Członkinie Stowarzyszenia Kobiet Aktywnych „Jezioranki” w Smołdzinie łączy społecznikowskie zacięcie, pichcenie smakowitych dań i duże poczucie humoru. Kiedy się spotykają, omawiają nie tylko plany swojego stowarzyszenia, ale wspominają też ciekawe epizody ze swojego życia. Tym razem wróciły pamięcią do karnawałowych imprez z dalszej i bliższej przeszłości.
Mariola Stasik, przewodnicząca stowarzyszenia, świetnie pamięta swoje pierwsze bale karnawałowe jako dziecko. Organizowały je zakłady pracy w Młodzieżowym Domu Kultury Inka w Gdyni. Imprezy umilała orkiestra i Gwiazdor z prezentami. Kiedy była już mamą, w to samo miejsce chodziła na bale karnawałowe ze swoim synem. Pod konie lat 70. były już dyskoteki. Modne były wówczas kawiarnie w Orłowie – Skorpion i Labirynt, gdzie były grające szafy, z których korzystała młodzież. Chodziła do żeńskiej szkoły i na zabawę karnawałową zapraszano uczniów Szkoły Morskiej. Na jednej z takich szkolnych zabaw poznała swojego męża.
- Dobrze pamiętam sylwester w zimie stulecie w 1978 roku. Miałam pójść na imprezę sylwetową do mojej kuzynki na Obłużu. Mój chłopak przyjechał z Chyloni po mnie do Gdyni. Dojechaliśmy autobusem tylko do Gdyni Stoczni. Taka była zamieć. Pozostałą trasę musieliśmy przejść pieszo. Mniej więcej droga do Obłuża zabrała nam... około trzy godziny. W Nowy Rok nie wróciliśmy do domy, bo nie było takiej możliwości – wspomina Mariola Stasik.
- Gdy przeprowadziłam się do Smołdzina, jako rodzina organizowaliśmy karnawałowe kuligi. Raz mieliśmy nawet kulig nocny z pochodniami, który zakończył się ogniskiem i pieczeniem kiełbasek.
Był taki Nowy Rok, kiedy zorientowałam się, że nie ma furtki i donicy z kwiatami. Dowiedziałam się, że taki jest zwyczaj, a sprawcą „rabunku”, bo tak to nazywają, był mój sąsiad. Szybko, na szczęście, wszystko wróciło na swoje miejsce - dodała.
Bernadeta Browarczyk stwierdziła, że jej sylwestrowe imprezy są zawsze „nietypowe”, bo zawsze w tym samym gronie. Jej brat, który ma na imię Sylwester, ma urodziny 31 grudnia. Dlatego też każdy sylwester spędzają razem. Zawsze jest rodzinnie i wesoło. Bratowa pani Bernadety rewelacyjnie gotuje i piecze, a brat nawet w kuchni potrafi pomóc swojej małżonce, za co siostra bardzo go ceni. Zażartowała, że jej mąż mógłby się tego od niego nauczyć. Nigdy nie wybrała się na typowy karnawałowy bal maskowy. Ale na imprezie karnawałowej, owszem, bywała ze swoimi koleżankami z ze stowarzyszenia, m. in. w restauracji w Borczu, które mile wspomina.
Teresa Skrzypkowska za najfajniejszy sylwester uważa ten, który spędziła z przyjaciółmi, z bratem i jego narzeczoną w Wieżycy. Tam mieli się spotkać z jej kolegą i jego przyjaciółmi. Zabrali ze sobą „klasyczne” sanki metalowo – drewniane. Tańców nie było, ale śniegu wówczas nie brakowało, można więc było jeździć na sankach do woli.
Rozpalili ognisko i zrobili grzańca. Dołączyli do nich inni sylwestrowicze i szybko się zintegrowali. Po północy w Nowy już Rok przygotowali jedzenie, a do garnka każdy wlał to co miał, czyli wino, szampan, z dodatkiem pomarańczy i cytryn. Grzaniec był pyszny. Co najważniejsze wszyscy się tam dobrze czuli i to bez muzyki, ale z ciekawymi opowieściami uczestników. Ciekawostką był fakt, że rano nikt nie miał kaca.
– Najbardziej pamiętnym dla mnie karnawałem był ten w stanie wojennym. Nie był to czas na zabawy i radość, ale młodzi ludzie zawsze idą do przodu i nie poddają się. Tak też my, nasza grupa znajomych, zgromadziliśmy się, by świętować. Warto przypomnieć, że w tamtych czasach było to niedozwolone. Obowiązywała bowiem godzina policyjna od godziny 22 do 6 rano. Pomimo tego urządziliśmy sobie prywatkę, która przymusowo trwała do godziny 6. W karnawale było co pić, bo wówczas niemal wszyscy produkowali w domu bimber – przypomniała Ewa Pawluk.
- Sylwester w 2017 roku zapamiętam do końca życia, dlatego, że tego dnia urodziła się moja pierwsza wnuczka. Czekaliśmy w domu na jej przyjście na świat. Mój mąż Krystian zaproponował, aby dwadzieścia minut przed północą otworzyć szampana. Okazało się, że w tym momencie urodziła się nasza wnuczka Rozalia - dodała.
Marię Wilczewską długo trzeba było namawiać, by zechciała wspominać swoje sylwestry. Kiedy jednak jej koleżanki jednogłośnie „zdradziły”, że bardzo lubi tańczyć, pani Maria nie mogła się już wymigać. Przyznała, że lubi tańczyć i się bawić, ale obowiązkowo na wysokich szpilkach. Potrafi przetańczyć całą noc. Na kondycję nie narzeka. Zanim męża poznała chodziła na prywatki. Nawet w stanie wojennym sylwester był z szampanem. W tamtych latach piło się fikołki, a dzisiaj młodzież pije drinki. Męża poznała na zabawie w Przodkowie. Od tej pory zawsze chodzą na sylwestra do lokalu.
- W sylwestra podczas zimy stulecia mój narzeczony przyjechał po mnie do Pomieczyna na nartach, bo innej możliwości nie było. Powrót do Smołdzina odbyliśmy już pieszo, a stamtąd na zabawę do Borkowa do popularnej wówczas Kasztelanki. Moja przyszła teściowa próbowała nas, ze względu na pogodę, powstrzymać. Uważała, że nie będzie tam balowiczów, ale my chcieliśmy posłuchać orkiestry, ponieważ szukaliśmy dobrego zespołu na nasze wesele. Gdy dotarliśmy do celu okazało się, że teściowa miała rację, oprócz nas była tylko jedna para. Po kilku tańcach po godzinie 22 opuściliśmy lokal. Do domu dotarliśmy przed północą. Tak więc Nowy Rok świętowaliśmy dopiero w domu – powiedziała Maria Wilczewska.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
narobiła pani literówek w tym artykule .. Pozdrawiam
narobiła pani literówek w tym artykule .. Pozdrawiam