Gorączkę przedświątecznych zakupów i przygotowań mamy już za sobą. Teraz przyszedł czas biesiadowania przy suto zastawionych stołach, wręczania prezentów, składania życzeń i śpiewania kolęd. Jeszcze przed rozpoczęciem świętowania spotykamy się u Danuty i Bernadety Browarczyk w Smołdzinie. Przy stole zasiadły panie ze Stowarzyszenia Kobiet Aktywnych Jezioranki, aby powspominać te bardzo odległe i bliższe Boże Narodzenia. Jak to drzewiej bywało, a jak jest dzisiaj.
Prezenty, których się nie zapomina
- Swój pierwszy prezent pamiętam do dzisiaj - wyznaje Danuta Browarczyk. - Miałam pięć może sześć lat, kiedy dostałyśmy z siostrą lalki. Mama sama je uszyła. Miały czerwoną kraciastą sukienkę i biały kołnierzyk. Tylko buzia była z plastiku. Drugą część Wigilii spędziliśmy u cioci we Wrzeszczu. Tam też dostałyśmy… lalki, ale bardziej luksusowe, bo całe z plastiku. Te elegantki stały w domu na kredensie, a szmacianki były do zabawy. Radości było co niemiara.
Nasza rozmówczyni przyznaje, że prezenty bardzo się zmieniły. Dzisiaj stać ludzi na większe wydatki, czasami są one aż przesadne. W czasach jej młodości najczęściej dawano kapcie, sweterek i słodycze. Wtedy traktowano to jako luksus, ale obdarowani bardziej się cieszyli niż dzisiaj. Tylko dzieciom bez względu na czasy radości nie brakuje.
Gwiazdki postrachem dzieci i dorosłych
- Długo nie lubiłam Bożego Narodzenia - oświadcza Teresa Szefler. To wyznanie wprowadziło wszystkie panie w lekką konsternację. - Panicznie się bałam, gdy przychodziły Gwiazdki. Uciekałam na strych albo chowałam się pod stołem, chociaż nikt nigdy nie rozbił mi nic złego, lęk pozostał długo. Nie interesowały mnie nawet prezenty. Wyrosłam z tego dopiero, gdy mam własne dzieci.
Mile natomiast wspomina czas przedświąteczny, kiedy z siostrą buszowały w szafach w poszukiwaniu ukrytych przed dziećmi prezentów.
Inne doświadczenia z kaszubskim Gwiazdkami ma Mariola Stasik, która kilkanaście lat temu przeprowadziła się z Gdyni do Smołdzina. Pamięta pierwszą Wigilię w nowym miejscu. Zaprosiła wówczas do siebie całą rodzinę. Nie znała kaszubskiego zwyczaju, więc wpuściła Gwiazdki do salonu. Nie była świadoma, co one mogą zrobić. Najbardziej szalał diabeł i kominiarz. Zostawili po sobie ogromny bałagan, ale i tak wszystkim się podobało.
- Nietypowe Boże Narodzenie przeżyliśmy z mężem i synem podczas rejsu po Oceanie Indyjskim - wspomina. - Tropik, gorąco, rozgwieżdżone niebo, a na statku prawdziwa iście polska Wigilia. Wtedy zdałam sobie sprawę z faktu, że gdziekolwiek byśmy nie byli, my Polacy tradycje bożonarodzeniowe hołubimy z przyjemnością.
Porody w same Święta
Pamiętać wyjątkowe święta można z różnych powodów. Bernadecie Pikarskiej kojarzą się z narodzinami brata, który przyszedł na świat w drugie Święto Bożego Narodzenia. Ojciec zawiózł mamę saniami do kartuskiego szpitala. Problem był z powrotem do domu i to w sylwestra. Była zima stulecia.
- Pogotowie dotarło tylko do Kobysewa - relacjonuje. - Śniegu było tyle, że dalej ani rusz. Ostatecznie nasz znajomy ciągnikiem dowiózł mamę domu. Z jej powrotu z małym braciszkiem bardzo się cieszyliśmy.
Wspomnienie tego wydarzenia wróciło po wielu latach, gdy pani Bernadeta rodziła w Wigilię córkę. Przed porodem zdążyła się jeszcze z pielęgniarkami przełamać się opłatkiem.
Świąteczne menu dawniej i dzisiaj
W tej kwestii zdecydowanie króluje tradycja, co najwyżej z małymi korektami. - W domu staraliśmy się, aby na stole było 12 potraw - stwierdza Bernadeta Browarczyk. - "Oszukać" liczby można - żartuje nasza rozmówczyni. Wystarczy doliczyć masło, ser, puszkę rybną, byleby suma się zgadzała.
Trzeba przyznać, że to sprytne rozwiązanie. Ważne przecież, żeby tradycji stało się zadość.
W żartobliwym tonie wypowiada się też Magdalena Pikarska. - Na pewno będzie karp w śmietanie, śledzie w oleju i w occie, sałatki, paszteciki, no i obowiązkowo to co najlepsze, czyli barszcz z uszkami. - Prezentów się nie spodziewam, bo… byłam niegrzeczna. A prezenty dla trójki moich dzieci? Rózgi od Gwiazdora. Ale po rózgach będą jednak podarki.
W domu Teresy Skrzypkowskiej najbardziej pilnowanym zwyczajem wigilijnym jest obecność na stole rolmopsów, które osobiście przygotowuje jej mama. Tak było w dzieciństwie i tak zostało do dzisiaj.
- Kiedy byliśmy dziećmi największą atrakcją był śledź przebijany plastikową "szabelką" zamiast wykałaczki.
- Z opowieści mojego taty wynikało, że w jego czasach w Wigilię obowiązywał ścisły post - wspomina Danuta Browarczyk. - Dostawało się suchy chleb i czarną kawę. Na wieczerzę serwowano pulki ze śledziami w śmietanie i brzadowu zupa z kluseczkami. Do tego jeszcze ciasto drożdżowe.
- Zmieniły się prezenty i jedzenie, bo z biegiem lat wszyscy mamy zasobniejsze portfele, więc stać nas na więcej - kończy naszą rozmowę.
Longina Templin
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Kieliszki na stole, ale odwrócone... Pani domu nie miała co w nie nalać? Nie wierzę.