W drugi dzień Świąt Wielkanocnych skoro świt zaopatrzeni w jałowiec lub w gałązki brzeziny ruszają "do boju" głównie dzieci i młodzieńcy, aby dëgòwaniu stało się zadość. To bardzo stara tradycja. Z biegiem lat na Kaszubach pojawił nowy rytuał - polewanie się wodą. Dzisiaj śmigus - dyngus składa się najczęściej z obydwu zwyczajów. Każdy wybiera to, co uznaje za stosowne, byleby zabawa była przednia.
O tym jak jest dzisiaj, a jak to z lanym poniedziałkiem drzewiej bywało opowiadają czytelniczki Biblioteki Publicznej w Przodkowie. Przy stole zasiadły przedstawicieli trzech pokoleń. Wspomnienia pozwoliły im nie tylko wrócić do czasów dzieciństwa i młodości, ale uzmysłowić też co w tradycji zostaje niezmienne.
Najmłodszymi wśród uczestniczek spotkania są dwie panie - Maria Toporek i Hanna Stencel. Pierwsza z nich nie lubi zwyczaju chłostania jałowcem, bo to prostu boli. Na szczęście w jej domu rodzinnym tego się nie robiło. Teraz, gdy jest dorosła, nie przeszkadzają jej wizyty dyngujacych dzieci z sąsiedztwa. Innym zwyczajem, o którym słyszała w dzieciństwie, było mycie się o poranku w świąteczny poniedziałek w rzece lub strumyku. Gwarantowało to piękną cerę. Nie pamięta jednak, czy kiedykolwiek skorzystała z takiego gabinetu kosmetycznego pod chmurką.
Za to świetnie pamięta taką Wielkanoc, gdy jej bracia zajmowali się laniem wody. Zaczęło się niewinnie, od symbolicznej szklanki, a potem w ruch poszły garnki i wszystko co pod ręką. Nawet błagania mamy nie odniosły skutku. Wie też co ją czeka w tym roku. - Zjedzie się rodzina, więc będzie mokro - przewiduje. - Moja szwagierka takiej okazji na pewno nie przepuści.
Hanna Stencel zgadza się z twierdzeniem, że chłostanie jałowcem to żadna przyjemność. Ale świadomość, że dzięki temu ma się być zdrowym, a pannom zapewni powodzenie, to warto się poświęcić. Natomiast lanie wody w jej domu rodzinnym było delikatne i symboliczne.
Mariola Stasik dzieciństwo spędziła w Gdyni. Zaliczyła sporo "mokrych" wielkanocnych epizodów. Mieszkała w bloku, więc zabawy łącznie ze śmigusem - dyngusem odbywały się na podwórku. Woda lała się wiadrami. Ojciec zaś lubił rodzinę popsikać perfumami i wydyngować jałowcem.
- Jako 18-latka spędzałam święta u babci na Obłużu - wspomina. - Mój przyszły mąż zadał sobie tyle trudu, by przyjechać o 6 rano z Chyloni. W zmowie z moim kuzynem wyciągnęli mnie z łóżka i wylądowałam… pod ręczną pompą. Suchej nitki na mnie nie było. Odkąd zamieszkałam na Kaszubach, zdarzają się w naszym domu wizyty dyngujacych jałowcem dzieci. Dla nich zawsze mam na podorędziu słodycze.
Jadwiga Hewelt całe życie spędziła na Kaszubach. Jako dziecko wraz z siostrami chodziła wczesnym rankiem dyngować do sąsiadów. Wracały obdarowane koszykiem pełnym jajek i słodyczy. A w domu role się odwróciły. To one otrzymywały jałowcową porcję dyngusa.
Podobnie jak Mariola Stasik nie miała szczęścia do suchej świątecznej Gdyni. Będąc w gościnie u siostry, wybrała się do kościoła. - Nie doszliśmy do celu, bo z 10-piętrowego wieżowca lunęła na nas kaskada wody - przypomina pani Jadwiga. - Byłam zaskoczona, zszokowana i oburzona.
- U nas lanie wodą pojawiło się gdzieś w latach 70. - próbuje określić czas nowej tradycji na Kaszubach Danuta Rzepka, szefowa przodkowskiej biblioteki i gospodyni spotkania. - Pierwsza "wodna" sytuacja to wizyta u teściów. Już od progu porcją wody przywitał nas szwagier. Mąż nie został mu dłużny i zrewanżował się wiadrem wody. Wymiana "ciosów" skończyła się zalaną kuchnią i godzinnym sprzątaniem. Drugi epizod odbywał się u nas w domu. Kończyło się pierwsze święto i po północy ktoś z gości przypomniał sobie, że to już poniedziałek. I tak zaczęło się polewanie przy świątecznym stole. Czym to się skończyło, nietrudno dociec.
Nawet pobyt w kościele nie uszedł Danucie Rzepce na sucho. Podczas poniedziałkowej świątecznej mszy św. ks. Andrzej podczas kolekty znienacka… psiknął ją wodą ze sprytnie ukrytego "pistoletu". To była stuprocentowa niespodzianka.
- Lany poniedziałek był u nas od zawsze - mówi Eliana Oczk. - Ale jeden pod tym względem był szczególny. Wiadra wody wylewane… z wieży kościelnej po mszy św. w kościele pw. św. Kazimierza w Kartuzach. To był niezły prysznic. Najpierw szok, a później śmiech nas ogarnął.
- O laniu wody w czasach mojej młodości nie było mowy - stwierdza kategorycznie 85-letnia Gertruda Cirocka. - Były tylko jałowcowe chłosty.
W lany poniedziałek mama pani Gertrudy w trosce o córki zamykała drzwi, a podwórza pilnowały dwa psy. Zabiegi zdały się na nic, gdyż brat wpuszczał przez okno kuzynów "żądnych krwi’.
- Nogi były czerwone, szczypały i bolały - pamiętam to do dzisiaj. - A warto jeszcze wiedzieć, że w tamtych czasach nie nosiło się piżam tylko nocne koszule, więc nóg nic nie osłaniało.
Podobnie jałowcowe lanie odbiera Kazimiera Toporek, rodowita przodkowianka, która ma czterech braci, więc miała czego się bać.
- Któreś Wielkanocy zamknęłyśmy się z bratową na klucz - przypomina sobie pani Kazimiera. - I co z tego, skoro bracia… wyłamali drzwi. Mama w szoku, a my z bratową obrywałyśmy jałowcem co niemiara.
W tegoroczne poniedziałkowe święto wszystkie panie będą zapewne bogatsze o kolejne doświadczenie. Czy więcej będzie smagania jałowcem, czy lania wodą, to się dopiero okaże.
Longina Templin
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze