"Bogu na chwałę - ludziom na ratunek" - i tak już od stu lat. Miniony wiek ochotnicy z Sulęczyna spędzili na bezinteresownym ratowaniu mienia i życia ludzkiego. Gaszą pożary, udzielają pomocy rannym w wypadkach, poszukują zaginionych. Dzielą się też najcenniejszym darem - oddając krew. W przeddzień świętowania wielkiego jubileuszu Ochotniczej Straży Pożarnej w Sulęczynie przypominamy historię jednostki i wspomnienia jej wieloletniego prezesa.
Ochotnicza Straż Pożarna w Sulęczynie została założona w 1916 roku. Początkowo funkcję strażnicy pełnił szałas usytuowany na dzisiejszej pętli autobusowej przy drodze wojewódzkiej. Dzięki staraniom ochotników w 1974 roku rozpoczęto budowę nowej remizy, którą oddano do użytku cztery lata później. Dotychczas była ona rozbudowywana dwukrotnie, a powierzchnia dobudowanej części przewyższą tę pierwotną.
W latach 30. sulęczyńscy strażacy dysponowali sikawką konną. Później konie zastąpił ciągnik. Strażacy korzystali również ze stara, którym dostarczano towar do sklepów. Jak wspomina dh Andrzej Roda, gdy wyła syrena, przesuwało się mąkę na bok, wkładało sprzęt i jechało się akcji.
OSP w Sulęczynie jest jednostką najdalej położoną od Komendy Powiatowej Państwowej Straży Pożarnej, dlatego też tutejsi strażacy wkładają wiele trudu, by podnosić swój poziom wyszkolenia i doposażać jednostkę w odpowiedni sprzęt. Wszystko po to, aby w momencie włączenia syreny, nieść szybką i skuteczną pomoc. Obecnie Ochotnicza Straż Pożarna w Sulęczynie ma jedną z najnowocześniejszych flot w regionie. Posiada pięć samochodów, w tym gaśniczy Mercedes, nowego Forda do ratownictwa technicznego, Iveco z łodzią do ratownictwa wodnego, czy terenowy wóz operacyjny.
W pełnej gotowości do niesienia pomocy jest aż 72 strażaków czynnych. Na przestrzeni stulecia uczestniczyli w tysiącach akcji. Malownicze Sulęczyno położone jest wśród lasów i nad jeziorami, dlatego wiele działań miejscowych ochotników dotyczy pożarów lasów i działań na wodzie.
- Mamy około 5.000 ha lasów. Można powiedzieć, że w Sulęczynie zaczynają się Bory Tucholskie. W naszej historii odnotowaliśmy kilka dużych pożarów. W latach 60. doszło do pożaru lasu w Suchej. W 1972 roku kolejny pożar, podczas którego spłonęło się około 40 ha lasów. Najdłuższa akcja trwała około 50 godzin. Obecnie większość pożarów gasimy już w zarodku. Mamy wieżę przeciwpożarową, co też pozwala nam unikać zagrożenia. Ze względu na różne pożary lasów, wpadłem na pomysł, aby wspólnie z sąsiednimi gminami zorganizować ćwiczenia. Co roku w grudniu, od ponad 10 lat gminy Lipusz, Parchowo i Sulęczyno wspólnie ćwiczą. W działaniach bierze w udział około 150 - 180 strażaków. Ćwiczenia kończą się zaś wspólną wigilią - opowiada wieloletni prezes OSP Sulęczyno, a dziś komendant gminny Andrzej Roda.
- Dużo działań prowadzimy także na wodzie. Praktycznie nie ma roku, aby ktoś się utopił. Zdarza się, że rodzice wysyłając swoje dzieci do naszej gminy na wakacje, najpierw dzwonią do nas i pytają się, jakim sprzętem dysponujemy - dodaje.
Na przestrzeni lat tutejszym ochotnikom przyszło mierzyć się z trudnymi i tragicznymi w skutkach zdarzeniami.
- Trudne sytuacje są wówczas, kiedy musimy przerwać akcję. Zdarza się tak podczas poszukiwań topielców, kiedy nie możemy odnaleźć ciała i z uwagi na noc przerywamy działania. W pewnym stopniu rodzina osoby, która utonęła, tego nie rozumie. Musimy też pamiętać o bezpieczeństwie ratowników. Zawsze jednak wznawiamy poszukiwania i prowadzimy je aż do skutku. Trzeba pamiętać, że strażacy działają społecznie. Z dobrego serca - podkreśla Andrzej Roda.
- Po akcji zawsze przychodzi czas na refleksję, czy zrobiliśmy wszystko, co mogliśmy zrobić. To, co powiedzą postronne osoby, nie ma znaczenia. Ważne, abyśmy my byli przekonani, że zrobiliśmy wszystko - kontynuuje.
Jak przyznaje, największą radość strażakom sprawia, to, że mogą uratować czyjeś życie.
- Pamiętam taką akcję, że dziadek zgłosił zaginięcie 5-letniej Ulki. Szukaliśmy dziewczynki trzy dni. Trzeciego dnia była sobota. Przyjechałem do domu i żona zapytała się mnie o efekty poszukiwań. Byłem wściekły, bo nasze działania nie przyniosły rezultatu. Powiedziałem, że chyba kończymy akcję. Szukaliśmy trzy dni, dwie noce. Padał deszcz. Wypompowaliśmy duży staw, bo mieliśmy podejrzenie, że dziewczynka mogła w nim utonąć. Nic. Żona krzyknęła na mnie, że tak nie można. Następnego dnia, wczesnym rankiem wznowiliśmy poszukiwania. Zgłosiło się około 200 osób. Ustawiliśmy ich wszystkich wzdłuż rzeki Słupi, w kierunku Parchowa. Zrobiliśmy 50 kroków i znaleźliśmy dziewczynkę. Spała pod drzewem. Żyła. Dla takich chwil warto być strażakiem. Radość była przeogromna. Jak byśmy wygrali Mistrzostwa Polski - wspomina dh Roda.
Szczęśliwie podczas akcji nigdy nie ucierpiał żaden strażak.
- Prowadzimy dużo szkoleń, dzięki którym podczas akcji strażak wie, jak się zachować. Mamy podstawy sprzęt ochronny. Zawsze może coś się przydarzyć. W naszej gminie, szczególnych przypadków nie odnotowaliśmy.
Co warte podkreślenia, od zawsze ochotnicy z Sulęczyna działali bezinteresownie.
- Od początku istnienia naszej jednostki do dziś nikt nie wziął pieniędzy za udział w akcji ani za szkolenia. Nigdy nie zdarzyło się, że na alarm nie pojawiła się wystarczająca liczba strażaków. Ale za to pchać samochody, to tak, zdarzało się (śmiech). Mieliśmy stary akumulator i trzeba było popchnąć wóz, by odpalił - wspomina komendant gminny OSP w Sulęczynie.
Dodajmy też, że strażacy nie tylko ratują życie ludzkie bezpośrednio podczas pożarów, wypadków drogowych, czy innych zagrożeń, ale też oddając krew. Przy OSP w Sulęczynie działa koło krwiodawstwa. Do te pory ochotnicy oddali już ponad 200 litrów życiodajnego płynu!
Uroczystość z okazji jubileuszu 100-lecia Ochotniczej Straży Pożarnej w Sulęczynie odbędzie się w najbliższą sobotę.
AL
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze