Reklama

Syberyjskie piekło - długa droga do domu. Wspomnienia Anny Kos - część III

26/12/2007 08:27
Wigilia Bożego Narodzenia 1945 rok

W Wigilię Bożego Narodzenia 1945 roku pięć dziewczyn dostało ataku padaczki. Wśród nich była moja koleżanka Elżbieta Skierka. To stało się nagle. Jakiż zrobił się rumor. Przyczyna? To nie tylko fizyczne wyczerpanie, ale przede wszystkim... tęsknota. W Polsce, w naszych domach prawdziwe święta. Najbliżsi przy wigilijnym stole, opłatek, choinka, życzenia... My siedzimy tu, a oni tam...

Anna Kos nawet nie stara się ukryć wzruszenia. Święta Bożego Narodzenia to przecież taki szczególny dzień w roku. Chociaż minęło 60 lat od tamtych wydarzeń, czas nie wymazał z pamięci jednej z najsmutniejszych Wigilii w jej życiu, którą musiała spędzić setki kilometrów od rodzinnego domu.

Pamiętam, że w pierwsze święto Bożego Narodzenia pracowałam przy odśnieżaniu. W pewnym momencie podszedł do mnie Rosjanin. Cywil. Wręczył mi... bochenek chleba. Byłam zaskoczona tym, że on nie bał się do mnie podejść. Szybko więc schowałam otrzymany prezent, a później się rozpłakałam. Po powrocie do mieszkania podzieliłam się chlebem z koleżankami. Jego zapach i smak pamiętam do dzisiaj. To, co do tej pory dostawaliśmy, trudno było nazwać chlebem. To była jakaś dziwna mieszanka, do której dodawano plewy. Co roku, gdy zbliżają się święta, ten obraz mam przed oczami. Widzę tego Ruska, taka biedota stoi przede mną. Sam niewiele miał, ale się podzielił. Szacunek do chleba pozostał mi do dzisiaj.

Dopóki było zimno i śnieg pracowałam na torach i peronach kolejowych, a gdy zrobiło się cieplej przydzielili nas do ekipy murarskiej. Na budowach pracowałam. Nosiłam zaprawę murarską i cegły. Tam jednak chlebka było więcej. Przyszła kolejna zima i znowuż wróciliśmy na tory kolejowe do odśnieżania. Był 1946 rok. Miałam odmrożone nogi i przez kilka dni nie chodziłam do pracy. Ale gdy nie było pracy, nie było zupy.

Międzynarodowy obóz w Charkowie

Nadeszło lato 1947 roku. Przetransportowali nas do Charkowa. To był międzynarodowy obóz. Byli tam między innymi – Węgrzy, Polacy, Niemcy. Pracowałam w szwalni. Codziennie to samo się robiło. Wszystko co było w tamtejszych magazynach, przywożono ze szabru z Polski – ubrania, wełny, garnitury.

W malutkiej celi było sześć dziewczyn, a obok nas była komendantura NKWD. Tam pracowała młoda Rosjanka. Często do nas przychodziła. Któregoś dnia zapytała, czy ktoś umie rękawiczki zrobić.
- Ja umiem – odpowiedziałam. - Jeżeli dostanę wełnę i druty, to zrobię.
I wykonałam swoje zadanie.

Zbliżał się, jak się potem okazało, koniec naszej gehenny. Któregoś dnia po raz kolejny odwiedziła mnie Rosjanka. Ta „od rękawiczek”.

- Ania, ty pojedziesz do domu – powiedziała.
- Tak, chyba na Sybir – odpowiedziałam.

Okazało się, że naprawdę wracam do domu. Ale i tak nie mogłam w to uwierzyć.

W wagonie wśród trzydziestu dziewięciu mężczyzn byłam jedyną kobietą. Jechali ze mną między innymi dwaj starsi panowie, którzy brali udział w powstaniu warszawskim.

Jedyne takie urodziny w życiu

Do domu wróciłam 18 listopada 1947 roku, w swoje dwudzieste drugie urodziny. Po tym co przeżyłam, nie było już czym płakać. Ale przyznaję, że nadzieję mieliśmy do końca. Dużo się modliliśmy, chociaż nie wolno było tego robić. Miałam przy sobie medalik Matki Boskiej Szkaplerznej i wierzyłam, że matka Boska do Sianowa mnie doprowadzi. I doprowadziła.

W Białej Podlasce, w punkcie repatriacyjnym, dostaliśmy bilet kolejowy. Mój był do Gdyni. Dostaliśmy też 1000 złotych. Jakie to były duże pieniądze, niech świadczy fakt, że bułka na dworcu w Warszawie kosztowała 30 złotych. Miałam na sobie buty na wysokim obcasie z darów amerykańskich i puszkę konserw rybnych na drogę. Musiałam też podpisać oświadczenie, że nic nikomu nie powiem, skąd wracam. Straszyli? Pewnie, że straszyli, i to ponowną wywózką na Sybir. Gdy mnie zwolnili, przez bardzo długi czas rozglądałam się, czy ktoś za mną nie idzie. Dopiero od 1992 roku można było zacząć mówić, jak było naprawdę.

Czas wspominania

Po wojnie Anna Kos przez wiele lat pracowała w handlu. Przez cały czas utrzymuje kontakty towarzyskie z Gertrudą Stolc i Agnieszką Mielewczyk, z którymi była w Szadrińsku.

Co roku spotykamy się u mnie. Piekę wtedy wafle i smażę skrzydełka. Trudka przywozi ciasto, a Agnieszka kawę. Spędzamy ze sobą cały dzień. A wtedy gadamy i gadamy. Śmiejemy się i płaczemy. Tak na zmianę. Tyle przeżyłyśmy i ciągle jeszcze jesteśmy na chodzie.

Wspomnień wysłuchała: Longina Templin
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Kartuzy.info




Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Najnowsze wiadomości