Z Żukowa wyjechała w sobotę 25 czerwca. Szlak wiódł głównie wzdłuż naszej wschodniej granicy. Pierwszym większym miastem był Elbląg, po nim Lidzbark Warmiński, Suwałki, Augustów, Hajnówka, Siemiatycze, Chełm z metą w Zamościu. Taką trasę wytyczyła sobie Wioleta Krause, która samotnie przejechała na rowerze prawie 1200 kilometrów, aby w ten sposób pomóc chorej 2,5-letniej dziewczynce i promować żukowską gminę.
Tę charytatywną akcję nazwano "Rowerowo - aktywnie i zdrowo Milenka promuje gminę Żukowo". Patronował jej burmistrz żukowskiej gminy, a wspierał Ośrodek Kultury i Sportu w Żukowie. Przed wyjazdem Wioleta Krauze została zaopatrzona w gadżety, książki, albumy z dedykacjami, pozdrowieniami i listami od włodarza żukowskiej gminy.
Pierwszą osobą, której wręczyła takie prezenty, był Jacek Wiśniowski, burmistrz Lidzbarka Warmińskiego. Gospodarz miasta zrewanżował się upominkami dla Żukowa, a na stronie urzędu umieszczono informację o akcji dla Milenki. Podobnie przebiegała wizyta w Siemiatyczach. Wójt Edward Krasowski pomimo pilnego wyjazdu znalazł czas dla żukowianki. Na spotkanie z prezydentem Zamościa Andrzejem Wnukiem czekała zaledwie 15 minut. Na urzędnikach magistratu cel wyprawy zrobił duże wrażenie.
Dziennie pokonywała około 100 kilometrów. W ciągu całej wyprawy nie spotkała ani jednej samotnej dziewczyny na rowerze. Zdarzały się problemy z noclegiem, ale zawsze w sukurs przychodzili jej wyjątkowo życzliwi ludzie.
- W Siemiatyczach zaproponowano mi nocleg w przeuroczym miejscu nad Bugiem - wspomina Wioleta Krause. - Zachodem słońca byłam zachwycona. Zaoferowano mi dobrze wyposażone nowoczesne domki, w lesie na terenie parku linowego. Kiedy dowiedziałam się, że będę zupełnie sama, omal zawału nie dostałam. Pan, który tam mnie przyjął, zostawił swój numer telefonu. Gdyby coś się działo, miałam dzwonić, jeżeli… znajdę zasięg. W tych okolicznościach spałam tylko trzy godziny.
Z braki miejsc noclegowych w Goniądzu "przygarnęła" ją sołtys wsi Szafranki Wioletta
Markowska. - Ludzie tam niebogaci, ale dzielili się tym co mieli - wyznaje nasza rozmówczyni. - Czułam się tam jak w rodzinie. Wszystko było dla mnie otwarte. Jeszcze na drogę dostałam tradycyjną podlaską babkę ziemniaczaną.
Podobnie było pod Chełmem. Zapukała do pierwszego stojącego przy drodze domu. Gospodarze zaprosili do środka, postawili kawę i jeszcze zatrzymywali na obiad. W Hajnówce skorzystała z zaproszenia pani Marii, która dowiedziawszy się po co żukowianka udała się w podróż, przenocowała ją za darmo. W innym miejscu zauważona na podwórzu staruszka, na prośbę podróżniczki, bez wahania przygotowała wrzątek, aby niespodziewany gość jakim była pani Wioleta, mogła zrobić sobie kawę, po czym przez ponad godzinę zajęte były rozmową.
- Trafiałam na takie właśnie osoby - dodaje. - Bezinteresowne i z dużym zaufaniem do nieznajomej. Miałam szczęście do ludzi na całej trasie. Każde spotkanie w jakimś sensie mnie wzbogaciło.
Podczas całej podróży dwa razy pękła dętka i to w tym samym miejscu - w Chełmie. To sprawiło, że nie dojechała w zaplanowanym czasie do Zamościa. Poza planem był też wypad do Szczebrzeszyna. Dołożyła 80 kilometrów, aby jako nauczycielka "sprawdzić" dla swoich uczniów, czy tam ciągle jeszcze… chrząszcz brzmi w trzcinie.
- W związku z tym, że promowałam żukowską gminę w strategicznych miejscach robiłam zdjęcia z flagą i herbem Żukowa i OKiS-u - kontynuuje Wioleta Krause. - Zostawiałam również kalendarzyki z numerem konta Milenki ("Milena Plichta P/98" na konto Fundacji Złotowianka). Oprócz tego można zbierać nakrętki i niepotrzebne już płyty CD i DVD. Wszystkie zdobyte tą drogą środki są przeznaczane na rehabilitację dziewczynki.
Do domu wracała pociągiem. Jednak odcinek z Gdańska do Żukowa przejechała rowerem, bo - jak to określiła - duma nie pozwalała zrobić inaczej. Nie mogła uwierzyć, że po pokonaniu prawie 1200 kilometrów po raz pierwszy spotkała ją największa ulewa. Deszcz był tak intensywny, że aż w butach chlupało.
- Po kwadransie mojego pobytu w domu zjawiła się mama z Milenką - oznajmia nasza rozmówczyni. -Dostałam bukiet kwiatów i laurkę z napisem "Witaj w domku". W momencie gdy usłyszałam od dziewczynki "dziękuję", wszystkie niedogodności wyprawy poszły w zapomnienie.
Longina Templin
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze