Reklama

Stuletni Robert Cierzan o swoim życiu i recepcie na długowieczność

Pogody ducha oraz niekończącego się pokładu życzliwości i dobroci dla drugiego człowieka mógłby mu pozazdrościć nie jeden. Jego największą pasją byli i są ludzie. Kocha ludzi i uwielbia ich raczyć swoimi opowieściami sprzed lat. Dzięki najbliższym pana Roberta Cierzana, nam też udało się posłuchać kilku z nich i dowiedzieć się, jaka jest recepta na długie życie.

Robert Cierzan urodził się 14 maja 1920 roku w Bielawkach. Gdy miał 19 lat wybuchła II wojna światowa. 

Wybuch II wojny światowej

1 września 1939 roku, a więc w momencie wybuchu II wojny światowej, pan Robert znajdował się w Gdyni. Pojechał do braci, którzy pracowali w gdyńskim porcie. Ściągnęli go tam do pomocy, bo miał konia i bryczkę. Już 1 września trafił do Gdyni Oksywie. Po obronie Oksywia jego, jak i innych, pędzono na piechotę do Wejherowa. Noc spędzili na dziedzińcu obecnego dziś aresztu śledczego. 

Reklama

Nazajutrz wsadzili ich w wagony bydlęce i stamtąd pojechali do Stargardu Szczecińskiego. Tam nastąpiło rozgrupowanie. Pan Robert trafił do Drawska Pomorskiego, na roboty do gospodarza. 

- Pracowałem na polu. Razem z nami była tam też Wanda Korczak, jej siostra była znaną śpiewaczką w Warszawie - wspomina pan Robert. 

Czas spędzony w Drawsku Pomorskim, we wspomnieniach pana Roberta nie należał do najgorszych. Był dobrze traktowany. W niedzielę Niemcy pozwalali Polakom siadać do wspólnego stołu. W Wielki Piątek urządzano za to wielką uroczystość, zastawiano stół jedzeniem i świętowano. Powracający z niedzielnej mszy Polacy musieli natomiast przejść przez szpaler utworzony przez Niemców, którzy obkładali ich pałkami. 

Reklama

Publiczna egzekucja

Podczas pobytu na robotach pan Robert był świadkiem publicznej egzekucji jednego z Polaków. Okazało się bowiem, że jeden z polskich pracowników utrzymywał bliskie kontakty z Niemką. Jej mąż był Niemcem i przebywał na wojnie. Gdy sytuacja wyszła na jaw, Niemcy urządzili więc pokazową egzekucję. Spędzono wszystkich mężczyzn w jedno miejsce i na ich oczach powieszono Polaka, mówiąc przy tym, że ten człowiek zbeszcześcił niemiecką krew i każdego, który również się do tego posunie, spotka taki sam los. 

Reklama

- W latach 80. dziadek z tego powodu był świadkiem w sądzie. Kilka lat temu byłem w tej sprawie z dziadkiem w IPN-ie w Gdyni. Warto dodać, że wersja wydarzeń ta przedstawiana w latach 80., a ta ostatnimi laty, była taka sama - przyznaje pan Paweł. 

Ucieczka i ponowny powrót do obozu 

Panu Robertowi udało się uciec z obozu w Drawsku. Jego mama była chora. Chowając się po lasach, dotarł do Bielawek. Spotkał się jednak z dużą nagonką ze strony miejscowej ludności i zdecydował się powrócić do Drawska. Szczęśliwie objęto go amnestią i nie został ukarany. 

Reklama

Koniem przez jezioro Mausz

Na początku 1945 roku wszystkich chłopów, którzy mieli konia i wóz ściągano do Kartuz. Zima była wówczas bardzo ostra. Pan Robert jechał koniem przez zmarznięte jezioro Mausz. W Kartuzach skierowano ich do Kokoszek, gdzie przez kilka dni nocowali w opuszczonych barakach po filii obozu w Stuthoff. Stamtąd nasz rozmówca trafił na Żuławy - do Koszwałów. Tam był świadkiem, jak Niemcy masowo zaczęli uciekać, bo wkraczały wojska Armii Czerwonej. 

Powrót i wielka radość

Powrót do domu był wielkim świętem i radością. Niebawem po tym wydarzeniu, stanął na ślubnym kobiercu. Żonę poznał jeżdżąc do pracy do gospodarza do Grabowa. Ślub odbył się w styczniu 1946 roku. Wówczas rozpoczął też pracę w elektrowni wodnej Struga nieopodal Parchowa. Mieści się w niej najstarsza żarówka w Europie. W elektrowni pracował aż do emerytury. Jednocześnie miał też gospodarstwo rolne. 

Reklama

Urodzajne Kaszuby

Domownicy pana Roberta wspominają, że często jubilat opowiadał o tym, jak rzeki obfitowały w ryby, a lasy w grzyby. Turbiny w elektrowni zapychały się wręcz węgorzami. Była ich taka ilość, że musiano je wyciągać z turbin widłami. Miejscowa ludność przyjeżdżała też do elektrowni suszyć grzyby. Jednego roku był ich taki wysyp, że przyjechała cała ciężarówka grzybów. 

Gość z dalekiego kraju i odnaleziony brat

Pan Robert miał dziesięcioro rodzeństwa. Podczas II wojny światowej zaginął jeden z jego braci. Poszukiwano go przez Polski Czerwony Krzyż. Stos powysyłanych listów, powrócił jednak, bo nadawca został uznany za zaginionego. I z taką myślą pan Robert żył aż do stosunkowo niedawna. 20 lat temu dom jego córki w Sulęczynie odwiedził gość z dalekiego kraju. 

Reklama

- Przyjechał do nas wnuk taty brata. Był podróżnikiem. Szukał swoich korzeni i dotarł na Kaszuby. Z Gdańska do Bielawek przyjechał na rowerze, nie znając języka. Trafił do państwa Malek. Oni przywieźli go do nas. Na kartce miał wypisane całe rodzeństwo dziadka - opowiada pani Danuta, córka pana Roberta. 

- Okazalo się, że brat taty - Józef - był w Niemczech na robotach. Podczas działań wojennych, jego i innych ludzi, wsadzili na statek i popłynęli do Australii. Powiedziano im, że Polski już nie ma - dodaje. 

Reklama

Połączona po latach rodzinach teraz utrzymuje stały kontakt. Brat pana Roberta nie doczekał jednak tej chwili.

- Po jakimś czasie przyjechali do nas jego rodzice - syn brata dziadka. Teraz regularnie mamy kontakt. Wówczas żyły jeszcze dwie siostry dziadka. Była wielka radość i wspominanie. Mówili, że wujek jako Polak wszystko potrafił. Miał fach w ręku. Żona wujka cały czas mówiła po polsku. Z trudem było jej mówić po angielsku - mówi pani Magdalena, wnuczka pana Roberta. 

- Gdy wujek udawał się do nas po raz pierwszy, jego mama powiedziała mu że ma wziąć sobie jedzenie, bo w Polsce nie ma jedzenia, jest bieda. Żyła w takim przekonaniu, że Polski prawie nie ma - dodaje. 

Reklama

W czepku urodzony

Panu Robertowi całe życie dopisywało szczęście. I jest tak do dziś. 

- Ostatnio tata trafił do szpitala. Lekarze nie dawali mu zbyt wielu szans. A wrócił ze szpitala i nadal jest z nami - z radością przyznaje pani Danuta. 

W 2001 roku pan Robert był uczestnikiem wypadku. W samochód, którym jechał z zięciem, uderzył pijany kierowca. Od tego czasu jubilat poruszał się o kulach. Właśnie idąc o kulach przewrócił się i trafił do szpitala. 

Podróże i ludzie - największe pasje 

Pan Robert od zawsze lubił podróżować, poznawać okolicę. Jego największą życiową pasją są jednak -  ludzie. Kocha ludzi. 

Reklama

- Nie przywiązywał wagi do dóbr materialnych. Dla niego liczy się drugi człowiek. Jak kogoś spotykał po drodze, to zawsze musiał przystanąć i porozmawiać. Uwielbiał przebywać wśród ludzi - podkreśla pani Danuta. 

- Cierzany sobie dobrze radzili. Dobrze gospodarzyli. Było takie powiedzenie w Sulęczynie - Cyrzan pije, Cyrzan ma, Cyrzanowi Pan Bóg da. Dziadek był dobrym człowiekiem. Często pożyczał ludziom, a nie wszyscy oddawali. Doceniał pracę innych ludzi. Życzył im innym dobrze. Chętnie pomagał - dodaje pan Paweł. 

Reklama

- Dzięki temu, że mam nienormowany czas pracy, dużo czasu spędziłem z dziadkiem. Ćwiczyłem zawsze w garażu. Wyciągałem akordeon. I gdy grałem pierwsze dźwięki, już było słychać kule. Dziadek nadchodził. Siadał i słuchał. Jak mieliśmy próbę z innymi muzykami, to dziadek często przychodził, siadał i słuchał. Czasem trochę przysnął. Dużo opowiadał. Lubił sobie drinka wypić. Dużą radość sprawiało mu to, że miał słuchaczy, którym mógł opowiadać opowieści z przeszłości - kontynuuje.

- Jak miał wolny czas to lubił jeździć. Często jeździł w delegacje pod Słupsk - do Gałęźni Małej. Lubił czytać. Czytał bardzo dużo, dlatego długo miał sprawny umysł. Jak zacząłem pracować w szkole muzycznej w Bytowie, a było to dziesięć lat temu, to co czwartek kupowałem dziadkowi Kurier Bytowski. Czekał na tę gazetę i czytał. Był ciekawy, co w jego stronach się działo. Dziadek to otwarty umysł. Zawsze spokojny i opanowany - dodaje. 

Szanował jedzenie. 

- Początkowo jak zamieszkał z nami, uważał, że stawiamy na stół za dużo jedzenia. Kiedyś bowiem nie było jedzenia, trzeba było go zdobywać. Szanował jedzenie. Zjadał do ostatniego okruszka, do  ostatniego kęsa mięsa na kości. Nie pozwalał na wyrzucanie jedzenia - akcentuje córka pana Roberta.

Pracowity od dziecka

Jedną z cech, która wyróżnia pana Roberta jest pracowitość. Pracowity był już od dziecka. Jako siedmiolatek wypasał już było u gospodarzy w okolicach Niesiołowic. Jako nastolatek pomagał przy różnych pracach. 

- Był taką złotą rączką - wspominają najbliżsi. 

- Dzięki pracy w porcie widział kawał świata. Trzeba przyznać, że jak na tamte czasy, Gdynia była oknem na świat. Wiedział co to cytrusy, brązowy cukier. Czasami niektórzy robotnicy specjalnie rozbijali skrzynię i chowali cytrusy po koszulach. Dziadek pamiętał, że w porcie murzynów wdział - opowiada pan Paweł. 

Opowieści o regionie

Pan Robert to skarbnica wiedzy o regionie. I dzięki temu, że uwielbiał opowiadać i wspominać, dziś możemy przytoczyć kilka z ciekawostek, o których pewnie nie każdy słyszał. 

Przed wojną w Sulęczynie było więcej knajp, sklepów niż teraz. Sulęczyno tętniło życiem. Przy przystanki PKS-u znajdował się targ. Lasu w okolicach Sulęczyna nie było prawie w ogóle. W miejscu obecnego budynku GOK-u znajdowała się żwirownia. A na terenie ówczesnej rzeźni Gestapo urządziło więzienie. 

- Lubiłem często zabierać dziadka w samochód. Przez całą podróż opowiadał, jak zmieniała się okolica - wspomina pan Paweł. 

Post był prawdziwym postem. Poszczono w środy, piątki i soboty. Gdy nadchodziła środa popielcowa wyparzało się garnki i patelnie i chowało na strych. Przez cały post nic nie było gotowane, dopiero na święta. 

Żakowskie VooDoo

- Z Bielawek do Sulęczyna dziadek wraz z rodzeństwem na rezurekcję chodzili przez Żakowo. Na trasie jest takie miejsce, które nazywa się VooDoo. Płynie tam rzeczka, która łączy wszystkie jeziora z jeziorem Gowidlińskim. Jest dolina otoczona górami. Stoi krzyż. Dla niektórych jest to miejsce nawiedzone. W opowieściach ludowych mówiono, że przejeżdżał tamtędy chłop bez głowy. Idąc na rezurekcję w rzecce przemywano nogi - opowiada pan Paweł. 

Recepta na długie życie

- Kochać ludzi. Być pogodnym. Tata był empatyczny. Przejmował się problemami dzieci, wnuków, ale podchodził do tego pragmatycznie. Uważał, że każdy problem da się rozwiązać. Trzeba było tylko na spokojnie poszukać rozwiązania. Codziennie rano musiał wypić kawę i od czasu do czasu drinka - przyznaje pani Danuta. 

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    Gość - niezalogowany 2020-06-07 19:06:53

    Życzę najlepszego zdrowia jubilatowi.Gratuluje wnuka, wspaniałego akordeonisty,miałam okazję być na koncercie p.Pawła, pozdrawiam

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    gość 2020-06-07 23:06:25

    Najlepszego! Dużo zdrowia!

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    gość 2020-06-08 10:56:01

    WĄDÓŁ !!!! A nie VooDoo Panie Pawle ! Jeszcze Ksiądz Proboszcz pomyśli że my tu w dolinie pomiędzy Kistowem a Żakowem odprawiamy haitańskie obrzędy i szpileczkami nakłuwamy laleczki. DUŻO ZDROWIA dla Pana Roberta !!!!!

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Kartuzy.info




Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Najnowsze wiadomości