Pod swoją pieczą mają ludzi samotnych, starszych, chorych, niepełnosprawnych, a czasami bezradnych czy wręcz mało zaradnych. W ich gestii pozostaje też opieka nad rodzinami wielodzietnymi, patologicznymi oraz zagrożonymi przemocą. Tego typu zadaniami w przodkowskim GOPS-ie zajmują się od lat dwie panie: kierownik Elza Mazur – Nowińska raz Małgorzata Flis.
Na co dzień spotykają się z przeróżnymi sytuacjami. Jedne szokują i bulwersują, inne zaś smucą, a nawet doprowadzają do łez.
- Jeszcze do niedawna jednym z naszych podopiecznych był pan Feliks – mówi Małgorzata Flis, starszy pracownik socjalny. – Samotny niepełnosprawny mężczyzna był niegdyś właścicielem gospodarstwa rolnego, które sprzedał, ale pieniądze dość szybko mu się rozeszły. To sprawiło, że został na naszym garnuszku.
W tym roku pan Feliks przed Wielkanocą nagle zachorował. Po wizycie u lekarza otrzymał skierowanie do szpitala. Tam po tygodniowym pobycie stwierdzono, że pacjent… nie nadaje się do leczenia i należy go wziąć do domu. Tylko, że w domu nikt na niego nie czekał. Panie z GOPS-u załatwiły dla niego kolejny szpital.
- Chociaż tego typu starania nie należą do naszych obowiązków, to nie można było chorego samotnego człowieka zostawić bez pomocy – kontynuuje pani Małgorzata. - W gdańskim szpitalu również uznano, że pacjent nie nadaje się do dalszego leczenia, gdyż stwierdzono nowotwór, ale ostatecznie lekarz zgodził się go zoperować.
Zaczęły się kolejne telefony i prośby, aby znaleźć dla niego miejsce w hospicjum. Udało się. Niestety, po dwóch dniach pobytu pan Feliks zmarł.
Teraz trzeba było się uporać z kolejnym problem – z pochówkiem. Brat, który mieszkał w tej samej wsi co zmarły, zupełnie nie był tym zainteresowany. Być może był to skrywany przez lata żal o to, że brat sprzedał gospodarstwo. Nagle okazało się, że „odnalazł się” drugi brat, o istnieniu którego panie z GOPS-u nic do tej pory nie wiedziały.
- Smutne i przykre jest to, że rodzina z Gdańska, która ostatni raz widziała go ponad 20 lat temu, zainteresowała się pochówkiem tylko dlatego, bo można było… na tym zarobić – uważa Elza Mazur – Nowińska. – Szkoda, że nie uszanowano ostatniej woli zmarłego, który nie chciał być pochowany na Srebrzysku, ale na cmentarzu w rodzinnej wsi. - Takie sytuacje nie są, niestety, rzadkością - dodaje.
Z czym jeszcze może się spotkać pracownik socjalny na co dzień?
- Mieliśmy pod swoja pieczą rodzinę składającą się z ojca i dwóch dorosłych córek, z których jedna była osobą niepełnosprawną - zaczyna swoja opowieść pani Małgorzata. – Do tego domu nie wpuszczano nawet lekarki. Domyślaliśmy się, że tam dzieje się coś niedobrego…
W ubiegłym roku któregoś dnia szpital powiadomił nas, że ich pacjentem jest właśnie ojciec wspominanych dziewczyn. Pojechałam więc wraz z policjantami do jego domu. Gdy dojechaliśmy na miejsce włosy stanęły nam dęba. Czegoś takiego nie widziałam przez 25 lat swojej pracy.
Pani Małgosia przerywa swoja relację, gdyż nie potrafi powstrzymać łez. Po dłuższej przerwie z trudem kontynuuje swoją opowieść.
- Zobaczyliśmy w oknie wychudzoną dziewczynę – relacjonuje moja rozmówczyni. - Brudną i zabiedzoną, gdyż przez kilka dni była bez jedzenia. – Na głowie miała jeden wielki kołtun, a na sobie tylko niezbyt świeży szlafrok. Zamknięta była w pokoju, w którym nie było niczego poza łóżkiem polowym i brudną kołdrą. W tym pomieszczeniu załatwiała swoje potrzeby fizjologiczne. Młoda kobieta okropnie krzyczała. Momentami była bardzo agresywna. Po interwencji dziewczynę odwieziono do szpitala na Srebrzysku, w którym znajdował się również jej ojciec.
Po czasie wyjaśniło się, że starszy pan pojechał do drugiej córki, która jakiś czas temu opuściła rodzinny dom i zamieszkała w Gdańsku. Do celu nie dotarł. Zagubił się w mieście w związku z zanikami pamięci. Straż Miejska zawiozła go do szpitala.
- Jeszcze przed tym zdarzeniem wnieśliśmy sprawę do prokuratury o ubezwłasnowolnienie mężczyzny, który – w jakimś sensie – „terroryzował” swoje dzieci. To pozwoliłoby nam na jakiekolwiek działanie.
Problem rozwiązało samo życie. Po kilku miesiącach od tego wydarzenia mężczyzna zmarł. Siostry wróciły do rodzinnego domu, a niepełnosprawna dziewczyna chętnie korzysta zajęć w dziennym Domu Środowiskowym w Kobysewie. Wyglądem zewnętrznym w niczym nie przypomina tę osobę sprzed kilkudziesięciu miesięcy.
- Domy Środowiskowe, które powstały po 90. roku, diametralnie zmieniły sytuację osób niepełnosprawnych - twierdzi kierownik Elza Mazur – Nowińska. – Pamiętam wcześniejsze czasy, kiedy w Kosowie trafiłam na dziewczynkę ukrywaną przed światem przez rodzinę w piwnicy, zamkniętą w klatce. Kolejny szok przeżyłam podczas wizyty w Wilanowie. Był tam człowiek, którego trzymano w gorszych warunkach niż zwierzę. – Teraz wiele zmieniło się na lepsze – dodaje. – Inne jest podejście do tych ludzi. Zniknął też wszechobecny niegdyś wstyd.
Dom Środowiskowy dla osób niepełnosprawnych działa przy DPS w Kobysewie. Powstał w styczniu 1997 roku. Korzysta z niego 21 podopiecznych w wieku od 20 do prawie 80 lat. To dom dziennego pobytu, w którym przebywają sześć godzin dziennie. Atmosfera jest tam taka, jak w dobrej rodzinie. Podopieczni w ramach terapii zajęciowej wykonują różne prace. Organizowane są też dla nich liczne wycieczki.
Przodkowski GOPS organizuje Powiatowy Dzień Sportu Osób Niepełnosprawnych. W tym roku będzie to już ósma edycja tej imprezy.
- Mamy pod swoją pieczą ponad 300 środowisk, co daje około tysiąca osób, którym pomagamy – dopowiada kierownik Elza Mazur – Nowińska. - Ilość potrzebujących się zmniejsza, co świadczy o dobrej pracy pracownika socjalnego. Wynik jego starań doprowadza do tego, że poszczególne rodziny zaczynają radzić sobie same i to cieszy.
Ludzie są zmotywowani i zmobilizowani do tego, żeby nie wyciągać ręki po pomoc. Są już na tyle zaradni, że znajdują sobie płatne zajęcie. Najbardziej jest to widoczne w okresie letnim, kiedy 90 procent nie korzysta z jednorazowych zasiłków celowych.
Jeszcze jedna rzecz cieszy obie panie. Przodkowska gmina jest ewenementem, ponieważ na pierwsze półrocze tego roku odnotowano zaledwie… czterech bezrobotnych korzystających z zapomogi. Tak się dzieje tylko dlatego, że otrzymują oni z GOPS-u oferty pracy. Kłopot jednak w tym, że wielu z nich nie chce pracować.
- Martwi mnie to, że jest zbyt mała kadra – uważa pani kierownik. - Jeden pracownik powinien być na 2 tys. mieszkańców, a gmina liczy ponad 7 tys. Wynika z tego, że przydałoby się jeszcze dwóch pracowników socjalnych.
Longina Templin
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze