W Ukrainie od dziesięciu dni toczy się wojna. Bombardowane i ostrzeliwane są kolejne miasta. Giną kolejni ludzie - żołnierze i cywile. Dramat naszych wschodnich sąsiadów trwa. Ratując życie swoje i bliskich, wychodzą z domów, najczęściej z jedną torbą, i ruszają na granicę z Polską. Szacuje się, że do naszego kraju dotarło już około 700.000 uchodźców. Część z nich schronienie znalazło w powiecie kartuskim. Czteroosobowa rodzina z Lwowa zamieszkała u Białorusinki, która pięć miesięcy wcześniej uciekła z rodziną przed reżimem Łukaszenki.
Wojna w Ukrainie to też osobiste tragedie milionów ukraińskich rodzin. Codziennie toczą walkę o swoje życie i swoich bliskich. Stają przed trudnym wyborem - ratować siebie czy walczyć za wolność kraju. 24 lutego, nad ranem, obudziło ich wycie syren. Dla wielu odpowiedź na spadające wokół nich bomby, była tylko jedna. Ucieczka. Opuścili swoje domy, które budowali i tworzyli przez wiele lat i ruszyli do granicy z Polską. Najczęściej z jedną reklamówką pod ręką. Musieli pokonać czasami setki kilometrów, koczować w kolejkach, by znaleźć tymczasowy azyl w naszym kraju. Dla nas to niewyobrażalne. Dla nich jedyne rozwiązanie.
Szacuje się, że do naszego kraju dotarło już około 700.000 uchodźców. Część z nich schronienie znalazło w powiecie kartuskim.
Czteroosobowa rodzina z Lwowa znalazła ostoję w Kartuzach u Tatiany - Białorusinki, która wraz z rodziną zmuszona została uciekać ze swojej Ojczyzny przed reżimem Łukaszenki. Do Kartuz przybyła we wrześniu ubiegłego roku. Wcześniej dotarł tu jej mąż i syn. Niedaleko Mińska prowadzili państwowy dom dziecka. Sprzeciwienie się jednak władzy dyktatora skutkowało pozbawieniem pracy i nieuniknionymi represjami. Dlatego jej mąż wraz z synem byli zmuszeni uciekać. Przed rokiem dotarli do Polski.
- Mój mąż był w więzieniu na Białorusi. Kryminalni zadzwonili do nich, żeby przyszli. Wiedzieliśmy, czym się to skończy. Razem z synem kupili bilet na Ukrainę i już nie wrócili na Białoruś. Ze Lwowa kupili bilety do Warszawy - opowiada Tatiana.
Tatiana wraz z drugim synem dotarła do Polski we wrześniu ubiegłego roku. Wspólnie zamieszkali w Kartuzach, gdzie pracują i starają się normalnie żyć. Na Białorusi została ich córka. Chciała dokończyć studia na Akademii Sztuk Pięknych. Pragnie dołączyć do rodziny. Na razie nie może.
Tatiana i jej rodzina rozumieją sytuację Ukraińców. Dlatego ani chwili nie wahali się, by dać schronienie uchodźcom. We wtorek do ich mieszkania dotarła pierwsza czteroosobowa rodzina. Młode małżeństwo Artur i Irina Kruchok z roczną córeczką i mamą Antoniną Boris. Mieszkali we Lwowie. W czwartek obudziło ich wycie syren.
- Mieszkaliśmy we Lwowie. 24 lutego nad ranem usłyszeliśmy syreny. Zostawiliśmy wszystkie rzeczy na Ukrainie. Wzięliśmy co było pod ręką. Z jedną siatką pod ręką wyszliśmy z domu i ruszyliśmy w stronę granicy. Tam spędziliśmy kilkadziesiąt godzin. Dotarliśmy do Warszawy. Spędziliśmy tam jedną noc i kupiliśmy bilet na pociąg do Kartuz. To, co się dzieje w Ukrainie, jest nie do opisania - mówi łamiącym się głosem Antonina.
- Nie mieliśmy wyjścia. Musieliśmy uciekać. Musieliśmy opuścić nasz dom. Nie będziemy mieli już do czego wracać - przyznaje płacząc.
Wśród płynących z jej oczu łez są także i te, które wyrażają wdzięczność - za możliwość schronienia się w Polsce i pomoc, na jaką mogli liczyć dzięki Wam tym, którzy podzieliliście swojej sercem ofiarowując dary do Kluby Wolontariatu "Warto" w Kartuzach. Do rodziny trafiła żywność, ubrania oraz łóżeczko, wanienka dla rocznej Viktoryii, jak również środki czystości.
W ubiegłym tygodniu do Tatiany przybyła kolejna sześcioosobowa rodzina. Codziennie kilkadziesiąt osób przybywa też do naszego regionu i szuka pomocy w Skrzeszewie, gdzie akcję zakwaterowania uchodźców koordynuje Jacek Miąskowski.
- Jest to dla nas wielkie przeżycie. Ludzie, którzy tu przyjeżdżają opowiadają o trudnym dla nich czasie, o tym, co doświadczyli od momentu wyjścia z domu poprzez problemy na granicy, po dotarcie do nas. W środę przyjechała do nas kobieta z siedmiorgiem dzieci. Wszystkie były w podobnym wieku. Pani powiedziała, że przyjechała z czwórką swoich dzieci i trójką dzieci sąsiada. Sąsiad przyjechał z nią do granicy, ale nie został przepuszczony, a jego żona zginęła dwa dni wcześniej - opowiada Jacek Miąskowski.
- Przyjeżdżają do nas ludzie z jedną reklamówką, z rozładowanym telefonem. Mieliśmy taką sytuację, że jechali do nas ludzie samochodem, ale przed granicą skończyło się im paliwo. Musieli zostawić samochód i potem szli 30 km na piechotę na granicę, skąd ich odebraliśmy. Nie mają nic. Totalnie nic. Oni bardzo chcą wrócić do domu. Żyją myślą, że wygrają tę wojnę, czego im życzymy, i za dzień, dwa, wsiądą do pociągu i wrócą na Ukrainę. Jest też wielu takich, którzy chcą od razu podjąć pracę. Pomagamy im w nawiązaniu kontaktu z przedsiębiorcami. To jest mnóstwo tragedii życiowych. Cieszę się, że mam mnóstwo wspaniałych przyjaciół wokół siebie, którzy cały czas mi pomagają - dodaje.
Czas, w którym przyszło nam żyć, jest bez wątpienia trudny dla wszystkich. Słuchając kolejnych przekazów z konfliktu zbrojnego w Ukrainie i opowieści uchodźców łzy same cisną się do oczu, oddech wstrzymuje, a serce się kraje. Do naszego kraju, jak i powiatu przybywają kolejni uchodźcy. I musimy pamiętać, że mamy do zdania ważny egzamin z empatii, życzliwości i dobroci.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Co tam dzieje się naprawdę, to nie wiemy, bo jesteśmy skazani na jeden tylko propagandowy przekaz, wtłaczany nam przez kraje Europy Zachodniej, w tym Polskę. Nie mamy dostępu do programów rosyjskich czy białoruskich, bo Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji nakazała wszystkim krajowym operatorom (w tym Canal+ i Cyfrowy Polsat) wyłączenie programów rosyjskich, nawet tych rozrywkowych i religijnych. A mając w pamięci obrzydliwą, kłamliwą propagandę tych wszystkich mediów, w sprawie Covida, "strasznego" zagrożenia wirusem, "dobrodziejstwa" szczepień, fałszywych, kłamliwych "ekspertów" i tych tysięcy trupów zwożonych na stadiony i do kostnic, nie mam za grosz zaufania do tych gadzinówek, typu TVP, TVN, Polsat, Republika, CNN, CNBC, Euronews czy BBC. Być może jest dużo prawdy w tych przekazach, ale chciałbym poznać relację drugiej strony. Ale nie mogę poznać, bo powróciła bolszewicka cenzura.
Czy jest tam tak, jak na tym filmie, obnażającym tę ohydną propagandę? https://gloria.tv/post/j9Zg8M1VX2e932WwuGR8ruPv2
Co tam dzieje się naprawdę, to nie wiemy, bo jesteśmy skazani na jeden tylko propagandowy przekaz, wtłaczany nam przez kraje Europy Zachodniej, w tym Polskę. Nie mamy dostępu do programów rosyjskich czy białoruskich, bo Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji nakazała wszystkim krajowym operatorom (w tym Canal+ i Cyfrowy Polsat) wyłączenie programów rosyjskich, nawet tych rozrywkowych i religijnych. A mając w pamięci obrzydliwą, kłamliwą propagandę tych wszystkich mediów, w sprawie Covida, "strasznego" zagrożenia wirusem, "dobrodziejstwa" szczepień, fałszywych, kłamliwych "ekspertów" i tych tysięcy trupów zwożonych na stadiony i do kostnic, nie mam za grosz zaufania do tych gadzinówek, typu TVP, TVN, Polsat, Republika, CNN, CNBC, Euronews czy BBC. Być może jest dużo prawdy w tych przekazach, ale chciałbym poznać relację drugiej strony. Ale nie mogę poznać, bo powróciła bolszewicka cenzura.
Czy jest tam tak, jak na tym filmie, obnażającym tę ohydną propagandę? https://gloria.tv/post/j9Zg8M1VX2e932WwuGR8ruPv2