Franciszek Kluwa z Zajezierza ma 72 lata. Połowę życia poświęcił swojej wielkiej pasji - pszczelarstwu. Dbał o nie, troszczył się, pielęgnował... Miał stałe grono wiernych klientów po miód, który wytwarzał. Praca przy pszczołach, nie była lekka, ale dawała wiele radości. Niestety ktoś to wszystko postanowił zniszczyć. W jedną noc wlewając olej napędowy do uli. Widok wytrutych pszczół omal nie doprowadził starszego pana do zawału.
Karol Darwin twierdził, że kiedy pszczoła zniknie z powierzchni Ziemi, człowiekowi pozostaną już tylko cztery lata życia, bo skoro nie będzie pszczół, nie będzie też zapylania - zabraknie więc roślin, potem zwierząt, wreszcie przyjdzie kolej na człowieka... Tym bardziej bulwersuje czyn osoby, która podczas Wielkanocy, w nocy z niedzieli na poniedziałek, zalała ropą ule pana Franciszka Kluwy z Zajezierza. 72-latkowi omal serce nie pękło. Jego wieloletnią pracę obrócono w niwecz.
Pan Franciszek miłość do pszczół wyssał z mlekiem matki. W domu rodzinnym pana Franciszka te pożyteczne owady hodowała jego mama.
- W rodzinie pszczoły hodowano od zawsze. Mama miała półokrągłe ule, wyplecione ze słomy. Miały ten minus, że gdy wyjmowano z nich miód, trzeba je było likwidować, bo już do niczego się nie nadawały - opowiada pan Franciszek.
Starszy pan najpierw hodował pszczoły przy domu, jednak kilka lat temu przeniósł je na swoją działkę, oddaloną o kilkaset metrów od zabudowań. Tam przychodził dwa razy dziennie. Ule stoją w równym rządku pod lasem, nieco dalej, fotel i miejsce do zlewania wosku. Naprzeciwko pole, na którym wkrótce wzrosną miododajne rośliny.
Widok, który łamie serce każdego pszczelarza
W dniu kiedy pojawiamy się w Zajezierzu, osiem dni po wytruciu, pszczele domki przedstawiają bardzo smutny widok. Gdzieniegdzie można dostrzec pojedyncze pszczoły, które jeszcze wlatują do uli, widać jednak, że są bardzo słabe. Straciły swoje matki i rodziny, bez nich nie przetrwają, Jeden ul różni się od innych i tam widać rój owadów. To prezent od poruszonego historią starszego pana pszczelarza.
Gdy pan Franciszek mówi o samym zdarzeniu, głos mu się łamie, a w oczach stają łzy.
- To wszystko dla mnie jest po prostu nie do pojęcia. Brakuje słów. Żyję spokojnie, nie kłócę się się z nikim, sąsiadów mam spokojnych. W święta jeździliśmy z żoną na popołudniowe msze, by było mniej ludzi. Po kościele zajeżdżałem do pasieki. Gdy byłem w niedzielę pięknie latały, choć wcale nie było za ciepło. Aż miło było popatrzeć - opowiada pan Franciszek.
- W poniedziałek podjechaliśmy pod pasiekę i powiedziałam mężowi, że zaczekam w aucie. Gdy zobaczyłam, jak macha rękami wiedziałam, że stało się coś złego. Te ule to był straszny widok. Baliśmy się z rodziną, że mąż zawału dostanie - dodaje jego żona.
- Mam małe wnuczki. Pocieszały mnie mówiąc: "Dziadku, może nie padną, może będzie lepiej". Rodzina mi w tym czasie bardzo pomogła - podkreśla.
Oboje przyznają zgodnie, że zniszczenie pasieki było tak wielkim ciosem, że trudno teraz cieszyć się z czegokolwiek.
- Najważniejsze jest zdrowie, a tego się nie wróci - zaznacza żona pszczelarza.
- Nie mamy pojęcia kto mógł coś takiego zrobić. Brak słów. Ze wszystkimi żyję w zgodzie. Na początku myślałem, że to ktoś chory psychicznie może, ale teraz to już nie wiadomo - mówi pan Franciszek.
Pszczoły, które leczą
Pszczelarstwo jest wielką pasją mieszkańca Zajezierza. Wkłada w nie całe serce. Przyznaje też, że spacery do ula pomagają mu zdrowotnie. Pan Franciszek ma chorobę wieńcową, cukrzycę typu II i nadciśnienie.
- Chodzę do uli dwa razy dziennie. Najpierw rano, a po południu obowiązkowo z wnuczkami. One lubią chodzić do lasu, który jest obok. Ten ruch bardzo mi pomaga. Nie chodziłem, miałem operację kręgosłupa. Lekarze zalecali jak najwięcej ruchu, gdy przestawiliśmy ule przymusowo pokonywałem dłuższą drogę. Z czasem było coraz lepiej. Jak jest ruch to i z kręgosłupem i z nogami lepiej. Nie wyobrażam sobie, by na starość siedzieć na kanapie przed telewizorem - opowiada 72-latek.
Pan Franciszek opowiada o pszczołach niemal z czułością. Pokazuje każdy element uli, wszędzie dookoła unosi się zapach ropy. Wszystko zbudował własnoręcznie - każdy ul, każdą ramkę.
- To są takie ule specjalnie na stare lata. Tak zrobione, żeby się nie przeciążać - wyjaśnia.
Miód, który wytwarzał 72-latek schodził jak świeże bułeczki.
- Mam stałych klientów na niego, którzy zgłaszają się co roku. Jak będzie teraz trudno powiedzieć - mówi.
Praca pszczelarza kosztuje wiele wysiłku, ale daje też mnóstwo satysfakcji. Pan Franciszek opowiada o pszczołach niemal z czułością. Widać, że są one dla niego ogromnie ważne. W każdym ulu jest około 10.000 pszczół wraz z pszczelą matką. Bez niej żadna rodzina nie przeżyje.
- Pszczelarz musi sprawdzać, regularnie zaglądać do uli, trutnie usuwać. Pilnować, by zdrowe były. Jak coś się dzieje, od razu lekarza weterynarii trzeba powiadamiać. Przez ostatnie trzy, cztery lata nie zdarzyło się, by jakiś ul mi padł. Czasem tak się zdarzało, że do wiosny nie przetrwały - opowiada mieszkaniec Zajezierza.
Na pomoc panu Franciszkowi
Po tragedii, która spotkała pana Franciszka, akcję pomocy dla niego zorganizowała Małgorzata Błaszek, prezes Rejonowego Koła Pszczelarzy w Sierakowicach. Do niego należy 72-latek. Z inicjatywy pani Małgorzaty powstała tam zbiórka „Przywrócić uśmiech Panu Franciszkowi" - https://zrzutka.pl/ce3emg.
Historia pana Franciszka lotem błyskawicy obiegła całą Polskę i poruszyła setki osób. Potrzebną na odbudowę pasieki kwotę zebrano zaledwie w dobę.
- Dla pszczelarza utrata pszczół to ogromny cios. Każdy pszczelarz o tym wie. Troszczymy się o każdą pszczółkę z naszych pasiek. Gdy zaglądam do moich uli i widzę, że któraś nie ma siły wrócić do ula, biorę ją na dłoń i pomagam. Pszczoły to owady, które są nieprzewidywalne i niesamowite. Można się na nie patrzeć godzinami, a zawsze potrafią zaskoczyć Wymagają dużo prace, ale dają tyle radości Jak cokolwiek się dzieje, pęka serce. To, co spotkało pana Franciszka to przechodzi wszelkie pojęcie. To niewyobrażalne zło. Nie wiem, co może kierować człowiekiem, by zrobić takie coś. Nigdy u nas nie było takich incydentów - mówi prezes koła.
Z panią Małgorzatą skontaktował się Maciej Szela z Fundacji TAK dla Pszczół, twórca Banku Pszczelego. Pan Franciszek, pierwszy w Polsce dostanie od organizacji ule i pszczele rodziny. kontaktował się pan Maciej Szela.
Historia pana Franciszka pokazuje, że nawet kiedy spotkamy na swojej drodze złego człowieka, jest więcej dobrych, którzy przybędą z pomocą.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze