Rozmowa z Barbarą Klawikowską, kierownikiem i reżyserem Kaszubskiego Zespołu Teatralnego „Bina”:
- Jakie były początki i główny cel powstania Kaszubskiego Zespołu Teatralnego „Bina”?
To są właściwie dwa pytania. Początek to kawałek historii, a cel to druga rzecz. Wszystko to, co związane z kaszubszczyzną, temu przyświecał cel. Ja już to powtarzam wielokrotnie, bo i „Pomerania” i wiele innych pism o tym mówiło, że spłacam dług wobec kaszubszczyzny. Mimo, że sama z krwi i kości jestem Kaszubką, ale były czasy, kiedy trochę z boku patrzyłam na kaszubszczyznę. To było niezależne ode mnie, bo to i z racji zawodu i odgórnej polityki, że ten kaszubski to jednak przeszkadza w poprawnym opanowaniu języka polskiego. Ja byłam wówczas bardzo młoda, miałam 18 lat i wierzyłam, że tamci mają rację. Kiedy zrozumiałam, że to była błędna teoria i mój osobisty błąd, postanowiłam to naprawić i „przeprosić” za taką postawę wobec języka.
Po 32 latach pracy odeszłam ze szkolnictwa na emeryturę. Została mi pustka, gdyż zawsze byłam bardzo aktywna i starałam się dużo pracować. Tę pustkę jakoś chciałam zapełnić, tym bardziej, że związana byłam z Zrzeszeniem Kaszubsko–Pomorskim, gdzie też dużo się działo. I wtedy pomyślałam — teatr. Sprawa teatru, takiego „miniaturowego”, interesowała mnie już dawno, kiedy zaczęłam pracę w szkole w Jelonku.
- Czy łatwo było zebrać grupę ludzi, która zechciała poświęcić swój czas na teatr?
Byłam w dobrej sytuacji, gdyż ja po prostu tych ludzi dobrze znałam, znałam ich możliwości. I do tych osób zwróciłam się z propozycją, żeby zrobić teatr, ale od razu mówiłam, że po kaszubsku. Nie wiem dlaczego, ale nikt mi nie powiedział: nie. Problem był zawsze z mężczyznami, gdyż uczestniczyć w próbach raz, a później trzy razy w tygodniu po dwie, trzy godziny nie było łatwo. Dlatego ja bardzo jestem wdzięczna tym ludziom za zaangażowanie. Ten teatr to nie ja stworzyłam, tylko oni. To wszystko ich robota.
Zrzeszenie Kaszubsko–Pomorskie wydało sztukę „Jô chcă na swiat”. To wpadło mi w ręce, poprzez Zrzeszenie właśnie. I wtedy był już pomysł gotowy. Przeczytałam sztukę sama i stwierdziłam, że chyba wybieram się z motyką na słońce, ale postanowiłam spróbować. Oczami wyobraźni widziałam, kto mógłby w jakiej roli wystąpić. I u mnie w mieszkaniu kilkakrotnie się spotkaliśmy. Czytałam fragmenty, wybierając te najbardziej komiczne, aby ich zainteresować. I wtedy napotkałam na kolejną barierę — nauka czytania języka kaszubskiego. Było przy tym i uciechy, i zabawy, ale to wciągało. Później próby odbywały się w GOK–u i tam uczyliśmy się czytać. To było w październiku 1991 r. Byłam zauroczona sumiennością i zaangażowaniem aktorów. Z takimi ludźmi dużo można zrobić.
- Co było dalej?
Próby trwały od października do stycznia. Prapremierę sztuki „Jô chcă na swiat” wystawiliśmy 15 lutego 1992 r. w lokalu „Cichy kącik” państwa Roszkowskich, którzy bardzo nam pomogli, a to dodało nam otuchy. Prapremiera odbyła się w kameralnym gronie. Każdy z aktorów zaprosił pięć osób. Zaprosiliśmy również osoby, które mogły nam doradzić i dać bilet, abyśmy mogli wypłynąć na szersze wody. Przyjęto nas entuzjastycznie i po tygodniu odbyła się premiera w sali OSP w Sierakowicach.
Tytuł sztuki Jana Rompskiego „Jô chcă na swiat” sparafrazowałam jako motto naszej działalności. Ja przetłumaczyłam to sobie, że nasza mowa kaszubska „chce na świat”.
- Ilu aktorów–amatorów było związanych z Kaszubskim Zespołem Teatralnym?
Dwudziestu. Należy ich wszystkich w tym miejscu wymienić: Stanisława Jankowska, Klara Kotłowska, Jolanta Treder, Teresa Płotka, Zbigniew Płotka, Jadwiga Stencel, Mirosław Warmowski, Zygmunt Miotk, Aleksandra Płotka, Kazimierz Treder, Andrzej Lis, Adrian Klawikowski, Zbigniew Wenta, Janina Mielewczyk, Stefania Bronk, Lucyna Wrońska, Beata Miotk, Ryszard Bir, Piotr Mielewczyk oraz nieżyjący już Andrzej Jankowski.
- Jaka była Wasza publiczność? Jak odbierała przedstawienia?
Z frekwencją na początku było różnie, bo to jednak była nowość. Wszechmocna telewizja wkradła się w życie i miałam wiele wątpliwości czy to się przyjmie. Ale dzięki prasie i telewizji nasze występy nagłośniły się.
Rozpoczęły się tournée po miejscowościach naszego regionu. Wyjazdy działały na nas mobilizująco. Byliśmy w Pelplinie, gdzie odbywały się Spotkania Pelplińskie poświęcone księdzu Sychcie. Zaprosił nas ksiądz Mering. Wystawiliśmy tam sztukę „Dzewcze i miedza” dla elity, co było dla nas ogromnym przeżyciem.
Z czasem nasza publiczność „wyrobiła się”. Były kwiaty dawane tak od serca, oklaski i owacje, jak w prawdziwym teatrze. Później na kolejnych przedstawieniach, widownia zwiększała się, a nasze występy wzbudzały coraz szersze zainteresowanie.
- W 1995 r. BINA brała udział w XII Sejmiku Wiejskich Zespołów Teatralnych w Pile. Proszę przybliżyć, co to była za impreza kulturalna?
Dopiero tam, na miejscu zorientowałam się, że są to w zasadzie widowiska obrzędowe bardziej niż teatr. Przedstawiano tam zwyczaje czy to weselne, czy obrzędowe, czy noworoczne, takie krótkie scenki, a myśmy wybrali sztukę „Roczëzna” Stanisława Janke. W tym wypadku barierą był język, gdyż najważniejsze jest to, żeby aktor był zrozumiany. Za zgodą autora sztuki spolszczyłam ją dla komisji, która nas oglądała, ale my wystawialiśmy po kaszubsku. Zyskaliśmy uznanie, otrzymaliśmy nagrody rzeczowe i dyplomy.
- W maju 1996 r. Kaszubski Zespół Teatralny otrzymał „Skrę Ormuzdową” przyznaną przez redakcję „Pomeranii”. Proszę przypomnieć naszym Czytelnikom, za co otrzymaliście takie wyróżnienie.
Jest to nagroda honorowa przyznana za podtrzymywanie kaszubskiej działalności kulturalnej i propagowanie rodzimej twórczości dramaturgicznej.
- Dlaczego, mimo dużej popularności i sukcesów, zespół teatralny został rozwiązany?
Wiele powodów na to się złożyło. Sytuacja rodzinna aktorów, bo to przecież ludzie dorośli obarczeni obowiązkami rodzinnymi, a także brak czasu na próby.
- A nie żal Pani teatru?
Żal. To była moja pasja. Ja się z tego cieszyłam. Zdarzały się momenty krytyczne, kiedy wydawało mi się, że coś się nie uda, a potem okazywało się, że po raz kolejny odnieśliśmy sukces.
- Czy podejmowała Pani próbę reaktywacji zespołu?
W 1998 r. odeszłam z GOK pozostawiając zespół. Niestety nie było nikogo, kto zechciałby tę działalność prowadzić dalej i teatr przestał działać. Członkowie „Biny” nie chcieli się rozstawać. Po jakimś czasie rozpoczęły się próby do kolejnej sztuki.
- Ostatni raz zaprezentowaliście się na scenie w 2000 r. Gdzie to było i jaką sztukę graliście?
Ostatni raz na scenie „Bina” wystąpiła w sali OSP w Sierakowicach w sztuce „A smierc nie przechôdô” autorstwa Stefana Fikusa. Było to wielkie wydarzenie. Widownia była przepełniona i nie wszyscy mogli sztukę obejrzeć.
W krajobrazie kultury gminnej „Bina” swoją cząstkę pozostawiła, co obrazują kroniki, zapisy na kasetach wideo. Jest więc do czego wracać i co przypominać.
- Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiała
Agnieszka Rybakowska–Król
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze