Klara i Józef Cymanowie z Miechucina przeżyli razem 60 lat. Ślub brali w Chmielnie 18 listopada 1947 roku. Wychowali syna i trzy córki. Mają ośmioro wnuków – pięć dziewczynek i trzech chłopców. Doczekali też czworga prawnuków. Całe swoje życie przepracowali w rolnictwie.
- Moi rodzice mieli dziesięciohektarowe gospodarstwo, które dzisiaj prowadzi nasz syn Zbigniew – mówi pan Józef. – Pochodzę z wielodzietnej rodziny. Niestety, z dziesięciorga rodzeństwa zostałem sam, bo wszyscy już nie żyją.
Józef Cyman całe życie przepracował na swojej ojcowiźnie. Do tej pory, pomimo swoich 85 lat, chętnie pomaga synowi w gospodarstwie, zwłaszcza doglądanie zwierząt sprawia mu wielką przyjemność.
- Żona pochodzi ze wsi Mrozy – kontynuuje pan Józef. – W tej miejscowości mieszkał mój szwagier, który był jej sąsiadem. Niezłą jej zrobił reklamę – żartuje. - Powiedział, że jest osobą bardzo spokojną i wyjątkowo pracowitą. Dzisiaj mogę stwierdzić z całą pewnością, że nie przesadził ani odrobinę. – A tak naprawdę to poznaliśmy się na zabawie w Sierakowicach – koryguje nieco wyznania męża pani Klara.
Państwo Cymanowie, pomimo upływu lat, dokładnie pamiętają pewien tragiczny epizod w ich życiu. Pan Józef obsługiwał śrutownik. W pewnym momencie metalowa klamra scalająca pas transmisyjny oderwała się tak niefortunnie, że uderzyła go w czoło.
- Kiedy odwożono mnie do kartuskiego szpitala, a było to 11 listopada, traciłem i odzyskiwałem przytomność – wspomina. – Okazało się, że miałem poważne wstrząśnienie mózgu i uszkodzony fragment czaszki. Po tym wypadku ślad pozostał mi do dzisiaj - wskazuje palcem miejsce na czole. – Tylko, który to był rok? – zastanawia się mój rozmówca. – Wiem, w szpitalu wszyscy wtedy mówili o zamachu na prezydenta Kennedy’ego, czyli był to rok 1963.
- Przez kilka miesięcy mąż nie mógł dojść do siebie – dorzuca pani Klara. – Nawet jadąc pociągiem, miał zawroty głowy. Nie było więc mowy o pracy w gospodarstwie, więc wszystkim musiałam zająć się sama. Najstarsza córka Genowefa miała wtedy tylko 13 lat i próbowała wyręczać mnie w wielu obowiązkach. Pozostała trójka dzieci też pomagała na miarę swoich możliwości. Chociaż praca rolnika jest ciężka i tak bardzo zależna od pogody, nie wyobrażamy sobie z mężem innego zajęcia.
Syn i dwie córki – Bogumiła i Natalia mieszkają w Miechucinie. Tylko najstarsza Genowefa przeniosła się do Gdyni.
- Uważam, że dobrze wychowaliśmy swoje dzieci – twierdzi pan Cyman. – Przede wszystkim nauczyliśmy je dużego poczucia obowiązku i to nas najbardziej cieszy.
- Nasi rodzice przez całe życie byli dla nas wzorem pracowitości, uczciwości, solidności i głębokiej wiary w Boga – dodaje przysłuchująca się naszej rozmowie pani Natalia, najmłodsza córka jubilatów. – Mama należy do osób małomównych i cierpliwych. Ojciec natomiast jest bardzo towarzyski i z dużym poczuciem humoru. Jest też muzykalny. Sam nauczył się grać na skrzypcach. Umiejętność tę często wykorzystuje podczas rodzinnych spotkań. Szkoda tylko, że żadne z nas tej zdolności - niestety - po nim nie odziedziczyło.
Longina Templin
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze