Stefania Socha z Chmielna jest hafciarką od 40 lat. Krystyna Malek z Garcza zajmuje się sztuką malowania na szkle. Obie panie wspominały najciekawsze wydarzenia, które przeżyły podczas świąt wielkanocnych. Powiedziały też, co będą miały na swoich świątecznych stołach. Jednogłośnie stwierdziły, że nie lubią lanych poniedziałków.
- Moje młode lata były biedne – powiedziała Stefania Socha. - Wspominam je jednak mile, bo dla mnie były to lepsze czasy niż te dzisiejsze. W dzieciństwie podczas Wielkanocy wraz ze swoimi trzema braćmi robiłam na podwórzu z patyków gniazdka. Wyściełane one były sianem. Mama tłumaczyła nam, że przyjdzie zając i zostawi dla nas prezenty. Jeden z moich braci podszedł na łatwiznę. Zrobił gniazdo ze starej miski z dziurawym dnem. Przewrócił ją do góry nogami i zadowolony oświadczył, że jego gniazdko jest już gotowe.
Następnego dnia rano dzieci pobiegły zobaczyć, co też wielkanocny zając im przyniósł. Okazało się, że gniazdo brata pani Stefanii było puste, zaś ona otrzymała aż dwa jajka. Mama wyjaśniła im, że zając nie zmieścił się w zbyt małej misce.
- Miałam wtedy może siedem, może osiem lat, ale dokładnie pamiętam, że musiałam się swoim prezentem podzielić z bratem – wspominała pani Stefania. - Gdy dzisiaj opowiadam to moim dzieciom, nie mogą uwierzyć, że prezent wielkanocny stanowiło tylko jedno jajko. A dla nas wówczas była to wielka radość.
W drugie święto rano chodziło się z dyngusem. W rodzinie pani Stefanii był zwyczaj chodzenia w pierwsze święto wielkanocne w poszukiwaniu jałowca. Po powrocie do domu każdy swoją gałązkę chował w bezpiecznym miejscu. Już po północy można było zaczynać dygowanie. Zaczynało się we własnym domu, a później chodziło po sąsiadach. W zamian dzieci otrzymywały jajka.
- Dzieci, które teraz przychodzą z dyngusem, kiedy dostają od nas jajka, są tym faktem bardzo zaskoczone – stwierdziła moja rozmówczyni. Najczęściej odpowiadają zdziwione: „Przecież my w domu mamy jajka”. Takich prezentów wcale nie chcą, bo nie znają tej tradycji. Dzisiaj interesują ich raczej pieniądze.
W Chmielnie i okolicy w poniedziałek świąteczny tradycja dygowania ciągle jest jeszcze żywa.
Kilka lat temu Stefanię Sochę w drugi dzień świąt spotkała niespodzianka. Była godzina 3 nad ranem. Ktoś mocno pukał do drzwi. Okazało się, że byli to jej znajomi, którzy koniecznie chcieli wejść do środka, aby napić się świątecznej kawy. Pani Stefania zdecydowanie im odmówiła. – Ale ty jesteś gościnna – usłyszała zza drzwi. Zaproponowała im wizytę w każdy inny dzień, tylko nie w wielkanocny poniedziałek.
- Dialog przez zamknięte drzwi trwał w najlepsze, gdy nagle... ktoś stanął koło mnie – kontynuowała hafciarka z Chmielna. - Był to znajomy, który wszedł do środka przez niedomknięte okno. W mgnieniu oka wszystkich wpuścił do mojego domu i zaczęło się niesamowite dygowanie. Te święta będę pamiętać do śmierci. - Odtąd drugie święto to dla mnie najgorszy dzień w roku – dodała. - Boję się go do dzisiaj. Przed snem zamykam solidnie wszystkie drzwi i sprawdzam okna w całym domu.
Przykre zdarzenie spotkało panią Stefanię kilka lat temu w lany poniedziałek, który nie ma nic wspólnego z kaszubską tradycją. Wracała z mężem z kościoła. Nadjechało auto. Pasażerka otworzyło okno i zapytała o drogę do Ręboszewa.
- Potwierdziłam, że jadą w dobrym kierunku – wspominała moja rozmówczyni. - W tym momencie kierowca chlusnął wodą prosto na moje świąteczne ubranie. Opowiadając to zdarzenie sprzed lat, jeszcze czuję wilgoć na swoim ciele. Okazało się, że byli to moi znajomi – Marta i Lutek Choszczowie, których w pierwszej chwili w tłumie pieszych i aut nie poznałam. Pozdrawiam ich przy tej okazji serdecznie.
- Też nie lubię tej tradycji, bo nieraz oberwałam w lany poniedziałek – włącza się do rozmowy Krystyna Malek. – Co za przyjemność być zlanym wodą do ostatniej nitki. Dyngus jest zdecydowanie lepszy.
Krystyna Malek dzieciństwo spędziła w powiecie gdańskim. W Garczu mieszka od 37 lat. Zwyczaje wielkanocne w jej rodzinnych stronach i na Kaszubach są niemal identyczne.
- Moje wspomnienia są podobne do tych, o których mówiła pani Stefania – powiedziała. - Też robiliśmy gniazdka wielkanocne, ale one były z małych plecionych z jałowca koszyczków. Wyściełane były sianem lub mchem i stawiałam je wraz moimi pięcioma siostrami w ogrodzie w określonym miejscu.
- Pamiętam taką Wielkanoc, gdy w naszych starannie przygotowanych gniazdkach... nic nie było – kontynuowała pani Krystyna. - Okazało się, że to zając je poprzestawiał i pochował tak, że długo trzeba było je szukać. W koszyczkach były jajka i karmelowe cukierki, które zrobiła nasza mama. Dużo mieliśmy z tego radości. Miałam wówczas może sześć lat, ale doskonale to pamiętam.
Krystyna Malek ma osiem wnuczek. Wszystkie znają kaszubskie tradycje wielkanocne. Najmłodsza Kasia, która chodzi do zerówki, już na kilkanaście dni przed Wielkanocą przygotowuje się do świąt. U babci zamówiła nawet gałązkę jałowca. Wyszukała też koszyczek, w którym ma pisanki. Ze wszystkich wnuczek – jak twierdzi babcia - ona najbardziej przeżywa wielkanocne święta.
Natomiast pani Stefania przygotowuje dla swojej sześcioletniej wnuczki Wiktorii wielkanocne gniazdka w ogrodzie. Wnuczka zaś rewanżuje się... dygowaniem. Zaczyna go od babci Stefanii i dziadka Franciszka, a potem to samo robi w Kartuzach u babci Eli i dziadka Mariana. Nie oszczędza nawet prababci, wujków i ciocie. Stamtąd wraca zadowolona ze sporym koszykiem pełnym słodyczy.
U Krystyny Malek na świątecznym stole na pewno pojawi się koszyk ze święconką. Ponadto
będą jajka, szynka, chrzan, biała kiełbasa i mazurek. Podobnie będzie przy rodzinnym stole u Stefanii Sochy. U niej dodatkowo będzie jeszcze sernik i makowiec.
Obie moje rozmówczynie przekazały życzenia wszystkiego dobrego na święta, zdrowia, radości oraz błogosławieństwa Bożego.
Longina Templin
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze