Reklama

Relacja z dwudziestoczterogodzinnego biegu

31/08/2009 15:07
W ostatni weekend czerwca odbył się XI Międzynarodowy Rudzki Ultramaraton. W tym roku w Rudzie Śląskiej został zorganizowany bieg 24-godzinny (rok temu był on o połowę krótszy). Jedną z kategorii tego biegu były II Mistrzostwa Polski w Biegu 24-godzinnym. Swoje przeżycia z tej niezwykłej sportowej imprezy relacjonuje Łukasz Jabłoński, jeden z uczestników maratonu.

Pierwsze chwile po przyjeździe

W piątek wieczorem zameldowaliśmy się, ja - Łukasz Jabłoński oraz mój brat Paweł, w jednym z rudzkich pensjonatów, w którym nocowało łącznie kilkunastu biegaczy. Tego dnia chcieliśmy jeszcze zorientować się, którędy będzie przebiegała trasa biegu. Planowaliśmy też zawczasu znaleźć jakieś odpowiednie miejsce w pobliżu punktów odżywiania i odświeżania, w którym można by było zaparkować samochód. Miało być ono na tyle blisko, aby w trakcie imprezy Paweł, będący moją obsługą techniczną, zanadto się nie nabiegał, gdy będzie coś musiał donieść na trasę z dość obszernego mojego bagażu.

Na rekonesans wybrał się z nami inny zawodnik. Dopiero następnego dnia okazało się, że był to ubiegłoroczny Mistrz Polski w Biegu 24-godzinnym, a zarazem Rekordzista Polski w Biegu 24-godzinnym, Waldemar Pędzich. Sami nie skojarzyliśmy go z zeszłorocznego biegu w Krakowie (I Mistrzostw Polski, na których także byliśmy razem z Pawłem), gdyż nie dotrwaliśmy wtedy do końca zawodów i dekoracji zwycięzców. Natomiast sam Mistrz jakoś jasno nie wspomniał nam o tym, kim jest. Z jednej strony wynikać to mogło z jego skromności, a z drugiej strony z niepewności jutra, czy też pojutrza, kiedy zawody miały się skończyć.

Przed startem wynik tak skomplikowanych zawodów jest wielką zagadką, a bieg sprzed roku staje się tylko historią. W przypadku biegów krótszych są duże szanse na wytypowanie zwycięzcy, w przypadku biegów ultra (wszystko powyżej biegu maratońskiego) ilość możliwych scenariuszy jest nieograniczona.

Zbliża się godzina „0”

Sobotni poranek zaczął się dla nas, kartuskiej ekipy, dość niemrawo. Mówiąc kolokwialnie: zwała na maksa, nie chce nam się nic, nawet leżeć w łóżkach. Po prostu ja miałem za sobą cztery intensywne dni w pracy, pół nocy pakowania się, a potem 13 godzin w samochodzie. Natomiast Paweł niemal pół doby poprzedniego dnia robił za kierowcę. W tej sytuacji tylko konsekwencja w działaniu pchała nas na start. Notabene, spałem z nogami wyżej głowy, gdyż nie przewidziałem, że na Śląsku podłoga w domach może być "stroma"...

Na miejsce rozgrywania imprezy wyjechaliśmy z pensjonatu chyba jako ostatni z biegaczy, mimo że do startu były jeszcze ponad dwie godziny. Godzina „0” się zbliżała, więc niektórych od wczesnego rana roznosiła energia. Mimo pośpiechu innych, udało nam się zaparkować na miejscu, które upatrzyliśmy sobie poprzedniego dnia. Formalności załatwiliśmy w okolicznej hali.

W tym czasie na miejscu startu trwały intensywne przygotowania: ustawiono dla każdego zawodnika po jednym krześle, oznaczonym jego numerem startowym, rozstawiono punkt odżywiania (z piciem i jedzeniem) oraz punkt odświeżania (z miskami z wodą i gąbkami), a także przygotowano urządzenia do pomiaru czasu za pomocą chipów. Na godzinę przed rozpoczęciem biegu zmieniła się pogoda – z gęstych jasnych chmur zaczęło delikatnie kropić.

Rozpoczął się bieg

Po części oficjalnej, w samo południe, bieg wystartował. Wszystko rozegrało się na pętli o długości 1375 metrów, którą każdy zawodnik pokonywał wielokrotnie. Na pierwszych okrążeniach stawka powoli się rozciągała. Energia każdego rozpierała. Jednak bieg się dopiero rozpoczynał, dlatego trzeba było się powstrzymywać przed nadaniem dużego tempa. Początkowo wychodziło mi po trochę ponad 7 minut na okrążenie, to jest około 11 km na godzinę.

Dopiero na tydzień przed zawodami ustawiałem prędkość na treningu pod kątem pulsu, to znaczy założyłem sobie pasek od pulsometru (dla laików: taki czarny pasek na klatce piersiowej to właśnie to) i starałem się biec w zakresie 145-155 uderzeń serca na minutę, niezależnie od przekroju trasy i innych warunków.

W ten sam sposób rozpocząłem bieg w Rudzie, tyle że już bez urządzeń wspomagających, a jedynie za pomocą własnego czucia organizmu. Takie tempo dawało mi 7-8 miejsce w klasyfikacji generalnej, co de facto w tej fazie rywalizacji nie miało żadnego znaczenia. Na przedzie w tym czasie znajdował się zawodnik z Czech, Igor Heles. W najlepszym dla siebie momencie miał on nawet około dwa kółka przewagi nad następnym biegaczem. Mimo tego w piątej godzinie rywalizacji wycofał się z walki...

Zmiana taktyki

Już w trzeciej godzinie wcale nie musiałem się powstrzymywać przed szybszym bieganiem – „para” sama ze mnie schodziła. W ciągu pierwszych czterech godzin rozgrywania zawodów zrobiłem 44 km, co oznaczało, że tempo miałem minimalnie lepsze od tego, jakie mi wyszło trzy tygodnie wcześniej podczas Nocnego Maratonu Świętojańskiego w Gdyni. Na maratonie po niecałych czterech godzinach wszystko się kończyło, tutaj się dopiero rozpoczynało.

Zdając sobie z tego sprawę, zmieniłem taktykę. Wprowadziłem 2-3 minutowy marsz na każdej pętli, co dawało pokonywanie każdego kółka w czasie 9-10 minut. Moje chodzenie podporządkowałem przekrojowi trasy – szedłem na podbiegu, aby na tym odcinku tętno mi się nie podnosiło, dzięki czemu oszczędzałem mięsień sercowy. Kilkadziesiąt metrów za podbiegiem znajdowały się punkty odżywiania i odświeżania, oraz stanowiska ze sprzętem zawodników, a także obsługa techniczna i masażyści, dlatego na tym odcinku nie opłacało się wznawiać biegu.

Biegi ultra charakteryzują się tym, że zawodnicy starają się oszczędzać energię i zużycie organizmu tak, jak to tylko możliwe. Każde wznowienie biegu to spory wydatek energii. Poza tym patrząc dwuwymiarowo na osobę biegnącą, pomijając przemieszczanie się, widzimy skakanie, a podczas skakania nogi muszą przenieść nawet trzy razy większą masę niż wtedy, gdy się stoi (dochodzi energia kinetyczna). Właśnie dlatego czasem warto chodzić, bo to „oszczędza nogi”.

80 kilometrów w osiem godzin

Po zmianie taktyki spadłem w okolice 15. miejsca, co wynikało z nadal panujących małych różnic między zawodnikami. Czołówka się tasowała. Po ośmiu godzinach miałem około 80 km. W tamtym momencie prowadził Paweł Kuryło z blisko 87 km. Przez kolejne dwie godziny „dokręcił” on tylko 13 km, robiąc tym samym minimum – zawodnicy, którzy w trakcie zawodów zaliczyli mniej niż 100 km teoretycznie nie mieli zostać sklasyfikowani, to znaczy mieli być traktowani tak, jakby wycofali się przed zakończeniem biegu. Po setce Paweł Kuryło zszedł z trasy…

Trudno przeliczać kilometry

Od samego początku nie interesowałem się zajmowanym miejscem oraz przebytym dystansem. Przy takich zawodach ciężko by było, chociażby pod kątem matematyki, na bieżąco przeliczać kilometry, planować szczegółowo strategię do końca biegu. Poza tym psychika raczej nie zniosłaby myśli o tym, co będzie musiało jeszcze znieść ciało. Łatwiej było po prostu kontrolować czas pojedynczego kółka, wychodząc jednocześnie z założenia, że na takim okrążeniu nie ma się wydarzyć nic, co by mogło w jakikolwiek sposób wpłynąć na kolejne godziny biegania. Chodzi oczywiście o zmęczenie, kontuzje i wszelkiego rodzaju niedogodności, które mogłyby z czasem narastać. Organizatorzy zadbali o to, aby zawodnicy mieli pełny przegląd sytuacji – w pobliżu linii startu znajdowała się lista z wynikami, aktualizowana po każdej godzinie. Ta lista trafiała również do Internetu – na forum portalu biegajznami.pl.

Kłopoty z butami

Nie zapadł jeszcze zmrok, gdy postanowiłem zmienić obuwie. Do tego czasu miałem te same buty New Balance, w których zrobiłem 116 km na „dobówce” w Krakowie. Kilka tygodni przed startem w Rudzie zacząłem się obawiać, że te buty nie dotrwają nawet do tych zawodów, gdyż pewnego dnia wróciłem z treningu z rozwaloną skórą na pięcie. Okazało się, że wyściełanie w jednym miejscu się przetarło, ale to kawałek nitki rozharatał Achillesa, nie zaś samo tarcie piętą o plastik. Po usunięciu tej nitki buty nadal nadawały się do użytku.

Jeśli chodzi o tegoroczne przygotowanie sprzętowe, to „dałem ciała na całej linii”. Najpóźniej w kwietniu powinienem wziąć ze trzy tysiączki i pojechać do Trójmiasta po kilka par butów, komplet lub dwa składający się ze spodenek i koszulki, oraz jakiś dres. Nie chciało mi się jednak tego zrobić. Może częściowo przez to, że w Polsce rynek sprzętu sportowego jest na tyle mały, że ciężko jest znaleźć coś dobrego wśród tych końcówek serii, które do nas trafiają.

Najlepiej w sumie by było pojechać na zakupy do Berlina. Poza tym nie przepadam za chodzeniem po sklepach. Skończyło się na tym, że dwa tygodnie przed rudzką dobówką pojechałem do Gdańska z nastawieniem na to, że kupię dwie pary butów. Znalazłem tylko jedną parę, którą kupiłem raczej na zasadzie eliminacji innych modeli, a nie z powodu tego, że bardzo ona mi przypadła do gustu. Nowe buty mają przez kilkaset kilometrów dobrą amortyzację, ale te konkretne nowo zakupione Asics-y były na tyle świeże, że nawet nie powinienem ich brać do Rudy, ponieważ nie zdążyłem ich rozbiegać. Przez zawodami założyłem je jedynie na jeden dwudziestokilometrowy trening, czego efektem były pęcherze na małych palcach obu stóp. Te pęcherze pozrywałem w dniu, w którym powstały, gdyż nie chciałem, aby mi się one babrały do samych zawodów…

Wracając do tematu zawodów: po około 9 godzinach zmieniłem New Balance na stare Adidasy, które już w sumie przypominały raczej tenisówki niż adidasy. Miałem jeszcze do wyboru lekkie startówki firmy Adidas, ale te mogły się okazać za bardzo „dopasowane”. Stopy spuchnięte po kilku godzinach biegu, po wciśnięciu w wąskie startówki, mogłyby w krótkim czasie zostać zmasakrowane.

Poprosiłem Pawła, który do tej pory niemal nonstop wokół mnie latał, proponując magnez, batony, itp., o przygotowanie wiadra z wodą i ręcznika. Okazało się, że trafiłem świetnie z tą decyzją o wymianie obuwia oraz z prośbą o wodę do umycia nóg. Od samego rozpoczęcia biegu niemal bez przerwy padał lekki deszczyk, który spowodował, że sporo piasku przyklejało mi się do nóg, ale także sporo wylądowało w butach. Jeszcze kilka godzin w takich warunkach i straciłbym skórę na stopach przez szorujący w skarpetkach piasek. Poza tym sama wymiana butów miała wymusić inny sposób stawiania kroków, inne przenoszenie obciążeń.

Finał w Krakowie

W Krakowie zakończyłem zawody, gdyż miałem za bardzo obitą w jednym miejscu prawą stopę. Wtedy na moim przedostatnim kółku, które zaliczyłem, wydawało mi się, że wszystko było w jak najlepszym porządku. Informacja o niedogodności, czy też kontuzji, była na tyle gwałtowna i dobitna, że pół godziny później (po w sumie 13 godzinach biegu) musiałem wycofać się z zawodów. Zdołałem jedynie dokończyć jedno kółko, na którym stwierdziłem, że nie tylko nie uda mi się kontynuować marszobiegu, ale nawet marsz nie ma sensu, gdyż mógłby spowodować trwałą kontuzję. W Rudzie chciałem uprzedzić tego typu fakty.

Wspomnienia z gdyńskiego maratonu

Trzy tygodnie przed rudzką dobówką zrobiłem przetarcie w Gdyni – chciałem zaliczyć treningowo, z lekka hardcorowo, maraton, aby na nim poznać moje „elementy zniszczenia”, na które należałoby uważać na zawodach docelowych. Podczas zaliczania dystansu maratońskiego, pokonywanego w bardzo rwanym tempie, w okolicach 30. kilometra poczułem ból w górnej części prawego płuca, a następnie w górnej części płuca lewego. Po jakimś czasie poważniejszym problemem stał się nacisk płuc na przeponę. W przypadku tych pierwszych objawów brałem pod uwagę nawet zatory w naczyniach wieńcowych, ale tą hipotezę wykluczył fakt taki, że najpierw wyraźnie zaszwankowało płuco prawe. Pozostało inne domniemanie: zmienne warunki wietrzno-temperaturowe na gdyńskich 4-kilometrowych pętlach, sprawiły, że odezwała się moja astma. W przypadku końcowego objawu z przeponą doszedłem do wniosku, że był on efektem tego, że otrzewna z opłucną rywalizowały o przestrzeń w klatce otoczonej żebrami i mięśniami. Tutaj, w przeciwieństwie do objawów astmy, istniało rozwiązanie na przyszłość: unikać bardzo głębokiego łapania powietrza oraz opróżnić otrzewną na tyle, na ile jest to możliwe. Właśnie z tego powodu podczas dobówki bardzo często zaglądałem do Toi-toi-a. Jednak, jak to ujął Paweł, „nie wyszło szydło z worka”, co cały czas budziło mój niepokój.

Ostatni etap

Około północy rozpoczął się dla mnie ostatni etap zawodów. Już chwilę wcześniej stwierdziłem, że jestem w stanie zrobić kółko w 9-10 minut stosując marszobieg, natomiast w przypadku samego marszu wychodziło mi w najlepszym wypadku tylko 12 minut. Na półmetku zawodów można było już zaobserwować to, że częściej zawodnikom wydaje się, że biegną, niż w rzeczywistości biegali. W moim przypadku przy tak małej oszczędności czasu w przypadku stosowania odcinków z „człapaniem”, nie miałem motywacji, aby w ogóle przechodzić z marszu do biegu. Szczególnie że osoby, które raczej podskakiwały niż biegły, nie dużo uciekały mi na trasie, a te kilkadziesiąt metrów przewagi wyrobionej nade mną na okrążeniu najczęściej traciły w okolicach punktu odżywania, gdzie m.in. sprawdzały listę startową. Ponadto zdawałem sobie sprawę, że każdy zryw będzie skracał czas, w którym będę w stanie rywalizować z innymi. Po prostu zrobienie teraz dodatkowego kilometra w ciągu godziny może spowodować to, że odpadnę z zawodów godzinę wcześniej i na etapie końcowym stracę kilka potencjalnych kilometrów.

Pod opieką Pawła

Również Paweł odczuwał zmęczenie po wielu godzinach zmagań. Starałem się go nie obciążać zanadto, dlatego w miarę możliwości korzystałem z tego, co zapewniali organizatorzy. Oczywiście nie załapywałem się na ciepłe posiłki, gdyż jestem uczulony na gluten i niewskazane byłoby, gdybym w takich warunkach i przy takim zmęczeniu zaczął eksperymentować z jedzeniem. Dzięki obsłudze brata miałem dostarczone na trasę swoje kanapki, batony, magnez. Potrzebowałem także plastrów, aby zakleić sobie sutki. Po kilku godzinach biegania zaczęły się one ścierać przez tarcie mokrej koszulki, a ja obawiałem się, że będzie mi to przeszkadzać jeszcze przez wiele godzin.

Paweł zdawał sobie sprawę z tego, że po zawodach będzie jeszcze musiał moje „zwłoki” odwieźć do Kartuz, gdyż ja się nie będę nadawał do prowadzenia samochodu. Obawiałem się jednak tego, że po północy powtórzy się schemat z Krakowa. Wtedy Paweł poszedł na chwilę się przespać do samochodu, a gdy wrócił pół godziny później, dla mnie było już po zawodach. Z tego powodu chwilowy brak wsparcia fizycznego w postaci obsługi organizowanej przez brata był dla mnie w dużej mierze wyzwaniem psychologicznym, którego jednak nie mogłem uniknąć.

Zdaje się, że podczas pierwszej dłuższej nieobecności Pawła zszedłem z trasy. Tyle że na razie tylko na masaż. Ogólnie mój poziom percepcji po przeszło 100 km w nogach zaczął sięgać dna. Przypominam sobie np. jeden ze skomplikowanych procesów myślowych, którego doświadczyłem. Paweł spytał mnie, czego potrzebuję, a ja po dłuższej chwili „przetwarzania danych” stwierdziłem, że … nie wiem... Oczywiście wiedziałem, że lepiej raczej ze mną już nie będzie, dlatego w okolicach godziny drugiej w nocy postanowiłem zmienić buty na te nowe Asics-y, mimo tego że stopy mogły zostać szybko przez nie zniszczone. Po prostu po pewnym czasie zacząłem odnosić wrażenie, że chodzę na boso, tak bardzo te stare Adidasy były wyrobione. Stare Adidasy założyłem, bo potrzebowałem lekkości. Teraz potrzebowałem amortyzacji, którą mogły mi zapewnić tylko nowe buty. Każde buty są inne, dlatego każde staram się używać do totalnego zużycia. W sumie w tym czasie przewidywałem, że po około dwóch godzinach zejdę z trasy. Z wykonanym planem minimum, czyli nowym rekordem życiowym. Przy zmianie butów kolejny raz byłem na masażu.

Do końca zawodów pozostało 9 godzin

Minęła godzina trzecia w nocy. Paweł mnie poinformował, że jestem na trzecim miejscu w kategorii wiekowej M-30 (mężczyźni z roczników 1970-1979). Miałem na koncie 90 kółek, gdy mój najbliższy rywal, Michał Remberk, miał dopiero ich 80. Zważywszy na to, że robiliśmy tylko około 4 kółek na godzinę na tym etapie rywalizacji, przewagę miałem kolosalną. Patrząc jednak na to, że do końca zawodów pozostało 9 godzin, ta przewaga nic nie znaczyła. Ważne było to, jak długo wytrzymam na trasie, dlatego postanowiłem jeszcze jakiś czas się nie poddawać. Dwie godziny później moja przewaga wynosiła już 14 kółek. Mogę teraz odczytać z wyników, że w okolicach godziny siódmej zszedłem po raz trzeci na masaż. Tym razem został on wykonany profesjonalnie przez kobietę, gdy poprzednie dwa wykonywał mężczyzna. Muszę przyznać, że mężczyźni lepiej wykonują masaż sportowy, ale tym razem zostałem mile zaskoczony. Ech, mógłbym już stamtąd nie wychodzić. Byłem „dętka”. Nawet zapomniało mi się, że muszę zgłosić sędziemu fakt powrotu po masażu na trasę, przez co mogłem mieć problemy. Na szczęście sędzia sam mnie wyciągnął na chwilę z marazmu, abym mu potwierdził chęć kontynuacji biegu.

Moja przewaga wahała się nadal w granicach 15-16 kółek, a ja po prostu nie wyobrażam sobie, że mogę dotrwać do końca zawodów. Z tego powodu przygotowałem strategię na resztę czasu. Ponadto np. w pewnym momencie celowo zakończyłem okrążenie po upływie pełnej godziny, aby rywal miał wrażenie, że coś nadrabia. Po kolejnej godzinie wyszło na jaw, że to wrażenie było złudne. Liczyłem, że taka huśtawka nastrojów wpłynie na psychikę mojego rywala. Oczywiście takie coś miało znaczenie tylko pod warunkiem, że Michał kontrolował na bieżąco listę startową i nastawiał się na gonienie mnie. Jeśli jednak nastawiał się wyłącznie na zrobienie wyniku, niezależnie od innych czynników, walczyłem z wiatrakami.

Strategia podczas biegu

Plan strategiczny, który pozwoliłby mi utrzymać lokatę, był następujący: przez ostatnie cztery godziny Michał był w stanie zrobić po 4 kółka na godzinę. Ponadto mógł wcisnąć jeszcze jedno kółko dodatkowe na każde dwie godziny, gdyby zwietrzył, że ja już się wycofałem, lub po prostu w ramach ostatniego przed zakończeniem zawodów zrywu. Szesnaście plus 2 razy jedno plus jedno rezerwowe kółko do zachowania przewagi daje w sumie 19 kółek. O tyle kółek więcej musiałem mieć zrobione od tego, ile mój rywal miał na cztery godziny przed końcem zawodów.

O godzinie ósmej ja miałem 110 kółek, a Michał 94, dlatego musiałem jeszcze dorobić 3 kółka. Te trzy dorobione kółka miały ogromne znaczenie także z tego względu, że po godzinie 9. mój wynik na liście uległ zmianie, przez co dopiero przy następnym podliczeniu - godzinę później, czyli na dwie godziny przed końcem - mój rywal przekonał się, że nie ma mnie już na trasie. To dawało mu małe pole manewru. Po prostu było już za późno na radykalne i gwałtowne działania.

Mimo tego do samego końca z niepokojem oczekiwałem wieści przynoszonych z trasy przez Pawła, gdyż nie byłem pewny poprawności swoich obliczeń. W czasie biegu tylko jeden raz chciałem sprawdzić listę startową, ale okazało się, że jest to dla mnie zbyt duże wyzwanie intelektualne… Miałem problem, aby znaleźć swoje nazwisko w dość przejrzystej tabelce. Po zejściu z trasy sporo czasu zajęło mi sprawdzenie wyników, ale nic już mnie nie goniło, dlatego udało mi się rozszyfrować te hieroglify… Później „mój człowiek” poinformował mnie, że wcale nie walczyłem z wiatrakami – Michał sprawdzał listę z wynikami. Miejsce jednak utrzymałem.

Koniec rywalizacji

Dopiero pół godziny przed południem oddałem sędziemu chip i poinformowałem, że zakończyłem rywalizację. Przez ponad dwie godziny byłem zadekowany na wszelki wypadek w namiocie masażystów. W sumie nie wiem, po co. Paweł chyba by mnie musiał prądem potraktować, gdybym miał jeszcze dorobić jakieś kółko. Po prostu nie wyobrażam sobie, aby tego dnia jakiekolwiek bodźce były w stanie mnie zmobilizować do dalszej rywalizacji.

Po wszystkim okazało się, że jednego Słowaka, który miał lepszy wynik ode mnie, błędnie zakwalifikowano do mojej kategorii wiekowej. Ostatecznie pomyłkę skorygowano, przez co zająłem drugie miejsce w tej kategorii.

Zwycięzcy

Mistrzem Polski po raz drugi został Waldemar Pędzich, rocznik 1961, reprezentant klubu ALKS Kurp Ostrołęka. Tym razem pokonał dystans 230,420 km. Wśród kobiet wygrała Alicja Banasiak, rocznik 1952, z TKKF „Beskidek” Bielsko-Biała (193,558 km), zajmując w klasyfikacji generalnej 10. miejsce. Nie została ona jednak Mistrzynią Polski, gdyż nie spełniała wymagań Polskiego Związku Lekkiej Atletyki. Mistrzynią Polski została reprezentantka WKB „Meta” Lubliniec. Jej klub wystawił trzy zawodniczki do Mistrzostw Polski, gdyż zgodnie z zasadami PZLA: „Warunkiem rozegrania konkurencji w Mistrzostwach Polski jest zgłoszenie się na starcie min. 3 uprawnionych zawodników.” Dwie pozostałe zawodniczki „Mety” nie zostały sklasyfikowane, gdyż nie przekroczyły minimum dla Mistrzostw Polski Kobiet w Biegu 24-godzinnym, tj. 110 km, mimo że czekały na nie nagrody. Tylko jedna zawodniczka trafiła do klasyfikacji Mistrzostw Polski Kobiet, stąd musiała ona zostać Mistrzynią.

Za taki stan rzeczy można potępiać tylko i wyłącznie PZLA, który, niemal jak każda organizacja sportowa w Polsce, służy pseudo-działaczom do robienia zamieszania i tworzenia dobrze płatnych stołków. Dla mnie Mistrzynią Polski jest najlepsza Polka na zawodach mistrzowskich, która równie dobrze nie musi być zrzeszona w żadnym klubie i nie musi mieć opłaconej tzw. licencji.

Podsumowanie

Bieg 24-godzinny dla mnie w liczbach: przebyte 113 okrążeń, to daje 155,104 km. Po około 80 tysięcy kroków na każdą nogę. Na niemal każdym kółku brałem kubek z napojem, przeważnie do połowy wypełniony, co daje ponad 10 litrów wchłoniętych napojów. Na niemal każdym kółku brałem gąbki z wodą, którymi się przemywałem i oblewałem. Razem z mżawką i deszczem, które towarzyszyły zawodom, wyparowało z powierzchni mojego ciała w granicach 10-20 litrów. Dwa dni przez zawodami ważyłem 71 kg, dzień po zawodach – po uzupełnieniu płynów - 68 kg, czyli podczas biegu spaliłem ponad 2 kilogramy ciała. Długie miesiące zajmie odbudowa tego w takiej formie, w jakiej było wcześniej. Z powodu tych zawodów wydałem tylko około 2 tys. zł, bo w sumie mało poważnie podszedłem do całości – przygotowań i samego startu. Mimo tego bezpośredni koszt był wyższy niż wynosiła główna wygrana.

Łukasz Jabłoński
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    szpieg - niezalogowany 2009-09-01 21:34:23

    @WK: ale autem niemieckim? to pewnie spoko :D:D:D:D:cool:

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    WK - niezalogowany 2009-09-01 19:39:02

    gratuluje tekstu,naprawde napisany swietnie,no i samego biegu .To chyab spory wyczyn ale ja sie na bieganiu nie znam.W kazdym badz razie pokonac 155 km to bym nawet dobrym rowerem nie dal rady

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    szpieg - niezalogowany 2009-08-31 15:23:29

    Japco, myśl o mnie co chcesz, ale Twój zapal do biegania zawsze budził we mnie szacunek. Jesteś Wielki, gratuluje, no bo w tym co robisz nie zawsze wynik jest ważny. Ja mam problemy przebiec do sklepu, a dziadki starsze dużo ode mnie biegają maratony. Szacunek i pozdrawiam

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Kartuzy.info




Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Najnowsze wiadomości