Urodził się w 1932 roku w Rutkach jako dwunaste dziecko Jadwigi i Wojciecha. Latem 1939 roku świętował siódme urodziny, a 1 września miał zacząć naukę w szkole podstawowej. O godz. 6.30 siostra obudziła go jednak słowami: "Alojzy! Wstawaj! Wojna jest!".
- Moje nazwisko Zischke, a imię Alojzy. Urodziłem się 23 lipca 1932 roku w przepięknej miejscowości Rutki jako dwunaste dziecko Wojciecha i Jadwigi. Ojciec i matka sprowadzili się do Rutek w 1916 roku z moim bratem Ottonem i siostrą Elżbietą. Reszta dzieci urodziła się w Rutkach - tak swoją opowieść zaczyna pan Alojzy, dziś 84-letni mieszkaniec Gdańska. Przyjechał do Kartuz specjalnie, by podzielić się z nami swoimi wspomnieniami o czasach wojny na Kaszubach.
Opowieść pana Alojzego, pełna jest zarówno momentów ogromnie trudnych dla rodziny, jak i historii z życia codziennego w wojennej rzeczywistości. Starszy pan, dzieląc się z nami swoimi wspomnieniami, mówił barwnie i ciekawie. Mimo że podczas wojny był dość młody, zapamiętał bardzo wiele. Kilkukrotnie podkreślał, że jego wspomnienia sięgają aż 1938 roku.
Rodzina Zischków mieszkała w Rutkach przez ponad 23 lata. Ojciec pana Alojzego pracował jako nadzorca przewodów elektrycznych, w oddanej do użytku w 1909 roku, elektrowni w Rutkach. Zajmował z rodziną dom tuż obok niej. Zarabiał tam, jak na owe czasy, dość dobrze - miesięcznie otrzymywał 300 złotych.
Zischkowie byli ogromnie religijni. Co niedzielę uczestniczyli we mszy świętej oraz w nabożeństwach przy znajdującym się w pobliżu domu krzyżu. U Zischków był taki zwyczaj, że po powrocie z kościoła każde z dzieci miało za zadanie streścić ewangelię. Ci, którzy nie potrafili, musieli pójść do kościoła jeszcze raz.
- Często modliliśmy się przy krzyżu. Tuż przed wybuchem wojny przychodził tam też jeden z polskich żołnierzy. Klękałem obok niego i przypatrywałem się mu, podziwiając jego mundur, szablę. Pamiętam, że w jednym z ostatnich dni sierpnia, usłyszeliśmy wystrzał z pistoletu, a żołnierz się zerwał i pobiegł. Słychać było tylko krzyki i nawoływania. Kilka dni później przyszła wojna, a Niemcy kazali przewrócić krzyż. Zmuszono do tego pracowników elektrowni. Czynu tego odmówił tylko jeden z nich, najmniejszy, ale dla mnie był największy duchem. Nazywał się Brunon Formela - opowiada Alojzy Zischke.
1 września 1939 r.
Zamiast zasiąść w szkolnej ławie, Alojzy wraz z rodziną i sąsiadami musiał schronić się w lesie przed wkraczającymi na ziemie polskie wojskami niemieckimi.
- 1 września o godzinie 6.30 siostra obudziła mnie słowami: "Alojzy, wstań, jest wojna!". Ubrałem się, a w tym czasie ojciec wrócił z elektrowni. Rozmawiał z mamą. Wyszedł znów i wrócił z łopatą. Było koło wpół do ósmej. Wszystkim kazano uciekać do lasu. Wraz z nami, przyszła tam też jeszcze jedna rodzina. Pamiętam, że jeden z ich synów miał do pleców przywiązany sznurkiem wielki bochen chleba. Ojciec zaprowadził nas nad wodę, w bezpieczne miejsce, oddalone od mostu, bo mieli go wysadzać. Zostawił nas i wrócił po kilku godzinach. Załatwił samochód z elektrowni i zawiózł nas do Kartuz - opowiada pan Alojzy.
- W Kartuzach staliśmy i czekaliśmy pod budynkiem ówczesnego starostwa. Tata zadecydował, że mamy pójść do jego mamy, która mieszkała za Muzeum Kaszubskim. Schroniliśmy się tam. W pewnym momencie zgasło światło. Ojciec, jako służbista, pojechał sprawdzić, co się dzieje. Wtedy widzieliśmy go po raz ostatni. Nigdy nie wrócił. Ktoś mówił, że zatrzymała go policja, zarekwirowała samochód i musiał z nimi jechać, ale żeby nie wrócił nas o tym powiadomić? To nie było do niego podobne. Jak wyszedł 1 września 1939 roku, tak do dziś nie wiemy, co się z nim stało, jak ani gdzie zginął - dodaje.
W Kartuzach Jadwiga Zischke wraz z dziećmi przebywała do 5-6 września. Jak opowiada pan Alojzy, Niemcy zajęli Kartuzy 4 września. Wówczas w mieście znajdowała się mała grupa żołnierzy polskich.
- Pamiętam, jak nasi leżeli na polu ziemniaków za muzeum, widać było tylko wystające znad ziemi hełmy. Potem polscy żołnierze się wycofali. Niemcy wmaszerowali od strony ul. Kościerskiej. Pamiętam oficerów na koniach i całą kolumnę niemieckiego wojska maszerującą za nimi - mówi pan Zischke.
Przepędzeni
Dwa, może trzy dni po tym, jak rodzina Zischke wróciła do domu w Rutkach, do ich drzwi zapukał niejaki pan Wagner. Był Niemcem mieszkającym w sąsiedztwie, pracował w elektrowni, a dzieci Zischków bawiły się często z jego dziećmi. Jadwiga Zischke usłyszała od niego, że ma dwie godziny na wyprowadzenie się z domu. Chcąc ratować pozbawioną dachu nad głową rodzinę, matka Alojzego wraz z jedną z córek ruszyła po pomoc do kolegów swojego męża do Żukowa.
- Był tam taki pan Maks Hinc, który pozwolił nam się wprowadzić do mieszkania w Borkowie. Pamiętam, że krótko po przeprowadzce do nowego domu przyszedł niemiecki żołnierz. "Frau Zischke?"- zapytał. "Za dwie godziny będzie pani w Stutthofie" - stwierdził.
- Na szczęście groźby żołnierza, nigdy się nie spełniły. Po latach doszedłem do wniosku, że musiał się za nami ktoś wstawić. Wszyscy możni z Żukowa, którzy czuli się Niemcami, świętowali wkroczenie wojsk III Rzeszy. Może wówczas przy biesiadnym stole ktoś rzekł : "Dajcie tej rodzinie spokój, przecież jego (ojca) już nie ma". Może komuś udało się to załatwić. Ojciec był polskim patriotą, człowiekiem szanowanym. W 1923 roku Rutki odwiedził prezydent Wojciechowski, tata otrzymał od niego brązowy krzyż zasługi - opowiada 84-latek.
Życie pod okupacją
Szkołę, w której naukę miał zacząć 7-letni Alojzy, po wybuchu wojny przemianowano na niemiecką. Dzieci uczyła przybyła z Niemiec córka pastora. W klasie było ponad 30 dzieci. Nauczycielka zabraniała uczniom mówić po polsku, dzieci mówiące w języku ojczystym, płaciły za to tęgim laniem.
Braci pana Alojzego wysłano do wojska. Rodzina radziła sobie, jak mogła, jedna z sióstr podjęła pracę jako pomoc domowa w Gdańsku. Mały Alojzy kilkukrotnie ją tam odwiedził. Z tego okresu do dziś wspomina niezapomnianą podróż pociągiem czy smak pierwszych w swoim życiu lodów.
Zischkowie w swoim nowym domu hodowali kury i króliki, dzięki temu podczas wojny mieli co jeść.
- Podczas okupacji na śniadanie najczęściej jadałem wojskowy chleb, popijałem go czarną, paloną kawą, do tego sacharyna. Smaku tamtej kawy nigdy nie zapomnę, teraz już takiej nie robią. Na niedzielę zawsze zabijało się królika, przychodził kolega brata, zabijał go i mama robiła z jego mięsa pieczeń - opowiada senior.
W trakcie okupacji kilka rodzin wywieziono do Niemiec. Na miejsce jednej z nich wprowadził się SS-man. Jak zaznaczał pan Alojzy, jego postawa pokazała, że nie wszyscy Niemcy byli dla Polaków źli.
- Miałem przystąpić do I Komunii Świętej w Żukowie. Mama lub któryś braci poszli do tego Niemca i zapytali, czy może nam pożyczyć dorożkę z końmi do kościoła. Zgodził się. Jechaliśmy pięknym wozem z błyszczącymi się rumakami. Na uroczystość zjechała się rodzina. Był odświętny, choć skromny obiad i ciasto. To był piękny dzień - opowiadał pan Zischke.
SS-Mann zmarł w 1943 roku.
Schyłek wojny
We wrześniu i październiku 1944 roku przez Borkowo przechodziły rzesze uciekinierów z Prus Wschodnich. Zatrzymywali się przy sklepie, który był niedaleko domu Zischków. Każdy z mieszkańców wsi był zobowiązany kogoś przyjąć na nocleg.
- Później już szły setki, tysiące jeńców wojennych. Był to już styczeń, śnieg po pas. Często im się przypatrywałem. Pewnego razu jeden z jeńców poprosił o chleb, pobiegłem, przyniosłem. Nigdy nie zapomnę, jak łapczywie go jadł. Do dziś mam to przed oczyma - opowiada pan Alojzy.
W marcu wojska niemieckie zaczęły się wycofywać.
- Był 6 marca, nie było już widać ani uciekinierów ani jeńców. Wojsko cofające się od zachodu, w naszym ogródku karmiło konie. Około godziny 17 mama wysłała mnie jeszcze do sklepu. Było dość spokojnie choć już słyszeliśmy pomruki armat. Potem w Dzierżążnie już pojawiły się pierwsze czołgi. W środku nocy obudziły nas hałasy. Detonowano jakieś ładunki, schowaliśmy się do piwnicy - relacjonuje 84-latek.
- W pewnym momencie otworzyły się drzwi, weszli Niemcy z karabinem maszynowym. Moja siostra Monika wyskoczyła z naszej kryjówki, ja za nią. Żołnierze powiedzieli, że dobrze, że wyszliśmy, bo byśmy już nie żyli. To był patrol, który przyszedł z Żukowa. W pewnym momencie ktoś do nich wystrzelił. Naprzeciwko był budynek, w którym kiedyś była sala do tańca. Tam przebywali przymusowi pracownicy z Francji. Niemcy obstrzelali ten dom tak, ze z sufitu tylko strzępy zwisały. W końcu się wycofali - dodaje.
Któregoś dnia pan Zischke stał z sąsiadem przed domem. Podeszło do nich dwóch rosyjskich żołnierzy. Nagle usłyszeli wystrzał z karabinu. Pocisk minął brzuch Alojzego o kilka milimetrów i utkwił w schodach domu. Do dziś się tam znajduje. Jednego z sowieckich oficerów zabito, drugi się schował. Zwłoki Rosjanina leżały przy domu kilka dni, codziennie znikała część jego garderoby - buty, potem płaszcz itd.
Gdy Rosjanie zaczęli się zbliżać, ewakuowano z Rutek dwie niemieckie rodziny, w tym Wagnerów, którzy wcześniej przepędzili Zischków. Niestety, ich rodzinę pozostawiono samym sobie w Żukowie, przez co szybko zaczęła przymierać głodem. Pan Wagner pojechał do Gdańska, w tym czasie jego bliskich dokarmiała Jadwiga Zischke.
- Pewnego dnia nagle pojawił się u nas Wagner. Mama dała mu chleba oraz kawy i kazała wracać do umierającej żony. Zapytałem mamę, dlaczego mu pomaga, skoro nas tak potraktował. Słowa, które usłyszałem, pamiętam do dziś: "Jeśli ty nie przebaczysz, to Pan na Krzyżu tobie też nie wybaczy". Przez wiele lat, gdy modliłem się pod krzyżem, przez gardło nie mogła mi przejść modlitwa za tych ludzi. Dopiero po 60 latach, gdy w Rutkach na powrót stanął powalony podczas wojny krzyż, pomyślałem "Teraz wszyscy zostaliście rozliczeni" i wtedy dopiero odmówiłem za nich "Ojcze nasz" i "Zdrowaś Mario" - mówił starszy pan.
Pan Zischke swoją opowieść zakończył myślą: "Jaką istotą jest człowiek, że z jednej strony potrafi tworzyć rzeczy zachwycające, a z drugiej ma tak przemyślne metody, żeby zabić drugiego człowieka?"
***
Symboliczny grób ojca pana Alojzego znajduje się na żukowskim cmentarzu. Na wojnie bohater naszej opowieści stracił też jednego z braci - Pawła, który zginął w lutym 1945 roku we Wrocławiu. Większość rodziny po zakończeniu wojny pozostała na Kaszubach. Pan Alojzy przeniósł się do Gdańska i tam mieszka z żoną do dziś.
Magdalena Damps-Zdrojewska
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze