Gminny Ośrodek Kultury w Sierakowicach obchodzi 35 - lecie istnienia. Od początku prowadziła go Irena Kulwikowska - energiczna, z poczuciem humoru i oddana swojej pracy Pani dyrektor. O początkach działalności, trudnych momentach, Kaszubskim Zespole Pieśni i Tańca "Sierakowice" oraz najlepszych wspomnieniach, opowiedziała w rozmowie z Dorotą Skierką.
Formalnie na emeryturze jest Pani od początku roku. Mamy maj, a gdy poprosiłam Panią o ten wywiad, ciężko było znaleźć wolną chwilę w kalendarzu. Wciąż działa Pani tak aktywnie?
Bardzo się cieszę, że nie musiałam z dnia na dzień zostać w domu w przysłowiowych kapciach, bo byłby pewnie to dla mnie duży szok. Przez prawie 42 lata pracowałam zawodowo i byłoby trudne, tak nagle nic nie robić. Cieszę się, że moje koleżanki i moi koledzy dyrektorzy pamiętają o mnie i chcą mnie jeszcze widzieć (śmiech). Zapraszają mnie do różnego rodzaju konkursów, przede wszystkim Rodny Mòwë. Nie wiem, czy to jest wada czy zaleta, ale ja nigdy nie potrafiłam powiedzieć nie. Zawsze, jeżeli ktoś się do mnie zwrócił, pomagałam i współpracowałam. To pewnie trochę pokutowało, ale też mnie napędzało. Przez tę współpracę na różnych płaszczyznach, zdobywałam kolejne doświadczenia. A, że Kaszëbizna zawsze była mi bliska, bardzo się cieszę, że mogę nadal w tym wszystkim uczestniczyć.
Dlaczego zatem zdecydowała się Pani odejść na emeryturę? Nie było takiej konieczności.
Już od jakiegoś czasu czułam się zmęczona. Niektórzy nazywają to wypaleniem zawodowym. Byłam ciągle w pracy. Przez tyle lat, nawet jak byłam w domu, to byłam w pracy. Mam tylko nadzieję, że udawało mi się te dwie instytucje sprawnie łączyć. Nadchodzi jednak taki moment, że trzeba pałeczkę przekazać. Ja uważam, że lepiej ją przekazać w takim momencie, kiedy jest się w stanie jeszcze coś komuś pomóc i podpowiedzieć. Moją decyzję podsumować można słowami piosenki Perfectu "Trzeba wiedzieć kiedy ze sceny zejść, niepokonanym (…)". Chodzi o to, żeby to już nie była stagnacja. Już nic nowego bym nie wniosła i ciągnęłabym to ostatkiem sił. Bardzo się cieszę, że jestem na emeryturze i nie mam nad sobą tego parasola stresowego. Nie muszę się martwić, czy będzie pogoda, czy nie będzie. Czy będą pieniądze, czy nie. Mam ten komfort, że jak będę mogła, to pomogę. Niezależnie od niczego i nikogo. Cieszę się, że jestem potrzebna, że wciąż dzwonią, pytają się i konsultują. Czyli tak, jak powinno być - jak w starym dobrym małżeństwie.
Spotykamy się, bo Gminny Ośrodek Kultury w Sierakowicach skończył właśnie 35 lat. Jak Pani wspomina ten czas, kiedy w 1983 roku, została mianowana dyrektorem placówki?
Wówczas nie było takiego tworu, jak Gminny Ośrodek Kultury. W 1983 roku, nie było nawet żadnej instytucji kulturalnej. W takich miejscowościach jak Tuchlino, Mojusz czy Kamienica Królewska, działały tylko kluby rolnika. W Sierakowicach funkcjonował klub "Nowoczesna Gospodyni". Gminny Ośrodek Kultury został powołany przez Gminną Radę Narodową, na wniosek organizacji młodzieżowej. Ja zostałam zatrudniona przez naczelnika gminy. Prawdą jest, że powołano instytucję, którą trzeba było stworzyć od podstaw. Trzeba było napisać statut, regulamin organizacyjny, a także znaleźć ludzi do pracy. Przez pierwsze dziewięć miesięcy byłam sama, następnie został zatrudniony instruktor kulturalno - oświatowy. Do dyspozycji mieliśmy wyłącznie pół pokoju nr 10 w urzędzie gminy (śmiech). W między czasie budowano lecznicę zwierząt, a ten stary budynek został przekazany nam. Właściwie tylko parter, bo u góry mieszkali lokatorzy. Ostatecznie w 1984 roku, po remoncie, Gminny Ośrodek Kultury doczekał się małej siedziby. Początkowo działaliśmy na bazie klubów rolnika i szkół. Na starcie rozpoczęliśmy też działalność edukacyjną dzieci i młodzieży. Zawsze było to dla nas ważne. Wtedy nie było zajęć pozalekcyjnych, nie licząc kółka Ligii Ochrony Przyrody, czy SKS. Dlatego prowadziliśmy naukę gry na instrumentach, sekcję fotograficzną, sekcję aerobiku dla dzieci i młodzieży. Robiliśmy to na małej sali, ale chętnych nie brakowało. Zajęcia tenisa stołowego też odbywały się w amatorskich warunkach. Coś trzeba było zwinąć, żeby rozstawić stół. Ważne, że były chęci, a życie toczyło się wokół domu kultury. Od 1980 roku działał Kaszubski Zespół Pieśni i Tańca "Sierakowice". Byłam jedną z pierwszych członkiń zespołu i też w nim zdobywałam doświadczenia związane z kulturą. Moje początki zahaczają poprzedni wiek, zatem mogę powiedzieć, że jestem dyrektorem dwóch wieków (śmiech). To brzmi strasznie, ale z drugiej strony trzeba się cieszyć, że ta ciężka praca pozwoliła mi się przez tyle lat utrzymać na stanowisku.
Prowadzenie i rozkręcenie centrum kultury było dużym wyzwaniem dla młodej kobiety, prawda?
To fakt. W 1983 roku miałam 26 lat. Wówczas merytorycznie podlegaliśmy pod Wojewódzki Ośrodek Kultury w Gdańsku. Mogę powiedzieć, że byłam wtedy najmłodszym dyrektorem w województwie gdańskim. Jednak zawsze miałam duże szczęście do ludzi, z którymi pracowałam i z którymi się spotykałam. Wspierali mnie i mobilizowali do pracy. Sama byłam przez pierwszych kilka miesięcy. Później otaczali mnie wspaniali ludzie. Tacy jak pierwsi instruktorzy - Jan Warmowski czy Andrzej Karolak. Samemu się nie da. Musisz mieć wokół ludzi, którym się chce pracować i robią to z sercem. Całą gałąź turystyki prowadziła Aleksandra Gliszczyńska. Też tworzyła to wszystko od podstaw. Emilia Reclaf, która zaczęła bawić się językiem kaszubskim, była pomysłodawczynią lekcji regionalnych i stworzyła fantastyczne warunki dla szerzenia regionalizmu. Mam satysfakcję z tego, że propagowanie języka kaszubskiego w naszym regionie, rozpoczęło się właśnie w Gminnym Ośrodku Kultury w Sierakowicach. Mamy wspaniałych instruktorów. Witold Baska, który od wielu lat przygotowuje muzyków do naszej kaszubskiej kapeli. Wiele nazwisk, których nie sposób wymienić. Wielu zaangażowanych społeczników, szkół, a także ochotnicze straże pożarne, na których pomoc zawsze można liczyć. Wszystkie imprezy, który odbyły się przez te lata, to ciężka praca wielu ludzi.
Kiedyś jednak imprezy plenerowe cieszyły się dużo większym zainteresowaniem. Niewiele było trzeba, aby ludzie się bawili.
Imprezy plenerowe odbywały się w prostych warunkach. Na boisku czy targowisku, a nawet nad małym jeziorkiem. Nieważne gdzie, ważne z kim. Mieliśmy przenośną scenę, która składała się z czterech elementów. Była ona bardzo ciężka i każdorazowo trzeba było ją składać i rozkładać. Nie było budżetu, warunków, ale za to dużo chęci. Odbiór tych imprez też był rewelacyjny, co dawało nam dużo satysfakcji. Jednak takie też były czasy. Ludzie pragnęli spotykania się. Na przestrzeni lat widzimy, że to się zmieniło. Czasami wydawało mi się, że ludzi nie rozumiem, a teraz wiem, że rozumiem. Dzisiaj mamy taki dostęp do wszystkiego, jesteśmy lepiej sytuowani, możemy wybrać sobie ofertę jaką tylko chcemy, indywidualnie. Kiedyś sobótki, czy dożynki, to była jedyna rozrywka. Żal mi tamtego czasu, bo otwartość ludzi też była inna.
Ta otwartość miała swoje odzwierciedlenie w innych formacjach, które działały na terenie gminy. Zespół Teatralny Bina, przeglądy rodzin muzykujących, czy mocno rozwinięty przegląd zespołów kolędniczych. Kulturalne życie w Sierakowicach wyglądało zupełnie inaczej.
W latach 90. Działał Kaszubski Zespół Teatralny Bina. Był prowadzony przez kilka lat, przez panią Basię Klawikowską. Ten zespół skupiał i ludzi młodych, i rolników i przedsiębiorców, a także seniorów i członków zespołu Sierakowice. W tych ludziach była ogromna radość i otwartość. Byli to w większości mieszkańcy Sierakowic. W trakcie swojej działalności wystawili kilka sztuk, każdego roku prezentowali inną premierę. Nie było profesjonalnej sceny, wszystko wystawiane było w remizie. Mało tego, pierwszy występ tego zespołu odbył się w kawiarni "Cichy Kącik". To znowu dowód na to, że nie warunki były istotne. Z kolei pierwszy Przegląd Zespołów Kolędniczych odbył się w 1991 roku. Początkowo, jako eliminacje gminne, potem rozrastał się do rangi wojewódzkiej. W kulminacyjnym momencie, kiedy przyjechały 64 zespoły kolędnicze i cztery dni trwał ten maraton, zrozumieliśmy, że trzeba wprowadzić jakieś innowacje. Zaczęliśmy eliminacje gminne, powiatowe, a u nas odbywał się finał. Generalnie zawsze staraliśmy się słuchać społeczeństwa. Głos i potrzeby mieszkańców były i nadal są dla nas ważne. Słuchaliśmy ludzi i staraliśmy się im pomagać. Ktoś przychodził do nas z pomysłem, to robiliśmy wszystko, aby pomóc w jego realizacji. Łącznie z szukaniem środków finansowych.
Tak też było z Kołami Gospodyń Wiejskich? To GOK pomógł je reaktywować?
Czasami sobie żartowałam, że byłam tutaj od zawsze. Jak tylko coś się tworzyło, to ja w tym uczestniczyłam. Co prawda Koła Gospodyń już działały w latach 70., ale wówczas miały zupełnie inne zadania. W momencie kiedy zaczęły się odradzać, nie tak dawno, uczestniczyliśmy w ich reaktywacji. Panie przychodziły do mnie, a ja starałam się im pomóc. Gdy tylko pojawiły się projekty dla organizacji pozarządowych, wspólnie starałyśmy się pozyskiwać środki. Uważam, że KGW, to bardzo ważny element naszej lokalnej społeczności. Wnoszą bardzo dużo dobrego, urozmaicają i ubogacają region. Cały produkt regionalny, promocja gminy - leżą po ich stronie. Włączają się w różnego rodzaju działania, akcje charytatywne, ale też organizują swój czas. Potrafią się dobrze bawić i korzystać z tego, co sobie stworzą. Mamy pięć kół, nie ma między nimi niezdrowej konkurencji. Wspierają się i pomagają sobie wzajemnie. Jest to ewenement i jestem z nich bardzo dumna.
Bardzo dużą rolę w Pani życiu prywatnym, jak i zawodowym odegrał Kaszubski Zespół Pieśni i Tańca "Sierakowice", którego aktualnie jest Pani kierownikiem.
Wychowałam się na tym zespole. Pierwszą imprezą plenerową, którą zrobiłam w 1981 roku, były Sobótki z zespołem Sierakowice i słynnym ścinaniem kani na rynku. Na bazie moich doświadczeń z zespołem, budowałam działalność kulturalną. Zespół jeździł po kraju, a także zagranicę. Spotykał się z różnymi innymi zespołami. Obserwowałam i przejmowałam doświadczenia, rozpoczęliśmy także wymiany. Zapraszaliśmy zespoły do nas, a one zapraszały nas do siebie. Byłam jedną z pierwszych członkiń zespołu. Na bazie towarzyskiej i rodzinnej budowaliśmy ten twór. Tacy wspaniali ludzie, jak śp. Zygmunt Miotk, czy śp. Zygmunt Wenta, nie szczędzili ani energii ani czasu, byśmy mogli się rozwijać. To były ciężkie czasy. Gdyby nie zaangażowanie pana Zygmunta Miotka, który starał się o ministerialne zgody na wyjazdy zespołu, nic byśmy wówczas nie osiągnęli. Zygmunt był taki, że jak ktoś go wyrzucał przez drzwi, wchodził oknem. Pierwsze lata zespołu, to jego zasługa. Nie da się ukryć, że zainteresowanie uczestnictwem w zespole też było ogromne. W skład wchodzili przedsiębiorcy i rzemieślnicy - wszystkim się wtedy chciało. Nie ukrywajmy, że zespół było to przysłowiowe okno na świat. W tamtych czasach wyjechać zagranicę - do Niemiec, Belgii, Bułgarii czy Włoch, to było ogromne wydarzenie.
Kilkadziesiąt lat w zespole, to na pewno mnóstwo wspomnień. Jakie wydarzenia utkwiły Pani w pamięci?
Na pewno nasz pierwszy wyjazd zagraniczny, do Bułgarii, który niestety był bardzo nieszczęśliwy. Dojechaliśmy do Warny po trzech dniach podróży. Byliśmy zakwaterowani w rodzinach bułgarskich. Następnego dnia rano okazało się, że jeden z naszych bandonistów, śp. Bronisław Drywa nie żyje. To był wielki szok dla wszystkich. Z jednej strony borykaliśmy się ze śmiercią kolegi, a z drugiej musieliśmy przygotowywać się do występu. Nasz wieloletni choreograf, śp. Jan Właśniewski, powiedział nam krótko. Życie jest jakie jest, scena ma swoje prawa i bez względu na to, co masz w sercu, to na scenę wchodzisz i musisz być uśmiechnięty. To się nam udawało do pewnego momentu. Jednak w programie mieliśmy solowe wejście bandonistów. Panowie mieli zaśpiewać i zagrać swoją cudowną przyśpiewkę. Tym razem wyszedł tylko pan Leon Puzdrowski. Wówczas cały zespół zaczął płakać. Inna historia, która utkwiła mi w pamięci, związana jest z naszym wyjazdem do Włoch w 1987 roku. Bardzo chcieliśmy odbyć audiencję u Papieża. Wcześniej byliśmy w Loretto na polskim cmentarzu. Chwilę później, zaśpiewaliśmy "Czarną Madonnę". Tak podpowiadało nam serce. Obserwator, który jeździł z nami jako nasz "dobry duch" o wszystkim doniósł władzom. Niestety zaważyło to na tym, że audiencja się nie odbyła. Gdy wróciliśmy do kraju, wszyscy byliśmy przesłuchiwani.
Na pewno ma Pani też dużo weselsze wspomnienia…
Całe mnóstwo (śmiech). Pamiętam, gdy byliśmy na tourne we Francji, a zaraz po nim wylądowaliśmy na festiwalu w Chojnicach. Po 12 dniach ciągłych występów, w drodze powrotnej dosłownie wjechaliśmy na festiwal, gdzie zespoły walczyły o Złotego Tura. Zmęczeni podróżą, w wygniecionych strojach, przebieraliśmy się dosłownie w krzakach. Bezpośrednio z autobusu, weszliśmy na scenę. Ktoś tam powiedział, "Serakòjce przejachałë, to terô Złoti Tur pùdze do nich". My się tego zupełnie nie spodziewaliśmy, ale tacy pełni entuzjazmu, że zdążyliśmy, weszliśmy na scenę i Złoty Tur był nasz. To chyba najlepsze wspomnienia - radość w zespole, wspólne sukcesy i cele. Pełna mobilizacja i umiejętność odnajdywania się w każdej sytuacji. Mnóstwo śmiechu, radości, wspólnych podróży. Tak jest do dziś dnia. To sukces ludzi, którzy od lat pracują bądź pracowali z zespołem - Mirosław Szulc, znakomita choreografem Irena Warmowska, Witold Treder, śp. Jan Właśniewski, wcześniej śp. Stefan Kwiecień. Dzięki pracy tych ludzi jesteśmy najlepszym zespołem kaszubskim. Nigdy nie bałam się tego powiedzieć. Ostatnia nagroda, im. Oskara Kolberga "Za zasługi dla kultury ludowej" pod patronatem Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego, jest uhonorowaniem naszej wspólnej pracy.
Niewątpliwie z działalnością Kaszubskiego Zespołu Pieśni i Tańca "Sierakowice", wiąże się Międzynarodowy Festiwal Folkloru, który przez wiele lat w Sierakowicach cieszył się ogromną popularnością. Dlaczego GOK zrezygnował z tego projektu?
Międzynarodowy Festiwal Folkloru odbywał się w Brusach. Miasto poszukiwało wtedy partnera do organizacji imprezy. My, jako zespół "Sierakowice" uczestniczyliśmy w festiwalu w Brusach i w którymś momencie zostaliśmy zaproszeni do współorganizacji. Rzeczywiście były to wspaniałe lata doznań artystycznych, ale też wielkich kontaktów. Wszystko robione wielkim wysiłkiem. Na początku nie mieliśmy sceny, organizowaliśmy to na rynku. Mieliśmy okazję podziwiać zespoły z całego świata. Z chwilą, gdy coraz więcej gmin zaczęło współorganizować festiwal, zaczęło się to bardziej komplikować. Festiwal trwał od wtorku do niedzieli. Jako zespół, braliśmy udział w występach w poszczególnych miastach. Sami przyjmowaliśmy jakiś zespół do siebie. Było to też spore wzywania i finansowe i organizacyjne. Scenę w Sierakowicach trzeba było zapełnić. Cztery dni koncertowe, a zespołów nie było aż tak dużo, żeby było to atrakcyjnie. Pochłaniało to masę czasu i pieniędzy, a efekt końcowy nie był taki, jakiego byśmy oczekiwali. Żeby nie stracić wypracowanego przez lata wizerunku, zdecydowaliśmy się rozstać z festiwalem.
Organizacja imprez to duże wyzwanie. Pamięta Pani jakieś podbramkowe sytuacje związane z koncertami plenerowymi?
Znajomi się śmieją, że Irena nie lubi schabowego (śmiech). Rzeczywiście sytuacja związana z Formacją Nieżywych Schabów, mocno utkwiła mi w pamięci. Zespół nie chciał wystąpić, bo wówczas na scenę wchodziło się tylko od frontu i nie mieliśmy bocznego przejścia. W między czasie, gdy próbowaliśmy zorganizować dogodne warunki dla artystów, oni po prostu odjechali. Zupełnie inaczej zachował się Rudi Schuberth, który swój koncert musiał na chwilę przerwać, bo mieliśmy poważną awarię głośnika. Ktoś z publiczności krzyknął, że ten się pali. Na szczęście szybko się z tym uporaliśmy, artysta przeszedł się po placu i bez pretensji dokończył swój występ. Wielka klasa. Przez lata na sierakowickiej scenie zagrało mnóstwo gwiazd. Każda ma swoje wymagania. Wszystkie ridery są wyjątkowe i indywidualne, w zależności od wielkości gwiazdy. Jest rider akustyczny, oświetleniowy i garderoby. Czasami trzeba budować wybieg, stawiać wieżę i oprócz napojów suszone figi.
Ostatnia organizowana przez Panią "Noc pod Gwiazdami" również okazała się być dużym wyzwaniem. Decyzja o nieodwołaniu imprezy po sierpniowej nawałnicy, spotkała się z dużą krytyką.
Mateusz, jeden z naszych pracowników mówił, że nigdy nie widział mnie w takim stanie. Dla mnie podejmowanie decyzji nigdy nie było trudne, robiłam to z automatu. Czy dobrze, czy źle, ale zawsze z serca. Jednak wtedy nikt nie był na moim miejscu i nie wie, co przeżywałam na Amfiteatrze. Wszystko było zaplanowane, a ja rano nie mogłam wyjechać z domu. Cztery drogi dojazdowe do Sierakowic, były zawalone drzewami. Nie miałam łączności telefonicznej, albo jakąś przerywaną. Nie wiedziałam, czy będzie prąd czy nie. Gwiazdy wieczoru jechały do nas z Ukrainy, również nie można było się z nimi skontaktować. Jestem ogromnie wdzięczna firmie Elwoz, która przywiozła agregat. Wszyscy się zmobilizowali, aby w tej całej tragedii zachować jeszcze trochę zdrowego rozsądku. Jak przyjechałam na plac, już nagłośnienie się rozwijało. Machina ruszyła. Takich rzeczy nie jest się w stanie cofnąć.
Mieszkańców Sierakowic charakteryzuje specyficzna mentalność. Niełatwo sprostać oczekiwaniom lokalnej społeczności. Jak sobie Pani z tym radziła?
Organizacja każdej imprezy wymagała od nas dużego wysiłku. Zawsze dyskutowaliśmy, dopinaliśmy wszystkie szczegóły. Każdorazowo lokalni przedsiębiorcy, sponsorzy wspierali nasze przedsięwzięcia. Nie tylko finansowo, ale również doradczo. Wielu ludzi utożsamiało się z naszą działalnością. Mieliśmy też dużą pomoc od władz samorządowych. Nie wiem skąd takie podejście mieszkańców. Opluwać kogoś na forach internetowych jest łatwo. Ja zachęcam do tego, aby przyjść i zaproponować. Niech to będzie konstruktywna krytyka. Mam wrażenie, że społeczeństwo nie chce się angażować i podchodzi do wszystkiego coraz bardziej konsumpcyjnie. Przykładem jest Festiwal Muzyki Kameralnej. W wykonaniu dra Sławomira Bronka, to koncerty na najwyższym poziomie. Nie wiem czy mieszkańcy zdają sobie sprawę z tego, jacy artyści przyjeżdżają do Sierakowic. Większość się po prostu tym nie interesuje. Nieprawdą jest, że nie ma promocji. Według mnie brakuje interakcji. Gdyby ktoś spojrzał wstecz, jakie gwiazdy gościły na naszej scenie, to można na palcach dwóch rąk policzyć te, których u nas nie było. Ile razy słyszałam, że "po co ja mam przyjść pod tę scenę, jak siądę u siebie na balkonie i to wszystko będzie słychać". Wynika to pewnie z naszego wygodnictwa, zabiegania, ale też z przesytu. Dostęp mamy teraz do wszystkiego i wiele spraw lekceważymy. Bardzo mi z tego powodu jest przykro. Nauczyłam się jednak, że jest to funkcja służebna. Ludzie od ciebie oczekują, a nie jest łatwo sprostać tym oczekiwaniom. Nigdy nie liczyłam godzin i lat. Oddana byłam pracy w ośrodku. Starałam się robić swoje.
Jesteśmy w budynku Gminnego Ośrodka Kultury. Czuje się Pani tutaj jak w domu?
Tak. Przez 35 lat spędziłam tutaj tyle czasu, że mogę powiedzieć, że to mój drugi dom. Z tym miejscem wiąże się wiele wspomnień i zawsze będę wracać tu z sentymentem. Godzinami wypisywaliśmy wizy dla zespołu, czy czekaliśmy na zespoły, które przyjeżdżały na festiwal folkloru. Przykładowo zespół z Argentyny miał przyjechać o 22, a przyjechał o 4 nad ranem. Wówczas nie było komórek (śmiech). Są to sentymenty i wspomnienia. Część mnie na pewno zostanie tutaj.
Jaką Pani widzi przyszłość dla tego miejsca?
Placówka ma duży potencjał i myślę, że będzie się dobrze rozwijała. Możliwości ma również w ludziach i instruktorach. Są następcy, są młodzi i myślę, że to pójdzie w dobrym kierunku. Na pewno działalność będzie ewoluować. Czekamy na salę widowiskową, ale mam nadzieję, że to ludzie a nie miejsce, będą tworzyć kulturę w Sierakowicach. Mamy Młodzieżową Orkiestrę Dęta, jedyny klub sygnalistów, Pivnic Band, Black Dance, Klub Seniora, sekcje instrumentalne. Każdy kto chce się rozwijać, w ofercie Gminnego Ośrodka Kultury w Sierakowicach, znajdzie coś dla siebie.
Dziękuję za rozmowę.
DS
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze