Od ostatnich wyborów samorządowych mijają trzy miesiące. Dziennikarze "Gazety Kartuskiej" o trudnych początkach na fotelu burmistrza Żukowa rozmawiają z Jerzym Żurawiczem.
Zaskoczyło coś Pana pozytywnie w tym urzędzie?
- Owszem, bardzo sympatyczne przyjęcie przez pracowników, którzy zaofiarowali mi ogromne wsparcie. Zastałem urząd bez sekretarza i bez kadrowej, która była po wypadku. To nie była komfortowa sytuacja, bo musiałem zakasać rękawy i wiele rzeczy prawie z biegu organizować i tworzyć. Na sekretarza musiałem czekać prawie miesiąc, bo dopiero od 1 stycznia pani Brygida Markowska mogła objąć to stanowisko. I to była niesamowita ulga, bo odciążyła mnie w większości obowiązków administracyjno-biurowych. Mniej więcej w tym samym czasie wróciła ze zwolnienia pani kadrowa, więc już potem wszystko ruszyło do przodu.
Wybrał sobie Pan sekretarza, który jest obeznany z tą gminą i jej realiami, bo przypomnijmy, że już wcześniej pani Markowska była tu sekretarzem.
- Mało tego, jeszcze kiedy byłem naczelnikiem, to pani Brygida pracowała w ewidencji ludności, więc się dobrze znaliśmy, a kiedy ja zostałem przewodniczącym rady miejskiej, ona objęła stanowisko sekretarza. Znam więc doskonale jej fachowe podejście do spraw gminy. To osoba kompetentna, odpowiedzialna i pracowita. Mógłbym tu mnożyć bez końca te przymiotniki, na jej korzyść oczywiście. Co równie istotne, jest mieszkanką Żukowa, zna nasze realia, więc mogła jakby z marszu wykonywać swoje zadania.
Rzuca się w oczy, że postawił Pan na ludzi sprawdzonych już w tym urzędzie, nie było zwolnień i zatrudniania nowych osób.
- Istotne są kompetencje i fachowość. Jeśli ktoś wykonuje swoje obowiązki dobrze, to nie ma powodu go zwalniać, tylko dlatego, że zmieniła się władza. Jest co prawda nowy wiceburmistrz, ale to też jest człowiek stąd, pracuje w urzędzie od lat. Natomiast dotychczasowy zastępca również nie został zwolniony, pracuje nadal, tyle że na innym stanowisku. Pozostała też ta sama skarbnik.
Tuż po wyborach słychać było różne dywagacje właśnie na temat pani skarbnik, czy zostanie na stanowisku, czy zastąpi ją Pan kimś innym.
- Znam panią Lucynę Cybulę od wielu lat i uważam, że jest osobą bardzo fachową i kompetentną. Ma bogatą wiedzę ekonomiczną, księgową i jest w tym urzędzie jak najbardziej na swoim miejscu, więc czemu miałbym ją zwalniać? To byłby strzał samobójczy, a samobójcą nie jestem. Poza tym uważam, że skarbnik powinien pełnić swoją funkcję niezależnie od tego, czy burmistrzem będzie Żurawicz, czy Bychowski, czy jeszcze ktoś inny.
Podczas kampanii wyborczej wiele się mówiło o stanie finansów gminy, stąd może te plotki o powołaniu nowego skarbnika.
- Faktycznie, zadłużenie jest spore. Po objęciu tego stanowiska zleciłem kontrolę zewnętrzną urzędu, która tylko ten stan rzeczy potwierdziła.
To było konieczne? Nie wystarczyło usiąść z panią skarbnik i dokładnie się ze wszystkim zapoznać?
- Nie, ponieważ obiecałem wyborcom podczas kampanii, że najpierw, niezależnie od kompetencji urzędników, zlecę niezależnym fachowcom z zewnątrz zbadanie, w jakim stanie obejmuję urząd i to nie tylko od strony finansowej, ale również promocji, sportu, czy zamówień publicznych. Dziś mogę spokojnie wyborcom powiedzieć, że zadłużenie gminy na pewno nie jest spowodowane złą pracą skarbnika, ale taka po prostu była polityka, że inwestowano duże pieniądze, ale nie były one podpierane żadnymi środkami zewnętrznymi. Dużo się budowało, ale za własne pieniądze, czyli drogo. Nie wykorzystano wszystkich możliwości pozyskania dodatkowych środków. I teraz ktoś może powiedzieć, no ale przecież pozyskano 9 milionów w ubiegłym roku. To prawda, ale dopiero w tym roku te umowy będą realizowane i te pieniądze fizycznie zaistnieją. Gdybyśmy odjęli te 9 milionów, to pozostałaby nam prawie biała plama, jeśli chodzi o źródła finansowania zewnętrznego.
Zamierza Pan wzmocnić personalnie zespół ludzi zajmujących się tym tematem?
- Obecnie jestem w trakcie przygotowywania nowej struktury organizacyjnej urzędu, m.in. zespołu zajmującego się projektami unijnymi i możliwością pozyskiwania środków zewnętrznych. Przyznam, że trochę inaczej to widzę i inaczej chcę poukładać. Myślę, że przyniesie to jakiś efekt, chociaż nie zapominajmy, że rozdanie w ramach RPO się kończy. Pozostało bardzo niewiele zadań, na które będzie jeszcze można pozyskać pieniądze. Eldorado pozyskiwania środków przypadało na lata 2006-2010 i to był złoty okres dla gmin, dlatego szczególnie ubolewam, że tu z tego nie skorzystano. Podobnie było z wnioskami do "schetynówek", gdzie gmina Żukowo uzyskała 65 punktów na 130 możliwych, czyli uplasowała się na szarym końcu. To mówi jednoznacznie, że wnioski były źle przygotowane. Żeby na przyszłość uniknąć tych samych błędów, będę musiał wzmocnić Referat ds. Pozyskiwania Środków i Rozwoju Lokalnego. Zadaniem tego zespołu będzie przecież przede wszystkim przygotowanie dobrych wniosków na rok 2014, tak żeby być przygotowanym z projektami jak tylko zapadnie decyzja, że można je składać, a nie że dopiero wtedy zaczniemy je tworzyć, w pośpiechu i z błędami. Każdy wniosek musi być dobrze opisany i uzasadniony, nie tylko od strony ekonomicznej, ale przede wszystkim społecznej, co daje dodatkowe punkty.
Jakie były Pana pierwsze decyzje jako burmistrza?
- Zależało mi na tym, by ten urząd przestał być anonimowy, żeby petent dokładnie wiedział, z którym urzędnikiem rozmawia i kto jest odpowiedzialny za dalsze poprowadzenie jego sprawy. Wprowadziłem identyfikatory i od tego czasu nie ma urzędników anonimowych. Jeśli petent zostanie źle potraktowany, to wie przez kogo. Kolejna decyzja to stroje pracowników. Urzędnik nie może przychodzić do pracy ubrany jak na dyskotekę. Reprezentuje urząd i stosownie do tej pracy musi się ubierać, bez pstrokacizny, elegancko i skromnie.
Jakim jest Pan szefem?
- O to trzeba by zapytać pracowników, ale przede wszystkim wyznaję zasadę, że burmistrz nie jest alfą i omegą, nie na wszystkim musi się znać. Często kierownik wydziału czy zwykły urzędnik, który siedzi w danym temacie od lat, wie więcej od burmistrza i lepiej może daną sprawę załatwić czy poprowadzić dalej, dlatego zwiększyłem kompetencje kierowników i ich decyzyjność. Burmistrz nie musi podpisywać i oglądać każdego papierka, kierownik wydziału jest na tyle kompetentny, że wiele decyzji może podjąć sam. Natomiast oczywiście, będę te decyzje kontrolował i ewentualnie rozliczał za złe ich wykonanie. Burmistrz ma koordynować pracę urzędu i zarządzać gminą dla dobra jej mieszkańców, a nie być dyktatorem. Od tego jest zastępca, sekretarz, skarbnik i kierownicy wydziałów, żeby urząd pracował sprawnie i żeby każdy robił co do niego należy.
Przez wiele lat był Pan wicestarostą, to trochę inny zakres obowiązków, niż te, które przypisane są burmistrzowi.
- Zdecydowanie tak. Tu mam ten pierwszy kontakt z obywatelem i z jego problemami, wcześniej go nie miałem. Dziś rozmawiam o płytach jumbo, o dziurach w asfalcie czy o braku wodociągu i kanalizacji. Proszę przyjść w poniedziałki i zobaczyć jak długa kolejka mieszkańców czeka, by porozmawiać. Poza tym urząd gminy musi swój budżet wypracować, a starostwo ma określoną kwotę do dyspozycji. Gmina prowadzi też oświatę i to tę podstawową, gdzie każdego ucznia musimy przyjąć. Powiat nadzoruje szkoły średnie, gdzie uczy się młodzież z naboru. Tyle ile ma być osób w klasie, tyle się przyjmuje, tu jest inaczej. Musimy też wypracować środki uzupełniające subwencję oświatową, która nie zabezpiecza przecież wszystkich potrzeb. Tych różnic jest sporo, to dwie różne działalności, jak dwie różne planety.
Doświadczenie zdobyte w Powiecie nie przyda się więc w magistracie?
- Ależ oczywiście, że się przyda. Przede wszystkim kierowałem już tą gminą jako naczelnik, a będąc przewodniczącym rady miejskiej również miałem znaczny wpływ na jej funkcjonowanie. Jeśli chodzi o moją pracę w Starostwie, to przede wszystkim wiem, jak dotąd ta gmina była postrzegana przez Powiat i jak układała się współpraca, co było źle, a co dobrze. Wiem, jakie dokumenty przychodziły do Powiatu, jak były przygotowywane i mam nadzieję, że ta wiedza pozwoli mi powielać to, co było dobre, a unikać tego, co było złe. Jeśli chodzi o przygotowywanie wniosków do różnych programów, to również przeszedłem "szkołę" w Starostwie. Gdy zbliżało się składanie projektów na lata 2006-2010, brałem udział z dyrektorami wydziałów we wszystkich szkoleniach, więc wiem z czym to się je i mam nadzieję, że mam wystarczającą wiedzę żeby pracownikom doradzić, jak i również ich rozliczyć.
Powiedział Pan na sesji, że budżet na rok 2011 jest na miarę obecnych możliwości gminy. Trudno będzie w oparciu o niego pracować?
- Staramy się, aby było to wykonalne, to między innymi właśnie dlatego byłem zmuszony zmienić niektóre wcześniejsze założenia, jak choćby te odnośnie nowej szkoły w Baninie. Wiadomo, że ta szkoła potrzebna jest tamtej społeczności jak rybie woda i to nie ulega wątpliwości. Natomiast nikt mi nie powie, że musi to być szkoła za 40 milionów, ani że konieczne tam są takie luksusy jak wielka, piętrowa hala widowiskowa z klubami, salami fitness, parkingiem na kilkaset samochodów itp. Uważam, że sala gimnastyczna wyposażona w niezbędne dodatkowe pomieszczenia w zupełności wystarczy. Jak już zapoznałem się ze stanem finansów gminy i przekonałem, jak bardzo te finanse są ograniczone, podjąłem decyzję, by pewne rzeczy w projekcie skorygować. Poprzedni burmistrz zabezpieczył w budżecie tylko 8 milionów złotych na cztery lata, a zamierzał podpisać umowę na 30 milionów, na cały pierwszy etap. W tej sytuacji potrzebne były korekty, bo najzwyczajniej prawo mi nie pozwala podchodzić do przetargu, jeśli nie mam zabezpieczonych środków. Takie działanie kwalifikowałoby się do odpowiedzialności dyscyplinarnej i karnej. Usiadłem więc z projektantem, jest to firma z Krakowa i poprosiłem o znalezienie tańszych rozwiązań tam, gdzie jest to możliwe. I tak, zamiast wielkiej hali będzie sala gimnastyczna z zapleczem wyłącznie dla szkoły podstawowej i gimnazjum. Gdyby były pieniądze, to czemu nie, moglibyśmy wybudować halę, ale póki co sytuacja jest jaka jest, więc wybudujemy szkołę z salą przeznaczoną dla uczniów. Na pewno to zadanie w tym roku rozpoczniemy. Na te pierwsze, tegoroczne prace w budżecie były zabezpieczone 3 mln zł. Zgodnie z sugestią projektanta, jeden milion zdjąłem, przesuwając go na prace w roku przyszłym. Zaznaczam, że niczego tu nie uszczupliłem, jak mówiono, a jedynie przesunąłem, tak żeby w przyszłym roku mieć o milion więcej.
Jak będą wyglądać poszczególne etapy tej wielkiej budowy?
- Najpierw podprowadzimy wszystkie media i zapewnimy dojazd, czyli wykonamy tzw. roboty ziemne, a następnie wybudujemy budynek dla zerówki i szkoły podstawowej. Potem powstanie blok administracyjno-dydaktyczny, ale nie do końca wyposażony. Na tym etapie nie ma takiej konieczności, ponieważ będzie potrzebny dopiero po oddaniu do użytku kolejnych etapów, czyli sali gimnastycznej i etapu ostatniego, gimnazjum.
Co z innymi inwestycjami w bieżącym roku?
- Przede wszystkim zakończymy rozpoczęte już zadania, to logiczne. Następnie musimy przygotować się dokumentacyjnie do budowy drogi Pępowo - ul. Armii Krajowej w Żukowie. To konieczne, ponieważ po zimie jest w opłakanym stanie, przy dość dużym ruchu pojazdów. Nie ukrywam, że liczę tu na dobre opracowanie dokumentacji, a następnie dobrego wniosku do "schetynówek". Jeśli się nie uda, to będę szukał innych źródeł dofinansowania, ale na pewno w przyszłym roku ta droga musi być rozpoczęta. Poza tym wielkim problemem są drogi gminne, jak chociażby dojazdowe do nowych osiedli mieszkaniowych w Baninie, Pępowie, Leźnie, Czaplach czy Lniskach. Ci ludzie muszą mieć dojazd do swoich domów. Źle się stało, że pozwalało się budować osiedla nie stawiając warunków: dobrze, dostaniecie zgodę, ale budujecie łącznie z infrastrukturą. A tak co, domy wybudowano, sprzedano i dalej się patrzcie. A potem burmistrz się głowi jak to zrobić, żeby można tam normalnie funkcjonować. To problem tej gminy, że powstają osiedla, a nie ma infrastruktury, stąd też wprowadzono tymczasowy środek, mianowicie układanie płyt jumbo, do których również dokładają się mieszkańcy. I dobrze, że taka współpraca pomiędzy gminą a mieszkańcami funkcjonuje.
Jak Pana nowe obowiązki wpłynęły na życie prywatne?
- Jeśli chodzi o powroty do domu, to na pewno wracam później niż jako wicestarosta, natomiast obiadów domowych nie ma, bo trudno byłoby to skoordynować z moimi powrotami do domu. Jesteśmy już z żoną sami, dzieci wyfrunęły, więc każdy sam we własnym zakresie organizuje sobie posiłki. Teraz rozpoczną się zebrania sołeckie, więc pewnie te powroty będą jeszcze późniejsze, ale nie narzekam, wiedziałem, na co się decyduję. Natomiast zebrania sołeckie będą dla mnie na pewno skarbnicą wiedzy. Tam dopiero dowiem się, co ludzi trapi i na podstawie tych wniosków będziemy opracowywać kolejne budżety.
Jakieś marzenia?
- Tak, przede wszystkim, żeby nasi mieszkańcy się meldowali, a nie tylko u nas pomieszkiwali, wtedy wzrósłby nam budżet i na inwestycje byłoby więcej pieniędzy. Póki co, duża część nowych mieszkańców zasila podatkami budżet Trójmiasta i to jest problem.
Dziękując za rozmowę, życzę Panu, żeby się to marzenie ziściło.
Rozmawiała Lucyna Puzdrowska
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Moim zdaniem gada całkiem do rzeczy ;)