Reklama

Ksiądz Piotr ponownie z nami

07/09/2010 11:46
Gdy przed czterema laty odchodził z parafii WNMP w Żukowie, wielu parafianom kręciła się łza w oku. To był kapłan, o którym się mawiało: „nasz ksiądz Piotr”. Mowa oczywiście o ks. Piotrze Grubie – nowym proboszczu parafii pw. św. Apostołów Szymona i Judy Tadeusza w Chwaszczynie.

Urodził się 7 marca 1966 roku, święcenia kapłańskie otrzymał 6 czerwca 1992 roku w Pelplinie. Pochodzi z parafii Szemud, a konkretnie z Grabowca. Jego pierwszą parafią, od 15 lipca 1992 r. była Parafia pw. św. Leona Wielkiego w Wejherowie. Spędził w niej 5 lat, po czym dekretem arcybiskupa został przeniesiony do Żukowa, gdzie służył parafianom 9 lat.

Przed kilkoma laty w obszernym wywiadzie udzielonym Gazecie Kartuskiej, ks. Piotr mówił:

O swych kapłańskich początkach
– Gdy ktoś pyta mnie, dlaczego zostałem księdzem, wysilam się na dowcip
i odpowiadam, że po pierwsze – żadna dziewczyna mnie nie chciała, po drugie – ze wsi co kilka lat ktoś musi iść do seminarium i sołtys jednego wyznacza. Tym razem padło na mnie. A tak poważnie, to chyba nie było jakiegoś konkretnego momentu, o którym mógłbym powiedzieć, że nagle mnie olśniło i już wiedziałem, że dokonam takiego właśnie wyboru. Ta świadomość następowała powoli, systematycznie i powiedziałbym naturalnie. Widząc moje zaangażowanie w sprawy Kościoła, rodzice przyjęli moją decyzję ze spokojem. Nie była dla nich zaskoczeniem. Pochodzę z rodziny wielodzietnej. Byłem najmłodszym, dziewiątym z kolei, dzieckiem. Może reakcja rodziców byłaby inna, gdybym był jedynakiem, a tak, starsze rodzeństwo zapewniło kontynuację rodu, obdarzyło rodziców wnukami, więc moją decyzję przyjęli bez emocji. Nie szedłem do Seminarium ze świadomością, że zakładam sobie „pętlę na szyję”, że jest to decyzja nieodwołalna i nie będzie od niej odwrotu. Wiedziałem, że jeśli nie okaże się trafna i to, co czuję nie jest powołaniem, to mam dom, mam gdzie i do kogo wrócić.

O swoich więziach z rodziną
– Zawdzięczam dużo rodzicom, ale też wiele rodzeństwu. Żeby to zrozumieć, należy sobie uświadomić, że między mną a najstarszym bratem jest 16 lat różnicy. I jak to na wsi i w rodzinach utrzymujących się z gospodarstwa bywa, to właśnie rodzeństwo przejęło pałeczkę w opiece nad najmłodszym szkrabem. Nigdy niczego mi nie brakowało i nadal nie brakuje. Gdy ja się uczyłem, oni już pracowali, więc nie znałem trosk materialnych. Jako najmłodszy miałem najlepiej. Jedynym mankamentem bycia najmłodszym jest noszenie ciuchów po starszym rodzeństwie, ale biorąc pod uwagę ile otrzymywałem w zamian, wspaniałomyślnie umiałem im to wybaczyć. W każdej sytuacji mogę liczyć na rodzeństwo, pośrednio zawdzięczam to i rodzicom, bo tak nas wychowali. Jeśli chodzi o wartości jakie nam wpoili, to przede wszystkim szacunek do pracy. Umiem pracować i jeśli trzeba coś zrobić, to nie muszę nikogo wołać, radzę sobie sam. Wychowując się na gospodarstwie człowiek uczy się wszystkiego – ciężkiej pracy i umiejętności radzenia sobie w najbardziej ekstremalnych warunkach i sytuacjach. Mama pilnowała, żebyśmy byli zadbani, a ojciec zapewniał nam byt. Moi rodzice już nie żyją. Tata zmarł w 1989 roku, więc nie doczekał moich Święceń Kapłańskich, mama odeszła 10 lat temu. Mimo braku rodziców, nadal uczuciowo jestem związany z domem rodzinnym i bratem, który po rodzicach objął gospodarstwo. Podobnie pozostałe rodzeństwo, chętnie w to miejsce wracają i wciąż czują się jak w domu. Posiadanie rodziny, bliskich osób, każdemu pomaga w życiu, księdzu również.

O kapłańskich kryzysach
– Każdy ksiądz miewa kryzysy, kiedy wewnętrznie stawia sobie pytanie, czy postąpił słusznie? Czy to jest właśnie ta droga i właściwy wybór. Tak jak każdemu człowiekowi, tak i księdzu zdarzają się sytuacje, kiedy nie wychodzi coś, co sobie zaplanował. Na przykład przygotował coś dla parafian, włożył w to dużo serca, zaangażowania, a ludzie nie przyszli. Wtedy pada pytanie: A może coś ze mną nie tak? Może nie jestem odpowiednią osobą? Może nie umiem przyciągnąć ludzi do Boga i Kościoła? Mnie też zdarzały się kryzysy. Jednak mimo chwil zwątpienia uważam, że decyzja o kapłaństwie, którą kiedyś podjąłem i którą podejmuję codziennie, była słuszna i nigdy jej nie żałowałem. Dziś, z racji nabytego doświadczenia, wiem to bardziej niż wtedy.

O szczęśliwych i trudnych chwilach
– Najszczęśliwsza to przyjęcie Święceń Kapłańskich i Msza Święta Prymicyjna. Poza tym, szczęśliwy jest każdy dzień, gdy przychodzi do mnie ktoś potrzebujący pomocy. Czasem mnie zastanawiało, dlaczego wybierają mnie, młodego księdza, a nie kogoś starszego, bardziej doświadczonego. Ale z tym pytaniem należałoby się zwrócić do tych ludzi, nie do mnie. Zdarza się, że przychodzą starsi parafianie i mówią: „My chcemy właśnie do księdza, bo ksiądz nas zrozumie i pomoże”. Takie sytuacje należą do najpiękniejszych w życiu kapłana. Czuje, że jest potrzebny. Inne szczęśliwe chwile to, gdy ktoś po kilkunastu czy kilkudziesięciu latach przychodzi do spowiedzi św. Zdarzyły mi się takie przypadki. A trudne chwile? Przychodzi mi na myśl tylko jedna trudna sytuacja, której nie umiałem sprostać i zaczęła mnie przerastać - kiedy byłem wikariuszem, a jednocześnie dyrektorem Szkoły Parafialnej w Żukowie.
W pewnym momencie zadałem sobie pytanie: kim ja właściwie jestem? Księdzem, czy dyrektorem i administratorem? To było jak działanie na dwóch frontach jednocześnie. Okres mojego dyrektorowania zbiegł się w czasie z wprowadzaniem reformy oświaty i przeróżne sprawy papierkowe sprawiały, że zbyt mało było we mnie księdza, a więcej administratora. Podjąłem wtedy decyzję o rezygnacji ze stanowiska dyrektora. Ważniejsze było dla mnie bycie normalnym księdzem.

O tym, co to znaczy być szczęśliwym
– Szczęście to coś, co czuję wewnątrz, a niekoniecznie widać to na zewnątrz. Nawet jeśli doznaję cierpienia zewnętrznego, to bycie z Panem Jezusem sprawia, że od środka jestem szczęśliwy. To, co powiedziałem jest pewnie nieco pogmatwane i niezrozumiałe, ale do takiego rozumienia szczęścia trzeba dojrzeć. Dziesięć lat temu, kiedy byłem młodym księdzem, pewnie bym tak nie powiedział. Należy wypracować sobie wewnętrzny spokój. Kapłan powinien odprawiać mszę św., katechizować i głosić Boże Słowo, czyli czynić to, co w pierwszym rzędzie do księdza należy, a innymi sprawami niech się zajmą ci, którzy są do tego powołani.

O swoim największym osiągnięciu
– To, że jestem „normalnym” księdzem, a przynajmniej się staram. Mówiąc normalnym, mam na myśli to, że staram się być i wykonywać swoją posługę dla każdego człowieka. Jeśli mogę do niego, do jego wnętrza i wrażliwości dotrzeć mówiąc po polsku, czynię to, jeśli po kaszubsku, staram się zrobić to równie dobrze.

O spędzaniu wolnego czasu
– Najlepiej się relaksuję poprzez uprawianie sportu, a więc piłka nożna i tenis stołowy. Poza tym, lubię wsiąść w samochód i pojechać w odwiedziny do rodziny, przyjaciół, czy znajomych. Jeśli pozostaję w domu, to z kolei mnie odwiedzają. Młodzież nie bardzo ma czym wypełnić czas w Żukowie, więc często korzysta z mojej gościny. Może nie wszystkim się to podoba, ale uważam, że na przyjaźni ze mną więcej zyskają, niż gdyby mieli się bez celu wałęsać po ulicach. Natomiast podczas urlopu, zdecydowanie wybieram pobyt za granicą. Takie oderwanie się od codziennych spraw, czas dla samego siebie, dla własnych przemyśleń, z dala od znajomych, jest człowiekowi bardzo potrzebny, wzbogaca wewnętrznie, a jednocześnie ładuje akumulatory.

O swoich zaletach, słabościach i wadach
– Nie wiem, czy można to nazwać zaletą, bo to raczej Pana Boga zasługa, nie moja, ale cieszę się, że jestem takim, a nie innym księdzem. Że nie mam wrogów i jeśli widzę kogoś znajomego, nie muszę przechodzić na drugą stronę ulicy. Nawet jeśli zdarzają się różnice zdań, czy poglądów i nie da się wypracować kompromisu, to nie rozstaję się w niezgodzie. A słabości? Palę papierosy i to dużo. Zdaje sobie sprawę, że to wada, że sobie szkodzę i nie jest to dobry przykład dla młodzieży, aczkolwiek czasem ten mój nałóg wykorzystuję też pozytywnie, tłumacząc, że jeśli oni teraz przestaną, to przyjdzie im to łatwo i bezboleśnie, a jeśli pozwolą, aby kaprys stał się nałogiem, to będą się z nim zmagać tak jak ja.
A inne słabości... chyba ich nie mam. Z alkoholu korzystam okazjonalnie, w granicach rozsądku, jak każdy normalny człowiek.

O „fenomenie ks. Piotra”
– Nie mam pojęcia skąd tyle sympatii do mojej osoby. Może po prostu umiem słuchać? A przynajmniej staram się zawsze wysłuchać problemów, które nurtują dziecko, starszych i najstarszych. Generalnie uważam, że najważniejsze są dzieci i należy je traktować, podchodzić do nich, do ich problemów poważnie. Nigdy nie spóźniam się na spotkanie z dzieckiem. Starszej osobie mogę wytłumaczyć powód spóźnienia, a w przypadku dziecka, mogę je stracić na zawsze. Dziecko poczuje się zawiedzione i straci zaufanie do księdza, który je zlekceważył. Dziecko jest dobrym obserwatorem i widzi nawet to, co staramy się ukryć. Najlepiej być szczerym. Nie czuję się fenomenem. To, że przychodzą do mnie ludzie, że mają zaufanie, to chyba dlatego, że jestem normalnym człowiekiem. Nie jestem cukierkowo grzeczny, nie przytakuję na żądanie, albo dlatego, że tak wypada. Mam swoje zdanie, umiem ochrzanić, skrytykować i umiem pochwalić. Umiem też przeprosić, jeśli się w tej krytyce pomyliłem. Taki jestem, ale to raczej zasługa Pana Boga, nie moja.

Dziś ks. Piotr mówi
– W sierpniu 2006 r. z żukowskiej parafii zostałem przeniesiony do parafii pw. Przemienienia Pańskiego w Gdyni Cisowej. Teraz, po 4 latach, wróciłem do gminy Żukowo jako proboszcz, tym razem do Chwaszczyna, gdzie wolą ks. arcybiskupa Sławoja Leszka Głódzia mam pobudować nowy kościół. To nowe wyzwanie, na pewno trudne, ale postaram się mu sprostać. Poza tym niewiele się zmieniło od tamtej naszej rozmowy. Dalej marzę o podróży do Ameryki, dalej nie poradziłem sobie z moją słabością, jaką są papierosy. Próbowałem, nie udało się, może kiedyś z Bożą pomocą dam radę...? Nie zmieniłem żadnych z moich zapatrywań na bycie normalnym księdzem. Dalej najważniejsi są dla mnie ci maluczcy parafianie, choć dla tych „dużych” też nie będę skąpił czasu. Wiele wyzwań przede mną. Bycie proboszczem to większe zadanie, niż wikariuszem. Mam nadzieję, że temu zadaniu sprostam i proszę o modlitwę, by mi się udało – mówi ks. Piotr Gruba.

Dziś, po latach mogę powiedzieć, że tamta, sprzed kilku lat rozmowa z ks. Piotrem Grubą, była jedną z najciekawszych, które w redakcyjnej pracy przeprowadziłam. Ks. Piotr okazał się prawdziwie „zwyczajnym księdzem” i normalnym człowiekiem. Życzymy mu wiele błogosławieństwa Bożego i sił na nowe wyzwanie jakie niewątpliwie przed tym kapłanem stanęło.

Rozmawiała Lucyna Puzdrowska
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    massuana - niezalogowany 2010-09-07 16:08:56

    Ksiądz Piotr to wspaniały człowiek.Spotkaliśmy się w 1995 r w Wejherowie,w 2005 r nagraliśmy Barkę w języku kaszubskim.Zorganizował nasze koncerty w Żukowie.Życzę wielu łask w trudnym dziele budowy kościoła. Dodane wto 07 wrz 2010 16:09:48 CEST : Tomasz Dorniak z zespołem MASSUANA pozdrawia księdza Piotra!

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Kartuzy.info




Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Najnowsze wiadomości