Reklama

Syberyjskie piekło - długa droga do domu. Wspomnienia Anny Kos - część II

25/12/2007 09:05
Wielkanoc 1945 roku przypadła dokładnie 1 kwietnia. W tym właśnie dniu wyjechaliśmy na Wschód. Sześćdziesiąt wagonów i tysiąc pięćset osób. W każdym wagonie po czterdzieści ludzi. Wszystko szczelnie zamknięte. W podłodze był otwór, który służył nam za... toaletę.

Pamiętna Wielkanoc

Wagony otwierano raz dziennie, a zdarzało się, że i co drugi dzień. Wrzucali nam wtedy trochę chleba i dali zupy z buraków pastewnych, z pokrzyw, łubinu, do tego odrobinę ziemniaków. Łyżki nie potrzebowaliśmy, bo tę lurę po prostu się piło.

W tym momencie Anna Kos przerywa swoją opowieść. Milczy i długo się nad czymś zastanawia. Przerywa znaczącą ciszę, by nawiązać do sytuacji, która zdarzyła się niedawno. Przerażająca jest moc tragicznych wspomnień.

Gdy byłam na zjeździe Sybiraków w Centrum Edukacji i Promocji Regionu w Szymbarku, w którymś momencie zagwizdała stojąca tam lokomotywa. Myślałam, że mnie rozerwie. Tu, w okolicach mostka. Stukot kół i gwizd lokomotywy długo śnił mi się po nocach.

Bo też w pociągu, który wiózł nas na Sybir, działy się straszne rzeczy. Ruscy przychodzili w nocy, świecili latarkami i wybierali sobie dziewczyny. Po mnie też jeden przyszedł, ale się nie zgodziłam. Tak mnie za to pokopał, że długo nie mogłam chodzić. Kolejna noc i znowuż przyszli. Dziewczyny umówiły się, że będą krzyczeć. Usłyszeli to oficerowie i jeden z nich próbował dociec, co się dzieje. Wówczas dowiedziałyśmy się od niego, że nie wolno im tego robić, bo jesteśmy osobami internowanymi.

- Jeżeli po was przyjdą, to drapcie ich po twarzy – oznajmił oficer. – Zostaną ślady, a my będziemy mieli dowody.

Długa droga za Ural

W pociągu, który pędził na Sybir, nie dało się określić czasu. Przez niewielkie okienko w wagonie światło prawie nie docierało. Dla nas ciągle była noc. Wreszcie dotarliśmy, a było to 21 kwietnia. Miejscowość nazywała się Szadrińsk.

Pootwierali wagony i kazali wychodzić. Śnieg, mróz, a dokoła tylko las i... obóz. Podczas wychodzenia z wagonów wszyscy padali na kolana prosto w śnieg. Nogi były sztywne, przecież przez całą podróż nie mieliśmy żadnego ruchu.

Bramy „raju”

I wtedy zobaczyliśmy „nasz” łagier. Jedna myśl przyszła mi do głowy – stąd już nie ma odwrotu. Trzy warstwy drutu kolczastego, a na „bocianich gniazdach” po dwóch wachciorów.
To już koniec.

Po raz pierwszy w czasie rozmowy Annie Kos załamuje się głos. Słychać cichutkie westchnienie. Bierze głęboki oddech i kontynuuje swoją opowieść.

Przed oczami mieliśmy nasze... hotele. Ziemianki, czyli wykopany dół w ziemi, kilka położonych żerdzi i otwór zastawiony deską. W środku prycze z nieociosanych desek. Stanęliśmy przed komisją lekarską, która nas... sortowała. Byłam bardzo wychudzona. Silniejszych mężczyzn przydzielili do wyrębu lasu lub do kopalni na przykład azbestu.

Wilkom na pożarcie

Opowiem historię, którą usłyszałam od dziewczyn, które widziały to na własne oczy. W jednym z szałasów zachorowała dziewczyna. Miała 40 stopni gorączki. Jej współtowarzyszki niedoli poszły do roboty, a ona została sama w baraku. Gdy wróciły po pracy, ich koleżanki już nie było. Wyrzucili ją i... wilki ją zjadły. Zostały tylko kości. Te zaś ruskie wrzucili do specjalnie wykopanego dołu i po dziewczynie nie zostało śladu.

Rosjanie ciągle nam powtarzali: - Nie musimy was ubijać, sami się wykończycie. Biorąc pod uwagę, że panował dur brzuszny, tyfus, czerwonka i inne choroby, mieli rację.

Początki prawie trzyletniego piekła

Ubikacje mieliśmy bardzo eleganckie. Wykopany trzymetrowy dół, na nim leżały żerdzie i w takich warunkach musieliśmy załatwiać swoje potrzeby fizjologiczne. Chorzy, słabi, którzy nie mogli utrzymać się na nogach, wpadali do tych dołów. Takie zdarzenie widziałam na własne oczy. Następnego dnia rano przyjeżdżała ekipa, zakrywała dół wapnem i w ten sposób po tych, co się tam potopili, nie zostało śladu. Gdyby ktoś mi to opowiadał, nie uwierzyłabym. A jednak to zdarzyło się naprawdę.

W Szadrińsku nosiłam wodę z rzeki do kuchni. Odległość wynosiła około kilometra. Pod eskortą dwóch wachciorów szło dwadzieścia dziewczyn. Kiedy trafiło się na „normalnego” wartownika, to nawet można było się umyć i napić, ale nie każdy pozwalał nam na takie... ekstrawagancje.

Wykwintne menu i luksusowa toaleta

W czerwcu wywieźli nas do kołchozu. Około stu osób. Tam co prawda stał duży barak, ale nadal leżeliśmy na deskach. Do spania wcale się nie rozbieraliśmy, bo po co. Piżamek i tak nikt nie miał. Na szczęście były korytka z wodą i mogliśmy się umyć. Tam żeśmy się trochę podreperowali. Można było zdobyć ziemniaki, liście buraczane, pokrzywy i cebulę. Gotowaliśmy sobie z tego zupki. Ach, jak one nam wtedy smakowały. Nawet nasze brygadzistki przy okazji się najadły. Trzeba przyznać, że „zwykli” Rosjanie też żyli tam bardzo biednie. Pomimo tego czasami przynosili nam sól.

Z kołchozu wywieźli nas do miasteczka Kurgan. Sześćset kilometrów za Uralem. Do Warszawy było cztery tysiące kilometrów. Tam codziennie odśnieżaliśmy tory kolejowe i perony. Dostaliśmy kufajki, baranie czapki i filcowe skorznie. Był 1945 rok. Mróz sięgał prawie 40 stopni. Nawet w takich warunkach, gdy jedliśmy, ciągle nas pilnowali. Puszki już nie miałam, ale zdobyłam nową. Za porcję chleba można było „kupić” różne rzeczy, na przykład grzebień z drewna, różaniec czy łyżkę drewnianą. Nasi robotnicy to wyrabiali i z nimi się wymienialiśmy. To był ciekawy „sklep”, ale jakże potrzebny. Czy można sobie wyobrazić dwa miesiące bez grzebienia?

Wspomnień wysłuchała: Longina Templin
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    stefan - niezalogowany 2007-12-28 13:07:21

    ciekawe czy ci pomordowani przez ruskich czy niemieckich żołdaków też mieli takie odczucie kulturki nam sie dobrze teraz gada bo z perspektywy czasu inaczej to wszystko wygląda jednak zycie w tamtych czasach tak wesoło nie wyglądało śmierć jest smiercią tutaj kulturki nie widze czesto śmierć poprzedzona gwałtem przez wygłodniałych niemieckich czy ruskich żołdaków

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    WK - niezalogowany 2007-12-28 09:52:58

    niemieckie wojsko mordowalo z gracja a ruski jak te dzikusy tez bym wolal byc zabity po niemiecku czyli uprzejmie Cyklonem B a nie jak jakis wiesniak szpadlem o tak Niemcom powinnismy byc wdzieczni bo szerzyli kulture jednak smierci kulture

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    Konto usunięte 17 - niezalogowany 2007-12-27 23:03:26

    Coś w tym jest, bo moja babcia opowiadała jak ruscy całą spiżarnię ogołocili. Do czysta, ze wszystkiego co można było wsadzić do ust, albo do wora..... A historie o zegarkach i rowerach, to książkę można napisać. Babcia powtarzała też, że pierwsze co pamięta, to brudasów z karabinami na sznurkach i gwiazdami na czapie..... :grin:

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Kartuzy.info




Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Najnowsze wiadomości