Reklama

Lekarze u kresu wytrzymałości...”Nikt nas nie uczył segregować ludzi na gorszych i lepszych”

Za nami rok pandemii. Nowej, trudnej rzeczywistości, w której wciąż uczymy się żyć. I choć statystyki nowych zakażeń i kolejnych zgonów wciąż rosną, nadal nie brakuje sceptyków skupiających się nad tym, jak ominąć obostrzenia, unikających noszenia maseczek, wątpiących w koronawirusa. W tym samym czasie za drzwiami szpitalnych sal codziennie rozgrywają się ludzkie dramaty, trwa heroiczna walka o zdrowie i życie. Pacjenci umierają, a lekarze padają z wyczerpania.

W Powiatowym Centrum Zdrowia w Kartuzach znajduje się obecnie 35 łóżek covidowych, stworzonych dodatkowo przy standardowych 130 miejscach.

- Jest to około 30 proc. więcej szpitalnych łóżek stworzonych w tych samych budynkach, tych samych salach, przy tym samym personelu - przyznaje Paweł Witkowski, prezes kartuskiego szpitala.

Jak mówi, tymi sami rękami musimy robić trzy razy więcej.

- Czy wszyscy lekarze w powiecie kartuskim tak ciężko pracują? U nas to trwa już rok. Mamy dramatyczną sytuację na oddziale interny. Lekarze i pielęgniarki pracują miesięcznie po 300-400 godzin. (Przed pandemią było to 200 godzin miesięcznie - przyp. red). Personel jest bardzo zmęczony. Od roku nie mieliśmy urlopu. Pracujemy ponad siły. To już nie jest ta sama praca. Kiedyś pacjent przeszedł na izbę przyjęć, wchodził na oddział i był operowany. Dziś zanim trafi na oddział trzeba wykonać kilkadziesiąt dodatkowych czynności i często ubranym w strój ochronny. I muszą wykonać to te same osoby. W tym wszystkim cierpi opieka nad pacjentem. Nie jesteśmy wyjątkiem. Tak dzieje się w większości szpitali - kontynuuje.

Reklama

Jak podkreśla szef kartuskiego szpitala, wszystkie dane podawane przez służby wojewody mówią o tym, ile przygotowano więcej łóżek, ile więcej respiratorów, ale przemilczają temat ludzi, personelu medycznego.

- A przecież za tymi miejscami, sprzętem stoją ludzie. Dlaczego w Polsce jest tak wysoka śmiertelność na COVID-19? Bo do tego zakupionego respiratora musi być jeszcze wykształcony człowiek, który będzie go obsługiwał, a go po prostu nie ma. Sprzęt można kupić. To nie jest problem. Ludzi nie – zaznacza .

Reklama

„Nie uczyliśmy się segregować ludzi na gorszych i lepszych”

Za drzwiami szpitalnych sal codziennie toczy się walka o zdrowie i życie pacjentów. Rozgrywają się ludzkie dramaty, rodzinne tragedie.

- Cały czas boimy się, że będziemy musieli odmówić pomocy pacjentowi, bo nie będziemy mieli dla niego miejsca i sprzętu. Nie uczyliśmy się segregować ludzi na gorszych i lepszych. Decydować o tym, komu dać szansę, a kogo jej pozbawiać. Nikt tego nie chce robić za żadne pieniądze. Żadne pieniądze nie są w stanie zapłacić lekarzowi za decyzję, komu odebrać szansę na życie - przyznaje nasz rozmówca.

Reklama

Wyznaje, że zdarzało się szukać miejsca dla pacjenta po całym kraju.

- Na szczęście nie musiałem podejmować takiej decyzji, ale kosztowało mnie to mnóstwo pracy i wysiłku. Wysyłaliśmy pacjentów śmigłowcem do Poznania szukając dla niego respiratora. Byliśmy w stanie obdzwonić całą Polskę, bo nie mieliśmy wolnego respiratora - dodaje.

„Ta choroba nie daje dużych szans na walkę”

Miniony rok należał do trudnych dla wszystkich. Nie był to łatwy czas dla wielu branży. Bez wątpienia jednak pokazał, że tym co najważniejsze jest zdrowie i życie. I to właśnie przed personelem medycznym stanęło największe wyzwanie.

Reklama

- Najtrudniejszy moment? Jak mój personel nie chciał podać ręki moim ratownikom, którzy jeździli pobierać wymazy od ludzi w domach. Na początku pandemii uruchomiliśmy specjalną karetkę jeżdżącą po wymazy do domów. Wówczas nie wiedzieliśmy, jak ta choroba wygląda, jak wygląda śmiertelność czy powikłania po jej przechorowaniu. Dane pochodziły wyłącznie z chińskich opracowań, a niestety one są zwykle niepełne. Musiałem zrobić oddzielną szatnię, osobne wejście, osobne miejsce na przebieralnię, bo nawet jak przeprowadzali szkolenie z ubioru specjalnych kombinezonów, to pozostały personel chciał, aby odbywało się ono na zewnątrz, twierdzili nawet, że ratownicy są zarażeni - opowiada szef kartuskiego szpitala.

Lekarze są świadkami setek historii o dramatach, jakie spowodował covid.

Reklama

-  Jako lekarz słucham tysięcy opowieści o nieszczęściach, o tym jak ludzie umierają. To nie jest dla nas łatwy rok. Tych, którzy mają wątpliwość, czy nosić maseczkę czy nie, zapraszam na oddział, by zobaczyć, jak umiera osoba na COVID-19. To jest straszna choroba. Ciągle rozwiązujemy miliony problemów. Prowadzimy bardzo trudne rozmowy z rodzinami. Zmagamy się z ludzkimi dramatami. W pierwszej fali umierali 70-80-latkowie. Teraz umierają 40-latkowie. Obecnie najmłodszy nasz pacjent, który zmarł, miał 38 lat. Ta choroba nie daje dużych szans na walkę – zaznacza.

Lekarze na skraju wyczerpania...

Reklama

Pandemia uwydatniła problem, który w polskim systemie ochrony zdrowia panuje od dekad. Z uwagi na jej niedofinansowanie brakuje personelu medycznego, a ten który pracuje, jest u kresu wytrzymałości.

- Lekarze są zmęczeni. Wycieńczeni. Lekarz zmęczony jest mniej wydajny niż lekarz wypoczęty. Nie można zakłamywać rzeczywistości i mówić, że tak nie jest. Nie jesteśmy robotami. Jesteśmy ludźmi. Polska jest krajem, który ma najmniej lekarzy i pielęgniarek w przeliczeniu na tysiąc mieszkańców w Europie. Ma też jedno z najniższych finasowań w stosunku do PKB. I to nie jest problem ostatnich lat, ale dekad zaniedbań - zaznacza lekarz Paweł Witkowski.

Reklama

Według ostatnich ogólnopolskich badań niemal 80 proc. ankietowanych lekarzy zaobserwowało u siebie pogorszenie stanu psychicznego. Jak przyznaje szef kartuskiego szpitala, problem ten dotyka zdecydowanie większej liczby osób. Co więcej, codziennie walcząc o zdrowie i życie pacjentów, nie mają czasu, by zadbać o swoje własne.

- Mając 400 godzin dyżurów w miesiącu nie ma czasu na terapię psychologiczną. Przez resztę godzin lekarze odpoczywają. Wszyscy chorujemy. Ponad 80 proc. lekarzy pracujących w takich miejscach będzie mówiło o tym, że ma zaburzania charakterystyczne dla syndromu stresu pourazowego. Takie czasy. Od roku mam wstrzymane urlopy. Czasami zezwalam na urlopy okolicznościowe. Nie ma ludzi do pracy - akcentuje lekarz Paweł Witkowski.

Reklama

Jak długo więc lekarze są w stanie jeszcze wytrzymać?

- Nie wiem, ale niedługo. Jesteśmy zmęczeni. Największym problemem jest brak kadry medycznej, bo nie ma sklepu z lekarzami i pielęgniarkami. Sprzęt można kupić, ale na wykształcenie pielęgniarki, lekarza, potrzeba wielu lat. Pandemia pokazała wiele zaniedbań w systemie ochrony zdrowia. Polska ochrona zdrowia jest niedofinansowana i to sprawia, że lekarze szukają pracy za granicą - stwierdza szef kartuskiego szpitala.

- Staram się tak organizować pracę, aby dyżur nigdy nie przekraczał 24 godzin, aby człowiek mógł na te 12 godzin pójść się przespać. Trudno podejmować logiczne decyzje po 24 godzinach stresu i napięcia. To jest ileś decyzji dotyczących życia i zdrowia. Jak wszystko dobrze działa, są miejsca, to 24-godzinny dyżur jest w porządku. Lekarz zleci badanie, dostanie wynik, skieruje na oddział, a ten przyjmie pacjenta. Dzisiaj jest zupełnie inaczej. Mam pacjenta, ale nie wiem, czy ktoś go przyjmie. Muszę wykonać kilkadziesiąt telefonów, by znaleźć dla niego miejsce. To nie są te same dyżury - dodaje.

Reklama

- Codziennie pojawiają się chwile zwątpienia. Każdy jest dobrym żołnierzem w czasach pokoju. Kiedy wybucha wojna, okazuje się, kto wykonuje tylko zawód żołnierza, a kto tym żołnierzem jest. Nadszedł czas próby. Wielu moim lekarzy odchodziło, potem wracało. Mówili, że się boją, ale potem wracali - opowiada Paweł Witkowski.

Ze szpitala do przychodni

W ostatnich dwunastu miesiącach z kadry kartuskiego szpitala odeszło kilku lekarzy.

- Mieliśmy takie przypadki. Lekarze zrezygnowali. Nie wtrzymali. Większość z nich odchodzi do pracy w POZ, bo tam jest łatwiej. Apelujemy do naszych kolegów z POZ. Prosimy ich o pomoc, aby przyszli i nam pomogli. Niestety odzew jest zerowy- mówi nasz rozmówca.

Reklama

Prezes dotąd nie dopuścił do sytuacji, by szpital był zamknięty, jednak jeśli lekarze pójdą na zwolnienia, taki scenariusz jest możliwy.

-  Zawsze przyjmowaliśmy pacjentów. Przez ten rok tylko przez tydzień zamknięty był oddział chorób wewnętrznych ze względu wykrycia na nim ogniska koronawirusa. Jeżeli moi lekarze i pielęgniarki powiedzą, że pójdą na zwolnienia lekarskie ze względu na stan zdrowia, to będę zmuszony zamknąć szpital - dodaje.

Z teleporady na stół operacyjny

Umierają nie tylko chorzy na covid. Ofiarami pandemii są też pozostali pacjenci.

- Jeśli ktoś jest leczony za pomocą teleporady, długo nie oglądał go lekarz, to w konsekwencji trafia do szpitala i to w dużo gorszym stanie. Tylu operacji niedrożności, krwawień z przewodu pokarmowego, pilnych operacji pacjentów, którzy miesiącami byli leczeni lekami np. rozkurczowymi z powodu bólu brzucha bez pogłębienia diagnostyki, nie mieliśmy nigdy wcześniej - przyznaje lekarz Paweł Witkowski.

- Pacjenci trafiają do nas w gorszym stanie klinicznym niż przed pandemią. Wynika to z utrudnionej dostępności do POZ, ale też strachu pacjentów przed kontaktem z innymi chorymi. Jest większa śmiertelność. Nadumieralność. Zdecydowanie skróciła się długość życia - zaznacza.

Czy pandemia nas czegoś nauczy?

Przed rokiem stało się coś, co jeszcze chwilę wcześniej było niewyobrażalne. Świat się zatrzymał. Stanęliśmy w obliczu strachu o zdrowie i życie, swoje i swoich najbliższych. Czy pandemia ma też swoje plusy?

- Ludzie częściej myją ręce. Wzrósł poziom higieny. Niestety pandemia niesie za sobą znacznie więcej skutków negatywnych  - twierdzi nasz rozmówca.

- Chciałbym, aby nasi decydenci zauważyli, że ochrona zdrowia to istotny element bezpieczeństwa państwa. Nie tylko policja, wojsko, straż. Ludzie nie potrzebują zbyt wielu rzeczy, ale lekarza, ochrony zdrowia, tak - podsumowuje Paweł Witkowski, prezes Powiatowego Centrum Zdrowia w Kartuzach.

fot. nadesłane

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    Jak to Pinokio - niezalogowany 2021-04-18 11:53:54

    Twierdzi że respiratorów jest zapewniony ogromny zapas więc po co ta panika. Wystarczy zadzwonić do ministra zdrowia najlepiej byłego on załatwi z handlarzem broni.

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Pisiorek - niezalogowany 2021-04-18 11:59:53

    Gdyby rządziły czerwone ścierwa to pewnie tylko trumien brakowałoby.

    • Zgłoś wpis
  • kaszpirowski - niezalogowany 2021-04-18 18:46:44

    OJ!!!!! Państwo doktorostwo jak Wy macie ciężko , toć praca przez telefon wyczerpuje i bardzo stresuje . No ale prywatnie za to 100%. Ale cóż za to pacjenci kwitnąco , nie chorują , to małe co nieco to przez telefon się załatwi ,obecnie prace trwają nad zabiegami przez internet ,a a te bardziej skomplikowane to już za parę latek jak będą jeszcze konieczne . Bo pacjent to taka świnia co wszystko wytrzyma!

    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Kartuzy.info




Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Najnowsze wiadomości