Reklama

O chłopcu, który nie chciał paść byków – wywiad z bohaterami filmu "Naprawdę Daleko"

W sobotę w Kartuskim Centrum Kultury odbyła się projekcja filmu dokumentalnego „Naprawdę daleko”. To poruszająca opowieść o Leolidzie – młodym Malgaszu, który jako trzynastolatek stracił rodzinę i dom, a następnie przeszedł 70 kilometrów w poszukiwaniu pomocy. Jego historia trafiła na ekran dzięki współpracy z Polską Fundacją dla Afryki. Zapytaliśmy Leolida i autora zdjęć, jak powstał film i co kryje się za jego poruszającą historią

Jakie emocje towarzyszą ci teraz, gdy odwiedzasz Polskę?

Leolid: To mój pierwszy raz poza Madagaskarem. Mam w sobie bardzo wiele emocji, ale jestem szczęśliwy. To ogromne przeżycie i cieszę się, że mogę tu być.

Czy pamiętasz moment, w którym po raz pierwszy dotarłeś do polskiej misji? Co najbardziej zapadło ci wtedy w pamięć?

L: Tak, pamiętam ten moment bardzo dobrze. Wspomnienia z tamtego czasu są wciąż żywe. Czułem, że coś w moim życiu się zmienia, ale nie byłem pewien, w którą stronę mam pójść. Moja mama bała się, że biali ludzie mogą mnie skrzywdzić albo uprowadzić, natomiast mój tata zaakceptował moją decyzję i pozwolił mi spróbować. Musiałem wtedy sam podjąć decyzję, jaką drogę wybrać. To było jednocześnie stresujące i niesamowite przeżycie. Kiedy się tam pojawiłem, po raz pierwszy w życiu dostałem własną pościel i miskę. Byłem bardzo szczęśliwy - to było dla mnie coś ogromnego. Poznałem wtedy przyjaciela, z którym dzieliłem pokój w domu dziecka, blisko szkoły, do której mogliśmy chodzić. Tam też spotkałem ojca Darka. Od razu poczułem, że spotkałem przyjaciela. On dał mi drzwi do nowego życia i do nowych możliwości. Miałem wrażenie, że właśnie tu mogę znaleźć to, czego tak długo szukałem.

Reklama

Twoja wędrówka trwała 70 kilometrów. Co dawało Ci siłę i motywację, by iść dalej?

L: W naszym życiu takie wędrówki to codzienność. Jednak to, co dało mi siłę na tę rzeczywiście bardzo długą wędrówkę, która była dalsza niż dotychczas, to chęć zdobywania wiedzy. Chciałem tam pójść, ponieważ w mojej wiosce nie było szkoły. Szkoła spłonęła, więc wiedziałem, że jeśli tam zostanę, nie będę miał żadnych szans na naukę. Motywowała mnie chęć edukacji.

Czy miałeś w swoim życiu moment, kiedy później chciałeś się poddać? Co wtedy podtrzymywało Cię na duchu?

Reklama

L:  Jak mówiłem, nie poddałem się w drodze do Mampikony, bo wiedziałem, że jeśli nie uda mi się pójść dalej do szkoły i kontynuować nauki, to stracę swoją szansę. Zostałbym wtedy na wsi i musiałbym paść byki albo pracować w kopalni. A bardzo nie lubiłem paść byków - to ciężka praca. Nie miałem wtedy nawet butów, więc często raniłem sobie stopy. To było bolesne i męczące, i właśnie dlatego wiedziałem, że muszę się starać, żeby mieć inne życie. To marzenie o lepszej przyszłości podtrzymywało mnie na duchu.

Co, twoim zdaniem, ludzie w Polsce powinni wiedzieć o codziennym życiu na Madagaskarze, zwłaszcza jeśli chodzi o dzieci? Czy są jakieś informacje, które szczególnie warto przekazać Polakom?

Reklama

L: Myślę, że warto poruszyć temat chorób, które są tam powszechne, a o których w Polsce mało się wie. Na przykład mamy tam bilharcjozę - to choroba, którą bardzo łatwo się zarazić. Wystarczy wejść do wody, przejść przez strumień, a pasożyt wnika przez skórę, przedostaje się do krwiobiegu i atakuje organizm. Kiedy jedna z naszych misji lekarskich dotarła do odległych wiosek na Madagaskarze i zaczęła leczyć mieszkańców na bilharcjozę, która objawia się m.in. krwiomoczem, używano zwykłego antybiotyku. To w gruncie rzeczy choroba pasożytnicza, ale jej leczenie jest stosunkowo proste. Pamiętam, że po dwóch tygodniach przyszedł do nas przerażony chłopiec – myślał, że zachorował, bo po raz pierwszy w życiu sikał na żółto. Dla nich czerwony mocz jest normą. Prawie każde dziecko na wsi ma bilharcjozę i sika na czerwono – to powszechne, choć bardzo niepokojące. Ja sama pracuję jako technik laboratoryjny i pod mikroskopem widzę ją bez przerwy. Bilharcjoza jest dosłownie wszędzie.

Co sprawiło, że postanowiliście zrealizować właśnie tę historię? Co najbardziej was w niej poruszyło?

Reklama

Adam L. Nurek (autor zdjęć i montażu filmu): Historia Leolida to tak naprawdę historia tysięcy dzieci na Madagaskarze. On sam zresztą powtarza, że to nie jest film o nim – to opowieść w pigułce o codzienności dzieci na tej wyspie. Nas szczególnie poruszyła jego odwaga. W świecie, w którym młodzi ludzie często nie muszą zmagać się z poważnymi problemami, historia Leolida pokazuje, czym jest prawdziwa walka o życie, edukację i godność. To lekcja nie tylko dla młodzieży, ale i dla dorosłych – o wdzięczności, determinacji i sile charakteru. Gdy poznaje się historię naszego bohatera i w pewien sposób zaprzyjaźnia się z nim na ekranie, można naprawdę poczuć, jak wiele szans otrzymujemy tu, w Polsce, każdego dnia – i jak często z nich nie korzystamy.

Jak wyglądał proces powstawania filmu? Czy były momenty szczególnie trudne lub emocjonujące?

Reklama

A.N: Cały proces trwał prawie pięć lat - tyle czasu nosimy w sobie ten projekt. Niestety, w trakcie pandemii nie udało się polecieć na Madagaskar, ponieważ kraj był całkowicie zamknięty na świat. Dopiero dwa lata temu mogliśmy wyruszyć w podróż. Lecieliśmy na piętnaście dni, świadomi, że już trzeciego dnia znajdziemy się w strefie klimatycznej o bardzo wysokim ryzyku zachorowania na malarię. Byliśmy niemal pewni, że wrócimy z tą chorobą do Polski i trafimy na oddziały zakaźne. Na szczęście, wróciliśmy cali i zdrowi. Jednak kiedy producent filmu przebywał w zeszłym roku na misji w Zambii, wrócił już z malarią mózgową. W styczniu leżał w szpitalu - moja mama jest lekarzem i po obejrzeniu jego wyników powiedziała mi, żebym się z nim żegnała. Dawano mu zaledwie 10% szans na przeżycie. Ale na szczęście wyszedł z tego a to doświadczenie jeszcze go wzmocniło. Myślę, że to doświadczenie dało mu dodatkowe poczucie misji. Uświadomił sobie, że skoro już otarł się o śmierć, to nie ma na co czekać - trzeba ruszyć w Polskę z tym filmem i przekazać tę historię dalej. Sama wyprawa na Madagaskar była też pełna wyzwań, zwłaszcza technicznych. Kręcenie filmu w takich warunkach było bardzo trudne. Bywały dni, kiedy nie mieliśmy dostępu do prądu, a przecież kamera potrzebuje zasilania i przestrzeni dyskowej. Często czekaliśmy na agregat, czasem do wczesnych godzin porannych, aż w końcu pojawił się prąd. Szczególnie w stolicy, gdzie - proszę sobie wyobrazić - w wielomilionowym mieście codziennie punktualnie o 19.00 wyłącza się prąd dla wszystkich.

Czy podczas pracy nad filmem wydarzyło się coś nieoczekiwanego, co zmieniło wasze spojrzenie na tę historię?

Reklama

A.N: Tak. Jednym z wyzwań, przed którym stanęliśmy, było to, jak pokazać w filmie pożar wioski naszego bohatera. Wiadomo, że pożar to coś, czego nie da się zaplanować czy odtworzyć w naturalny sposób. Podczas drogi do misji w Mampikony - to 500 kilometrów i około 16 godzin jazdy ze stolicy, przez bardzo zniszczoną drogę - wydarzyło się coś zupełnie nieoczekiwanego. Gdy jechaliśmy, zobaczyliśmy prawdziwy pożar, i to dosłownie przy samej drodze. Mieliśmy ogromne szczęście - choć może lepiej powiedzieć: traf chciał, że trafiliśmy na sam początek pożaru, nie na jego skutki. Cała wioska właśnie wtedy próbowała ugasić ogień. Leolit od razu wyskoczył z auta i pobiegł pomagać - biegł z mieszkańcami po wodę, walczył razem z nimi. Moim zadaniem było po prostu to udokumentować. I dzięki temu mamy w filmie autentyczne ujęcia prawdziwego pożaru i prawdziwej walki mieszkańców o przetrwanie. Na szczęście udało się go powstrzymać - ogień nie dotarł do domów, nikt nie stracił wszystkiego. Ale to wydarzenie poruszyło nas wszystkich, a Leolit, który sam w młodości stracił dom w pożarze, przeżył to niezwykle mocno. Jego emocje w tej scenie są prawdziwe, bo przypomniał sobie tamten dramat. To doświadczenie zupełnie zmieniło naszą perspektywę. Nagle fikcja i rzeczywistość się spotkały - i to w bardzo poruszający sposób.

Czy ciężko było wam zdobyć zaufanie Leolida i jego otoczenia?

Reklama

A.N: To zaufanie buduje się powoli. Dzieci trafiające na misję Polskiej Fundacji dla Afryki często żyją w ciągłym lęku – ich największym zmartwieniem jest to, czy dziś coś zjedzą. Pamiętam, jak jeszcze przed otwarciem stołówki najmłodsze dzieci tłoczyły się pod drzwiami. Bały się, że nie starczy dla nich jedzenia. Z czasem, gdy widzą, że posiłek na nie czeka, zaczynają się uspokajać. Nabierają pewności, że nie będą głodne, i mogą skupić się na nauce i planowaniu przyszłości. W ten sposób rodzi się zaufanie - także do nas, Polaków, ludzi, którzy wcześniej byli dla nich zupełnie obcy. Ogromną rolę odegrał tu ojciec Darek, który od ponad 20 lat prowadzi misję na Madagaskarze i cieszy się ogromnym autorytetem. Jako fundacja dbamy też o to, by pomagać mądrze - nie poprzez rzeczy, które mogą zaszkodzić lokalnej gospodarce (jak darmowe ubrania czy książki), ale przez działania, które dają ludziom realną samodzielność. Przykładem jest zakład stolarski w Mampikony – młodzież, którą tam przeszkoliliśmy, wykonała całą stolarkę do nowego szpitala. Dzięki temu mają pracę i poczucie sprawczości. I właśnie o to w tej pomocy chodzi - by po jakimś czasie mogli radzić sobie sami.

Jak lokalna społeczność zareagowała na waszą obecność i nagrania? Czy spotkaliście się ze sprzeciwem, czy raczej z życzliwością?

Reklama

A.N: Przede wszystkim byli bardzo zdziwieni, że przyjechali do nich biali ludzie. Były dzieci, które po raz pierwszy w życiu widziały białego człowieka. Na początku dało się wyczuć pewną niepewność - kim jesteśmy, po co tu przyjechaliśmy. Ale wystarczyło się lekko uśmiechnąć, dać sygnał, że jesteśmy przyjaciółmi, że wszystko jest w porządku. I wtedy pojawiały się te niesamowite, szczere uśmiechy, chyba najpiękniejsze, jakie kiedykolwiek widziałem. Ta serdeczność i otwartość bardzo nas podbudowywały. Pamiętam jedną z wiosek, w której wcześniej zbudowaliśmy studnię - gdy mieszkańcy usłyszeli, że znowu przyjeżdżamy, zebrali się całą wioską, żeby nas powitać i… podarowali nam kurę. To był ich sposób wyrażenia wdzięczności - za studnię, za pomoc. Przekazaliśmy tę kurę dalej, bo trudno było ją po prostu zabrać ze sobą, ale dla nas to był bardzo symboliczny gest. I właśnie z takim poczuciem, tej ludzkiej wdzięczności i serdeczności, opuszczaliśmy Madagaskar.

Film pokazuje nie tylko historię jednostki, ale i kontekst społeczno-polityczny Madagaskaru. Jak udało się to wam zrównoważyć?

Reklama

A.N: To rzeczywiście było pewne wyzwanie. Podążaliśmy szlakiem dzieł Polskiej Fundacji dla Afryki. Film w pewien sposób celebruje ponad 100 projektów zrealizowanych tam w niespełna dekadę. Przy studniach, szkołach czy ośrodkach zdrowia spotykaliśmy lokalne społeczności, a równowaga między historią Leolida a szerszym kontekstem pojawiała się naturalnie. Narracja filmu prowadzona jest przez samego Leolida. Świadomie zrezygnowaliśmy z perspektywy białego człowieka opowiadającego o Afryce - ten etap już dawno powinien być za nami. Chcieliśmy, by to bohater mówił własnym głosem o realiach, które zna najlepiej. On też prowadził nas przez ten świat, spotykając się z ludźmi, pokazując miejsca i dzieląc się swoim spojrzeniem. Myślę, że właśnie dzięki temu udało się znaleźć właściwą równowagę.

Jakie reakcje wzbudził film podczas wcześniejszych pokazów i czy były momenty, które szczególnie zapadły wam w pamięci?

Reklama

A.N: Jednym z takich momentów była projekcja w Krakowie, w kinie Kijów, w sali na ponad 800 osób. Podczas sceny w wiosce trędowatych usłyszałem za sobą dziecięcy głos pytający: "A co to jest trąd?" - chwilę później odpowiedź przyszła sama, gdy na ekranie pojawiły się jego realne skutki. To poruszające, bo trąd to choroba, którą można dziś wyleczyć za około 300 zł, ale dla wielu ludzi na Madagaskarze to suma nieosiągalna. W filmie pokazujemy też kobiety, które na wysypisku szukają butelek i różnych rzeczy, by zarobić choćby złotówkę dziennie. W lepsze dni mają może pięć złotych. Tymczasem chudy kurczak, nieporównywalny z naszymi w Europie, kosztuje tam około 30 zł. To oznacza, że muszą długo pracować, by kupić jedno mięso, które i tak nie wystarczy, by nakarmić dzieci. Leolid mówił nam, że mięso je raz do roku - tylko w Wigilię Bożego Narodzenia.

Dlaczego warto wspierać takie projekty? Jak widzi pan rolę kina dokumentalnego w kształtowaniu empatii społecznej?

A.N: Warto wspierać Madagaskar, bo i nam kiedyś pomagano. Jeszcze w XIX wieku w Polsce walczyliśmy z biedą i epidemiami. Dziś wydajemy setki złotych na jeden rodzinny obiad w restauracji, a tam każda złotówka może zdziałać ogromnie dużo. Za 50 groszy można wyleczyć dziecko z silnej biegunki, za 3–4 zł zapewnić mu posiłek z mięsem, czyli coś, co dla wielu tamtejszych dzieci jest dostępne tylko raz w roku. Nasza złotówka ma tam realną siłę. A film dokumentalny może pomóc to zrozumieć - pozwala zobaczyć twarze, usłyszeć głosy, przeżyć historię. Gdy poświęcimy 45 minut, by poznać Leolida i jego świat, lepiej zrozumiemy, jak wygląda codzienność na Madagaskarze. Chcemy dotrzeć z tym filmem do jak największej liczby osób, zwłaszcza do młodzieży. Zapraszamy też szkoły - chętnie przyjedziemy, pokażemy film, opowiemy więcej. To ważne, by tę historię dalej przekazywać., dlatego zapraszamy do kontaktu.

Do jakich szkół najbardziej chcielibyście trafić z filmem?

A.N: Najchętniej do szkół ponadpodstawowych. To moment w życiu młodych ludzi, gdy zaczynają podejmować decyzje wpływające na ich przyszłość. Wchodzą w dorosłość, zaczynają dostrzegać, że rodzice nie będą zawsze obok, uczą się samodzielności i budują poczucie własnej wartości. To szczególnie ważne dziś, gdy wielu młodych ludzi zmaga się z poczuciem braku sensu, samotnością, czy depresją. A ten sens często można odnaleźć, potrzeba tylko właściwej perspektywy. Wierzymy, że historia Leolida może właśnie taką perspektywę dać.

Czy jest jakiś link do zbiórki, gdzie można przesłać pieniądze i w jakiś sposób wam pomóc?

A.N: Tak, zapraszamy na stronę www.pomocafryce.org. Znajdują się tam informacje o wszystkich naszych projektach, działaniach oraz planowanych pokazach filmu. Można też znaleźć dane kontaktowe, by umówić się na pokaz czy zorganizować spotkanie. Najważniejsze - tam również dostępne są numery kont, dzięki którym można wesprzeć nasze działania. Jesteśmy bardzo wdzięczni za każdą formę pomocy.

Czy planują Państwo kolejne filmy opowiadające o losach dzieci czy społeczności z krajów globalnego południa?

A.N: Tak. To była moja pierwsza wizyta w Afryce, ale na pewno nie ostatnia. Tam naprawdę jest co robić. W Polsce często brakuje nam poczucia sensu, bo nawet ogromny wysiłek może wydawać się niezauważalny w skali całego systemu. Na Madagaskarze jest wręcz przeciwnie. Tam każda, nawet najmniejsza pomoc, może realnie zmienić komuś życie. Średnia wieku na Madagaskarze to 23–24 lata, w Polsce ponad 40. Jest w nich ogromny potencjał i energia, ale potrzebują przede wszystkim szansy. Niestety, sytuacja międzynarodowa im to utrudnia, chociażby ostatnio nałożone przez Stany Zjednoczone cła na poziomie 47%, które uniemożliwiają konkurowanie ich produktów na rynku. Ci ludzie nie oczekują niczego za darmo, oni chcą pracować. Wielokrotnie pytali nas, czy mogą nam jakoś pomóc, zarobić uczciwie. Wystarczy nie przeszkadzać im w rozwoju, a oni sami wypracują swoją przyszłość. I właśnie o tym chcielibyśmy opowiadać w kolejnych filmach.

A czy chcielibyście dodać coś od siebie na koniec? Jakiś ważny przekaz?

A.N: Chyba nie. Myślę, że wszystko już wybrzmiało w filmie i w tej historii. Nie chcemy kończyć żadnym wymyślnym cytatem. To, co najważniejsze, zostało powiedziane – prosto, szczerze i prawdziwie.

Czy słyszałeś o tej organizacji? Czy wystarczająco dużo mówi się o pomocy potrzebującym krajom globalnego Połudia?

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 18/05/2025 17:04
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Najnowsze wiadomości