Reklama

„Uczę się innej rzeczywistości”

24/03/2005 09:43
Na misji w Mukonchi, 200 km na północ od Lusaki, stolicy Zambii, posługę kapłańską pełni ks. Wojciech Ciesielski, były wikariusz w parafii Wniebowzięcia NMP w Kartuzach. Ks. Wojtek odwiedził nas w redakcji tuż przed Wielkanocą, podczas swego krótkiego urlopu w kraju.

- Czy decyzja o wypełnianiu misji kapłana na czarnym lądzie, zapadła spontanicznie, czy dojrzewała długo?

- Pojechałem do Zambii odwiedzić kolegę. Zobaczyłem na własne oczy jak wygląda tamto życie i jak bardzo potrzeba tam księży. Zrozumiałem, że chciałbym służyć tamtym ludziom, pracować z nimi, wskazywać im drogę do Chrystusa. Może ta podróż była jakimś znakiem Bożym, bo bardzo szybko podjąłem decyzję, że właśnie w Afryce chcę wypełniać posługę kapłańską.

- Ile czasu trwały przygotowania?

- Wracałem z Zambii pod koniec lipca, a od września byłem już w Centrum Informacji Misyjnej, gdzie przez rok przygotowywałem się do wyjazdu. Kolejnym etapem był półroczny kurs języka angielskiego w Anglii, a potem już pakowanie walizki i wyjazd. Minął rok, odkąd jestem w Afryce.

- Czy wyobrażenia o pracy w Zambii sprawdziły się w zetknięciu z rzeczywistością?

- Wyjeżdżając na misje, nigdy do końca nie wiadomo, gdzie się trafi i jaką rzeczywistość zastanie. Parafie misyjne różnią się od polskich. Tam każda jest inna, ma swą specyfikę i klimat.

Wiedziałem, że to, co tam zastanę, trzeba zaakceptować i starać się w tych realiach odnaleźć. Życia w Afryce, szczególnie w buszu, musi się nauczyć każdy, tym bardziej Europejczyk. Inni są tam ludzie, inaczej myślą, inne wartości są dla nich istotne. Dziś mogę powiedzieć, że nie żałuję. Mało tego, gdy wyjeżdżam gdzieś z misji, np. do miasta, załatwić jakieś sprawy, to po chwili już tęsknię i chętnie wracam.

- Jak wyglądają Księdza obowiązki na misji?

- W soboty i niedziele wyjeżdżamy do kaplic, których na misji mamy 34. Trzeba dwóch, trzech miesięcy, żeby je wszystkie odwiedzić. Zdarza się, że wyjeżdżamy również w tygodniu, gdy na przykład w którejś kaplicy przypada święto. Odprawiamy msze św. i odwiedzamy z posługą sakramentalną chorych.

- Odprawia Ksiądz mszę św. po angielsku?

- Nie, w języku chibemba. W Zambii jest 70 języków, ale w naszej misji liturgicznym jest chibemba. Zacząłem odprawiać msze św. już po tygodniu pobytu i przyznam, na początku nie rozumiałem wszystkiego. Ludzie mnie uspokajali i pocieszali: "Ojcze, my cię rozumiemy doskonale, nie przejmuj się. Jak to możliwe, że ty czytasz w bemba, a nie mówisz w bemba?!". To było dla nich dziwne, bo u nich jest odwrotnie, wielu mówi, a mało kto umie czytać. Mimo że coraz więcej osób zna angielski na tyle, by się porozumieć, wolą wysłuchać mszy, kazania, czy spowiadać się w swoim języku.

- Co Księdza tak "na dzień dobry", zaraz po przyjeździe, najbardziej zaskoczyło?

- Chyba widoczna wszędzie bieda. Ale jak się tam przyjeżdża, to trzeba wiedzieć, po co się przyjechało i nie myśleć o sprawach materialnych. Ci ludzie potrzebują wiele pomocy i trzeba im pomagać, ale jednocześnie pamiętać o strawie duchowej, która jest nie mniej istotna.

- W jakich warunkach żyją ludzie w Mukonchi?

- Najbliższe miasto Kabwe, jest oddalone od naszej miejscowości o 50 km. Tam jeździmy na zakupy, tam jest najbliższy lekarz. W Mukonchi mamy przychodnię, ale są tam tylko pielęgniarki, a jedynym dostępnym lekiem jest panadol i środki malaryczne. Warunki są tam tragiczne, nie ma pościeli, a koce używane są przez wszystkich, bez prania i dezynfekcji.

- W Kartuzach był Ksiądz znany ze znakomitych relacji z młodzieżą. Jak tam wygląda katechizacja i kontakty z młodymi?

- Nie wiem, czy znakomitych, ale dziękuję. Tam wygląda to trochę inaczej. W Zambii nie chrzci się maluchów, jak w Polsce. Zazwyczaj do sakramentu chrztu przystępują dzieci większe i dorośli. Zdarza się, że podczas mszy św. mamy ok. 60 chrztów i 20 ślubów. Katolicy stanowią 20 procent wszystkich. To młoda misja, istnieje od pięciu lat. Mamy dwóch katechistów i kilkudziesięciu tzw. katechajzerów i to głównie oni, w stacjach misyjnych przygotowują młodzież do sakramentów. My, widząc tych ludzi raz na dwa, trzy miesiące, nie bylibyśmy w stanie ich przygotować. Współpraca ludzi świeckich jest konieczna. Najlepszy kontakt z dziećmi mam tam gdzie mieszkamy, w Mukonchi. Przeważnie w soboty, przychodzi do nas ok. 70 maluchów. Są to spotkania w formie zabawy, trochę katechizacji, nauki angielskiego i bycia razem. To im się potem przydaje w szkole. W Mukonchi mamy dwie szkoły, które są darmowe, ale często zakup mundurka czy butów przerasta możliwości finansowe rodziców, dlatego do szkoły uczęszcza 50 procent dzieci. Mówią w szkole po angielsku i z tym sobie radzą, gorzej z pisaniem i czytaniem. W szkołach nie ma podręczników, a to utrudnia przyswojenie języka. Jak już jesteśmy przy najmłodszych, to jeśli uda nam się zebrać pieniądze, chcemy otworzyć w Mukonchi świetlicę dla dzieciaków. Mamy już salę, ale trzeba ją wyposażyć w ławki, stoliki, krzesła, kupić książki, jakieś gry. To ma być miejsce, w którym maluchy będą mogły miło spędzać czas, odrobić lekcje czy się pobawić. Jeżeli podejmujemy tego typu przedsięwzięcia, to dla wszystkich dzieci, nie tylko katolickich.

- Były też inne?

- Tak. Przyjechali do nas wolontariusze z Anglii z pieniędzmi pozbieranymi w swoich parafiach, bo, nie ma co ukrywać, bez pieniędzy nie zrobisz tam nic. Pomogło nam to zorganizować kursy dla miejscowej młodzieży: stolarski dla chłopców i krawiecki dla dziewcząt. Taki kurs trwa sześć miesięcy. Bierze w nich udział głównie młodzież z buszu, dlatego musieliśmy im zapewnić noclegi. Po zakończeniu nauki, kupujemy im potrzebne narzędzia, chłopcom stolarskie, a dziewczynom maszyny do szycia, oczywiście nie na prąd, bo w buszu prądu nie ma. Dzięki takiemu przygotowaniu, mogą lepiej w swoim środowisku egzystować. Mamy też na misji przedszkole dla sierot, których jest dużo, bo plagą Afryki jest dziś AIDS. Trzeba tym dzieciaczkom pomagać.

- Obrzędy chrztu, czy ślubu wyglądają podobnie jak u nas?

- Przygotowanie dorosłej osoby do chrztu trwa dwa lata. Pamiętam, że do pierwszego chrztu, jakiego udzielałem w Zambii, przystąpiła cała rodzina: matka, ojciec i dziecko. Przy okazji, tego samego dnia, rodzice wzięli ślub kościelny. Sam obrzęd ślubu, czy chrztu w kościele wygląda podobnie, natomiast ślub tradycyjny oczywiście się różni. Rozwiązać go może nawet rodzina. Narzeczony za przyszłą małżonkę musi zapłacić umówioną sumę pieniędzy lub coś ofiarować. Ten obyczaj musi być też respektowany przy ślubie katolickim, bo jest to ich tradycja, bardzo ważna dla nich i musimy ją uszanować. Dlatego w akcie małżeńskim, który spisujemy, jest również pytanie o to, czy została uregulowana sprawa zapłaty za żonę i jaka to była suma. Rodzice muszą złożyć podpisy, że zapłatę otrzymali, bądź otrzymują w ratach.

- W seminarium w Pelplinie śpiewał Ksiądz w zespole "Cis", później na parafii w kolegiacie, również prowadził Ksiądz scholę. Jak tam realizuje Ksiądz muzyczne pasje?

- Tam nikogo nie trzeba namawiać do śpiewu, czy do tańca. W każdej misji jest chór, który przygotowuje całą liturgię mszy św. Są też grupy tańczące, tzw. stelle. Organizują się sami i nie potrzebują do tego księdza. Moją rolą jest tylko nadzór i czasem, gdy mają problemy, pomoc w ich rozwiązywaniu. Tam naprawdę ludzie świeccy robią dużo i bardzo nas wspierają. Bez nich misja nie ma szans funkcjonować.

- Zżył się Ksiądz z miejscowymi ludźmi?

- Na pewno relacje między nami są nieco inne od tych, do których przyzwyczaiłem się choćby w Kartuzach. Przede wszystkim na początku wszyscy wyglądali dla mnie tak samo, po prostu czarne twarze. Dziś wiem, że i my wyglądamy w ich oczach jednakowo i często mylą mnie z kolegą. Na nasze stosunki wpływają też różnice kulturowe, choć dzieci zaczynają być coraz bardziej otwarte. Organizujemy np. turnieje piłki nożnej. Od pewnego czasu mamy kontakt z angielskim klubem sportowym, który wspomaga nas w sprzęt sportowy i stroje. To przyciąga dzieciaki, choć tłumaczę im, że to tylko dodatkowa rozrywka, a tak naprawdę mają przychodzić do Domu Bożego, a nie tylko pograć w piłkę.

- Ceny różnią się od naszych?

- W Polsce nigdy nie znałem cen, bo nie musiałem. Tam taka konieczność wystąpiła. Ceny w porównaniu z naszymi są bardzo wysokie, np. słoiczek polskiego dżemu kosztuje tam 2 dolary, a musztardy 3 dolary.

- Afryka kojarzy się też z upałami. Jak Ksiądz znosi ten klimat?

- Od listopada do końca marca mamy porę deszczową. Jest wtedy bardzo gorąco, w dzień nawet 60 stopni. Wiele razy budząc się w nocy, miałem w pokoju temperaturę 30-35 stopni. Pod koniec marca rozpoczyna się pora sucha. Nie spadnie wtedy nawet kropla deszczu. Dni są ciepłe do 30 stopni, natomiast w nocy temperatura spada nawet do 2 stopni, więc jest bardzo zimno, ale do warunków pogodowych już się przyzwyczaiłem.

- W jaki sposób możemy wspomóc Księdza pracę misyjną?

- Modlitwą, przede wszystkim modlitwą. Jeśli chodzi o sprawy finansowe, to każde wsparcie jest na wagę złota. Tam nie marnotrawi się pieniędzy. Każdy grosz potrzebny jest, by przeżyć i egzystować.

- Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała Lucyna Puzdrowska
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Kartuzy.info




Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Najnowsze wiadomości