze żyją.

Zawsze będę też podkreślał, że to, co udało się zrobić w naszym powiecie, to zasługa nie tyle moja, co ludzi, którzy chcieli współpracować. Nigdy przez te wszystkie lata nie forsowałem tych osiągnięć jako moich. To, że dzisiaj wszystkie 52 ochotnicze jednostki w powiecie mają samochody i sprzęt, odpowiednie warunku do przechowywania tego sprzętu, jest zasługą strażaków. Należy też wspomnieć o prywatnych przedsiębiorcach z naszego terenu, na których jako komendant zawsze mogłem liczyć.

No i oczywiście największe podziękowania należą się mojej rodzinie. Moja żona czasami żartobliwie pyta z kim brała ślub - czy ze strażą czy ze mną - a ja mówię, że to zależy od dnia i godziny. Na szczęście przez te wszystkie lata wystarczyło jej cierpliwości. Myślę, że mamy dobry układ i wszystko się nam udaje. Jestem jej bardzo wdzięczny, bo musiał włożyć sporo wysiłku w to wszystko. Kiedy jest się na służbie, rzadko patrzy się na zegarek. Jest coś do wykonania i koniec. Czas to sprawa drugorzędna.

Dzisiaj nie bierze Pan już udziału w akcjach, chyba że są to bardzo poważne zdarzenia. Jednak sms-y o każdym alarmie przychodzą na pańską komórkę i w dzień i w nocy.

Kiedyś było trudniej. Dyżurny dzwonił bezpośrednio do mnie i podejmowało się decyzję. Dzisiaj są sms-y. Nawet kiedy jestem na uroczystości czy w kościele, to dyskretnie zerkam, co się dzieje, bo może trzeba zadysponować dodatkowego dowódcę czy pojechać samemu, bo tak podpowiada doświadczenie.

A co na to żona? Nie ma dość tych sms-ów czy telefonów o każdej porze dnia i nocy?

Żona zawsze śmieje się, że powinna dostać dodatek za szkodliwe warunki. Jeśli widzę w nocy, że po kolei przychodzą dwa, trzy sms-y, to wiem, że trzeba się podnieść. Chyba jestem z tej starej gliny. Człowiek uważa, że jeżeli sam będzie na miejscu, sam zobaczy, to będzie lepiej. Ale już od jakiegoś czasu staram się wycofywać, żeby też młodsi mogli się sprawdzić. Mam nadzieję, że mam dobry zespół. Wszyscy, którym nie było tutaj po drodze, odchodzili, bo albo ciągniemy w jedną stronę, albo w ogóle.

Mają Państwo dwie córki. Jak one podchodziły do Pańskiej pracy? Nie chciały pójść w ślady ojca?

Bywały na obozach pożarniczych, ale ta profesja pewnie im nie leżała. Pewnie dlatego, że widziały jak to wygląda, jak bardzo ta praca jest absorbująca. Moją karierę zawdzięczam żonie, na której wsparcie i cierpliwość zawsze mogłem liczyć. Ona zajmowała się rodziną, a ja dzięki temu mogłem przez tyle lat pomagać innym.

Czy teraz małżonka może liczyć na jakąś rekompensatę?

Nawet kiedy mam urlop, to nie mogę żyć już bez komendy. Jestem uzależniony i tyle. Jadę, żeby sprawdzić, czy wszystko jest w porządku. Dopiero siedem lat temu udało się nam wyjechać trochę dalej, do do Egiptu. Od tego czasu staram się wyjeżdżać z żoną raz do roku.

Tam też myśli pan o pracy?

(Śmiech). Pośrednio tak. Czy jestem w kraju czy za granicą, to wilka zawsze do lasu ciągnie. Nie myślę już tyle o komendzie, ale za to zawsze odwiedzam miejscowe jednostki.

Ma Pan może jeszcze jakieś niespełnione marzenia czy cele? Może niekoniecznie związane z pracą?

Jestem takim typem człowieka, że każda sprawa, która idzie jak po grudzie, mobilizuje mnie, a nie zniechęca. Problemy traktuję jako wyzwania i szanse, a nie jako zagrożenie. Jeśli ktoś mówi mi, że coś jest niemożliwe, to ja cierpliwie poczekam i dopnę w końcu swego. Mówię zawsze, że to typ upartego Kaszuba, który wyrzucony drzwiami, wraca oknem.

A moje marzenie czy życzenie? Życzę sobie przede wszystkim zdrowia. Dotąd tylko raz byłem na zwolnieniu. Było to związane z wypadkiem, o którym wspominałem. Wielu moich rówieśników już odeszło, a tak bardziej przyziemnie to marzę o kolejnych wyjazdach z żoną.

Otrzymał Pan sporo odznaczeń i medali. Czy któreś ma dla Pana szczególną wartość

Myślę, że Kryształowe Serce, które otrzymałem jako honorowy krwiodawca. Udało mi się oddać 47 litrów krwi. To dla mnie bardzo ważne, bo kojarzy się z oddawaniem komuś swojego własnego serca. Nigdy nie chwaliłem się takimi rzeczami. Idę, oddaję, nie wiem nawet dla kogo. Kiedy potrzebowałem krwi po wypadku też ją dostałem. Może dlatego wiem, jak to ważne. A medale i krzyże są bo są. Pewnie jest to jakaś satysfakcja, że ktoś docenia to, co robi się ponad normalne obowiązki.

Dziękujemy serdecznie za rozmowę i zgodnie ze strażacką tradycją życzymy: ile wyjazdów, tylu powrotów.

Rozmawiali: Natalia Bobrowska, Fryderyk Potoczek

DODAJ KOMENTARZ
Zamieszczając tu swój komentarz bierzesz za niego pełną odpowiedzialność. Wyrażając swoje zdanie, uszanuj proszę poglądy innych - komentuj, ale nie obrażaj! Redakcja portalu Kartuzy.info zastrzega sobie prawo do ingerowania w treść komentarzy lub ich usuwania, jeżeli nie będą zgodne z tematem, zasadami współżycia społecznego lub będą naruszały normy prawne i obyczajowe. Jeżeli uważasz, że komentarz powinien zostać usunięty - wypełnij formularz, który pokazuje się po kliknięciu na dzwonku pod treścią danego komentarza.