Reklama

"Nic więcej nie mogliśmy zrobić" - tragedia w Mściszewicach oczami świadka

O dramatycznym wypadku, do którego doszło w minioną niedzielę w Mściszewicach pisaliśmy już trzykrotnie. Z nieznanych dotąd przyczyn Kia Sportage wjechała do jeziora. Autem podróżowały cztery osoby. Trzem wydostać się z tonącego auta pomogli przypadkowi świadkowie. 11-letniego chłopca, który pozostał w środku, wyciągnęli kilkanaście minut później ratownicy medyczni z Kartuz. Niestety, chłopca nie udało się uratować. Zmarł w jednym z gdańskich szpitali.

Choć to historia bez happy endu, na uwagę zasługuje w tym przypadku bohaterska postawa wielu osób. Mariusz Deptuła i Piotr Olejniczak - ratownicy medyczni z Kartuz, którzy po przyjeździe na miejsce bez namysłu wskoczyli do wody i ryzykując własnym życiem wyciągnęli z tonącego samochodu 11-letnie dziecko, za swój heroizm już zostali wyróżnieni i nagrodzeni przez władze Powiatowego Centrum Zdrowia. Dali chłopcu i jego rodzinie iskierkę nadziei na ratunek. Niestety, mimo długotrwałej reanimacji, a potem także starań trójmiejskich lekarzy, nie udało się go zachować przy życiu.

Na pochwały i gratulacje zasługują jednak nie tylko wspomniani ratownicy. Prawdziwych bohaterów jest znacznie więcej. Jeszcze przed przyjazdem karetki pogotowia i straży pożarnej poszkodowanym z rozbitego auta pomagali wyjść przypadkowi świadkowie, zwykli mieszkańcy Mściszewic, którzy także bez namysłu wskoczyli do jeziora by ratować życie innych.

Wiemy, że bezpośrednio zaangażowanych w akcję ratunkową mogło być nawet kilkanaście osób. Nam udało się dotrzeć do jednej z nich, Rafała Reclafa, który na miejscu zdarzenia był jako jeden z pierwszych.

Jego historia zaczyna się w momencie, gdy przez Mściszewice przejeżdża Kia Sportage. Za jej kierownicą siedzi 61-letni mieszkaniec Gdyni. Jedzie z trójką dzieci, w tym dwojgiem wnucząt. Jest popołudnie. Najprawdopodobniej wracają z Łeby, gdzie mieli spędzić wspólnie stosunkowo ładny i ciepły dzień. Dalsze wydarzenia mają już jednak zdecydowanie bardziej dramatyczny przebieg. W pewnym momencie auto zjeżdża na pobocze, podbija się na krawężniku, przebija przez betonową barierkę i sunie dalej w kierunku jeziora. Tuż przy brzegu uderza jeszcze w drzewo, odbija się i przewraca do wody. Dalej głos oddajemy panu Rafałowi:

Wychodziliśmy właśnie z żoną z domu i wsiadaliśmy do samochodu. Wtedy usłyszeliśmy głuchy dźwięk, jakby tłuczonego szkła. Żona zerknęła na drugą stronę jeziora, gdzie doszło do wypadku i powiedziała, że samochód leży w wodzie. Z naszego podwórka dobrze widać to miejsce. Ja byłem już w aucie więc wstałem z siedzenia by to zobaczyć i faktycznie ujrzałem leżący na dachu samochód. Wyraźnie było widać wszystkie cztery koła. Wskoczyliśmy więc do auta i natychmiast tam pojechaliśmy. Dzieli nas od tego miejsca może 200 metrów, więc droga zajęła nam może około 30 sekund. Gdy się zatrzymaliśmy, tego samochodu już nie było widać. Zniknął pod wodą jak kamień. Na brzegu dostrzegłem dwie dziewczynki, które wyciągnięto ze środka, a po szyje w jeziorze stał starszy mężczyzna, jak się później okazało kierowca, i krzyczał, że na tylnym siedzeniu został jeszcze chłopiec. Do teraz widzę wyraźnie jego twarz i rozpaczliwe wołanie o pomoc. Przy zanurzonym pod wodą aucie stało już trzech ludzi - Paweł Stencel oraz Henryk Tybora z synem Przemysławem. To oni jako pierwsi rzucili się na ratunek ofiarom tego wypadku. Z tego co wiem, wędkowali akurat nieopodal. To właśnie oni pomogli wydostać się z rozbitego auta tym dziewczynkom i kierowcy. Usiłowali też ratować tego chłopca. Ja też natychmiast wskoczyłem do wody, by im pomóc. W międzyczasie jeszcze żona zorientowała się czy ktoś wezwał już pogotowie. My usiłowaliśmy jakoś dotrzeć do tego dzieciaka w aucie, ale było to niezwykle trudne. Dwa metry od brzegu dno wyraźnie opada. Samochód szybko nabrał wody i zaczął powoli zsuwać się w dół. Mnie po kilku krokach przykryło. Na moje oko pojazd osiadł na głębokości około trzech metrów. Zaczęliśmy nurkować, by się dostać do dzieciaka, ale woda była tak mętna, że na odległość kilkunastu centymetrów nie było nawet widać własnej dłoni. Nie wiedzieliśmy właściwie gdzie jest przód, a gdzie tył samochodu. Nie było jak wejść do środka, a z drugiej strony było jeszcze głębiej. Po chwili, podejrzewam, że ok. 5-7 minutach było nas w wodzie już kilka osób, więc uznaliśmy, że spróbujemy go choć trochę wyciągnąć. Chyba Zenkowi (Mielewczyk - red.) udało się wybić kamieniem boczną szybę, dzięki czemu mogliśmy o ramę zaczepić linę holowniczą. Zaczęliśmy ciągnąć i nie wiem jak, ale udało nam się go podciągnąć nieco bliżej brzegu. Tak, że znów było go widać. Któryś z kolegów dotarł nawet do tego chłopca, ale on był zaczepiony pasami i nie było jak go wyciągnąć. Niestety wtedy lina się urwała i samochód znów zaczął się zsuwać po dnie głębiej. Zaczepiliśmy go drugi raz i wtedy pojawiła się karetka pogotowia. Auto już częściowo było widoczne. Jeden z ratowników błyskawicznie wskoczył do wody i zanurkował. On też nie mógł jednak wyciągnąć chłopca z pasów. Wtedy doskoczył drugi, odcięli ten pas i po chwili byli już z malcem na brzegu, gdzie zaczęto go reanimować. Według mnie spędził jednak pod wodą około 15 minut, może nawet trochę dłużej. Staraliśmy się zrobić, co mogliśmy. Może gdyby było tam chociaż trochę płycej, gdyby więcej było widać albo szybciej mielibyśmy linę udałoby się go wyciągnąć szybciej. Nie było rady, by zrobić coś więcej. To było coś strasznego. Gdy wychodziliśmy z wody, wszędzie było już sporo osób, strażaków. Nie jestem w stanie wymienić w tej chwili wszystkich, a nie chciałbym nikogo pominąć. Co się działo dalej, nie wiem...

Tak akcję ratunkową wspomina Rafał Reclaf. Obok niego w akcji brali także udział: Paweł Stencel, Henryk i Przemysław Tybora, którzy jako pierwsi wskoczyli do wody, a także Zenon Mielewczyk, Mateusz Reclaf, Rafał Kotłowski, Paweł Klinkosz, Marek Stalka, Bartek Labuda. To nazwiska osób, które udało nam się ustalić. Bohaterów jest jednak zdecydowanie więcej. W kulminacyjnym momencie zaangażowanych mogło być nawet 20-30 osób, wędkarzy, okolicznych mieszkańców, strażaków. Tych, których w tym miejscu pominęliśmy - z góry przepraszamy. Bezsprzecznym pozostaje jednak fakt, że ich postawa również godna jest zauważenia, pochwały, uznania i wdzięczności. Dlatego też za stosowne uznaliśmy ich wymienienie. Gdyby nie oni, ofiar tego wypadku byłoby zapewne więcej.

Bartek Gruba
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    Misia1 - niezalogowany 2012-07-23 07:57:39

    aż się popłakałam czytając ten artykuł, szkoda chłopczyka:(

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    ODKRYWCA - niezalogowany 2012-07-22 12:36:22

    Tragedia.przejezdzalem w tym miejscu dzien przed tym wypadkiem.I moze to dziwne ale powiedzialem wtedypopatrzcie jak by jakis nie miescowy za szybko z tej gory zjechal i za pozno zorietuje sie ze musi skrecic w prawo to wpierw roztrzaska sie o te betonowe barierki a potem wyladuje w wodziePamietam ze jeszcze zastanawialem sie co jest mniejszym/wiekzym zlem,czy te betonowe bariery czy ladowanie w wodzie.Tak czy owak tragedia wielka.Dla ludzi nieznajacych trasy takie drogowe niespodzianki sa bardzo niebezpieczne.

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    plus1 - niezalogowany 2012-07-20 18:38:52

    Brawa dla bohaterów!

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Kartuzy.info




Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Najnowsze wiadomości