Miała zaledwie 16 lat i w sobotni poranek wyszła z domu do szkoły. Nigdy tam nie dotarła. Kilka dni później ciało Ewy Miotk odnaleziono na nielegalnym wysypisku śmieci pod Sierakowicami. Mimo upływu 31 lat śledztwo w sprawie brutalnego zabójstwa nastolatki pozostaje nierozwiązane. Do sprawy wrócił ostatnio podcast "Sceny Zbrodni" RMF FM autorstwa Olgi Herring, ponownie kierując uwagę opinii publicznej na jedną z najbardziej tajemniczych zbrodni Pomorza.
Wracamy do sprawy Ewy Miotk - historii, którą na łamach naszego portalu poruszaliśmy już wielokrotnie. Zaginięcie i śmierć 16-latki z Sierakowic do dziś budzą ogromne emocje zarówno wśród mieszkańców regionu, jak i śledczych zajmujących się niewyjaśnionymi zbrodniami.
Ewa Miotk mieszkała z rodziną przy ulicy Mickiewicza w Sierakowicach. 13 maja 1995 roku, około godziny 8 rano, wyszła z domu, by udać się na zajęcia odbywające się w szkole przy ulicy Dworcowej. Według rodziny była osobą spokojną, bardzo religijną i ostrożną. Bliscy podkreślali, że była nauczona, by nie ufać obcym i nie wsiadać do samochodów nieznanych osób.
To właśnie dlatego śledczy od początku zakładali, że jeśli nastolatka wsiadła do auta, musiała znać kierowcę.
- Nie był to nikt z zewnątrz. Ewa była osobą nieufną. Jeżeli zakładamy, że wsiadła do samochodu w okolicy remizy, gdzie od szkoły dzieliło ją zaledwie około 200 metrów, to nasuwa się myśl, że był to ktoś miejscowy i na tyle jej znany, że mogła wsiąść do samochodu - mówił na łamach naszego portalu podinsp. Paweł Mrozowski z Zespołu Przestępstw Niewykrytych Wydziału Dochodzeniowo-Śledczego KWP w Gdańsku.
Reklama
Ostatni raz Ewę widziano w rejonie remizy OSP w Sierakowicach. Według jednego ze świadków miała wsiąść do granatowego poloneza. Inna osoba twierdziła natomiast, że widziała młodą kobietę łapiącą stopa w pobliżu komisariatu i ośrodka zdrowia.
- Typowano, że Ewa wsiadła do samochodu. Ktoś widział, jak na wysokości remizy wsiadła najprawdopodobniej do poloneza. Świadek jednak nie znał się na markach pojazdów. Opisał tylko jego kształt. Było też drugie wskazanie. Widziano, jak młoda kobieta na wysokości komisariatu i ośrodka zdrowia łapie stopa i wsiada do dużego fiata. Skłaniamy się jednak ku temu, że ta druga osoba to nie była Ewa - tłumaczył podinsp. Mrozowski.
Reklama
Niepokój pojawił się już kilka godzin później. Ojciec dziewczyny, wracając z pracy, zastał pod domem młodszego syna, który czekał na siostrę. Ewy nadal nie było. Gdy mężczyzna udał się do szkoły, dowiedział się, że córka tego dnia nigdy tam nie dotarła.
Rozpoczęły się intensywne poszukiwania prowadzone przez rodzinę, mieszkańców, policję i strażaków. Weryfikowano liczne sygnały o rzekomym odnalezieniu dziewczyny w różnych częściach regionu, co - jak po latach przyznawano - częściowo rozpraszało działania służb.
Do sprawy powrócił na dniach podcast "Sceny Zbrodni" RMF FM autorstwa Olgi Herring. W materiale podkreślono m.in., że w dniu planowanego przeszukania wysypiska w Paczewie śledczy otrzymali anonimowy telefon sugerujący, że zaginiona znajduje się w zupełnie innym miejscu. Policjanci skierowali tam swoje działania. Trop ten, okazał się jednak fałszywy.
Sześć dni po zaginięciu dwóch mężczyzn przeszukujących nielegalne wysypisko śmieci w okolicach Paczewa natrafiło na dwa związane jutowe worki. Gdy zajrzeli do środka, odkryli ciało 16-latki.
Dziewczyna była naga, miała związane ręce, knebel w ustach i pętlę zaciśniętą na szyi. Sekcja zwłok wykazała, że została uduszona. Śledczy zabezpieczyli również ślady biologiczne należące do sprawcy.
Analiza worków oraz sznurka wskazywała m.in. na możliwe związki z gospodarstwem rolnym. Znaleziono również kocią sierść. Według śledczych ciało mogło być wcześniej przetrzymywane w chłodnym pomieszczeniu.
- Wysypisko znajdowało się na obszarze leśnym. Prowadziło do niego kilka dróg. Było to nielegalne składowisko, z którego w tamtym czasie korzystali mieszkańcy okolicy. Sprawca musiał jednak dobrze znać to miejsce. Nie mógł być to ktoś przypadkowy czy przyjezdny -podkreślał podinsp. Mrozowski.
Reklama
Od początku śledztwa policja brała pod uwagę, że sprawca pochodził z Sierakowic lub okolic i znał zarówno Ewę, jak i zwyczaje jej rodziny. Przesłuchano setki świadków. Około stu mężczyzn przebadano pod kątem DNA zabezpieczonego na ciele nastolatki. Żadna próbka nie pasowała.
Instytut Ekspertyz Sądowych w Krakowie stworzył profil psychologiczny sprawcy. Według ekspertów w chwili zabójstwa miał mieć od 30 do 45 lat, być mieszkańcem okolicy, posiadać samochód i mieć dostęp do nieogrzewanego pomieszczenia, do którego nikt poza nim nie miał dostępu.
Przez lata pojawiały się kolejne hipotezy i nazwiska potencjalnych podejrzanych. Sprawdzano lokalnego przedsiębiorcę, który odebrał sobie życie w dniu pogrzebu Ewy, analizowano także wątki dotyczące przestępców seksualnych oraz lokalnego księdza. Żaden z tropów nie doprowadził jednak do przełomu.
- Jedną z pierwszych wersji, z racji religijności Ewy, było podejrzenie dotyczące miejscowego księdza. Zostało to zweryfikowane negatywnie. Później sprawdzano kolejne osoby i kolejne hipotezy. Na chwilę obecną skłaniam się ku tezie, że sprawca jest z Sierakowic lub okolicy - mówił podinsp. Paweł Mrozowski.
Reklama
Wokół sprawy przez lata narastały lokalne legendy i niedopowiedzenia. Jedną z najbardziej tajemniczych historii pozostaje pojawiająca się regularnie na grobie Ewy czerwona róża. Jak twierdzą śledczy, gdy informacja o kwiatach stała się publiczna, róże przestały się pojawiać.
Dziś, po 31 latach od zaginięcia i śmierci Ewy Miotk, sprawą nadal zajmuje się policyjne Archiwum X z Komendy Wojewódzkiej Policji w Gdańsku. Mimo ogromu wykonanej pracy nikt nie usłyszał zarzutów.
Pozostają pytania, które od ponad trzech dekad nieustannie nurtują osoby zainteresowane sprawą: czy zabójca Ewy wciąż żyje? Czy nadal mieszka w okolicy? I czy po tylu latach śledczym uda się w końcu przerwać zmowę milczenia?
Jeśli ktoś posiada jakiekolwiek informacje mogące być pomocne w ustaleniu sprawców zabójstw Ewy i Justyny proszone są o kontakt z Zespołem Przestępstw Niewykrytych Wydziału Dochodzeniowo-Śledczego Komendy Wojewódzkiej Policji w Gdańsku pod numerem telefonu (47) 74-15-902.
lub listownie:
Wydział Dochodzeniowo-Śledczy
Komendy Wojewódzkiej Policji w Gdańsku
ul. Okopowa 15
80-819 Gdańsk
Informacje można zgłaszać anonimowo.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Chcecie prawdy, nie będzie wprost, to rodzice byli nieodpowiedzialni,że puszczali małolatki same, robią to nadal. A kto powiedział że powór był z Sierakowic? Żeby zastraszyć małolatę wystarczy wysiąść z samochodu i powiedzieć jej tekst-odpowiedni!--oto prawda!
Chcecie prawdy, nie będzie wprost, to rodzice byli nieodpowiedzialni,że puszczali małolatki same, robią to nadal. A kto powiedział że powór był z Sierakowic? Żeby zastraszyć małolatę wystarczy wysiąść z samochodu i powiedzieć jej tekst-odpowiedni!--oto prawda!
Chcecie prawdy, nie będzie wprost, to rodzice byli nieodpowiedzialni,że puszczali małolatki same, robią to nadal. A kto powiedział że powór był z Sierakowic? Żeby zastraszyć małolatę wystarczy wysiąść z samochodu i powiedzieć jej tekst-odpowiedni!--oto prawda!
Chcecie prawdy, nie będzie wprost, to rodzice byli nieodpowiedzialni,że puszczali małolatki same, robią to nadal. A kto powiedział że powór był z Sierakowic? Żeby zastraszyć małolatę wystarczy wysiąść z samochodu i powiedzieć jej tekst-odpowiedni!--oto prawda!