Reklama

Tak Kaszubi żyli sto lat temu. Ekspozycja Muzealna w Sierakowicach

Miejsce, w którym można poczuć jak Kaszubi żyli sto lat temu - Stała Ekspozycja Muzealna, która od 25 lat jest nieodłącznym elementem Gminnego Ośrodka Kultury w Sierakowicach. Miejsce o tyle niezwykłe, że można się tam na własnej skórze przekonać, jak to kiedyś było. Podczas lekcji regionalnych, które prowadzi tutaj pani Emilia Reclaf, przedmioty ożywają i po raz kolejny mają szansę stać się potrzebne.

Był rok 1993. Przy Gminnym Ośrodku Kultury w Sierakowicach, powstało Muzeum Sierakowic. Szumnie brzmiąca nazwa, później zmieniona na Stałą Ekspozycję Muzealną. Założycielami tego miejsca byli: Irena Kulwikowska, Ewa Wierzba, Stanisław Węsierski oraz Barbara Klawikowska. To pracownicy, którzy zaangażowali się w zbieranie staroci. Ich inspiracją była przygotowywana wówczas wystawa poświęcona księdzu Bernardowi Sychcie. W 1999 roku Muzeum zajęła się Emilia Reclaf. Dzisiaj już emerytowana regionalistka, która opiekowała się eksponatami przez 19 lat. Stworzyła miejsce z duszą, bardzo osobiste i okraszone swojskim dżemem z truskawek, własnoręcznie zbieranymi i suszonymi ziołami oraz talentem plastycznym, którym przez lata dzieliła się z odwiedzającymi muzeum dziećmi. Od początku roku jest na emeryturze, ale wciąż prowadzi tutaj lekcje regionalne. Oprowadziła nas po niewielkiej, ale uroczej wystawie i podzieliła się swoją wiedzą.

Niepozorne początki

Ekspozycja prezentuje bogatą kolekcję naczyń, narzędzi gospodarstwa domowego, mebli oraz narzędzi rolniczych. Kiedyś to muzeum mieściło się w jednej sali. Prowadzimy ewidencję eksponatów, z której wynika, że mamy ich 830. Najczęściej ludzie sami je przynoszą. Większość z nich to dary. Pojedyncze sztuki zostały zakupione. Nie mamy jednak wielu środków. Najczęściej odbywa się to tak, że ktoś przychodzi i mówi:

- O, wele, wa tu môta taczi. Jô móm taczi téż.
- A Pón tegò bë nie brëkòwôł. Mòże Pón bë nama to dôł.
- Jo, jô wama mògã dac.

Wtedy się umawiamy, że ja po te przedmioty przyjadę albo sami je przywożą. Najczęściej znajomy znajomego lub ktoś, kto naszą ekspozycję już odwiedził i o nas po prostu pamięta. Dostajemy eksponaty przeważnie z przysłowiowego strychu. Nie mamy środków, żeby korzystać z jakiejś fachowej konserwacji. Najczęściej czyścimy je i w ramach własnych możliwości doprowadzamy do porządku. Po remoncie wzbogaciliśmy się też o salę do zajęć z dziećmi, gdzie zmieniam ekspozycję stosownie do potrzeb. Sezon gwiazdkowy - przebierańcy i rekwizyty gwiazdkowe. Wielkanoc - palmy, jaja, zające i gniazda. Sezon letni zawsze wiąże się z wystawą twórców ludowych, bo chcę pokazać ich rękodzieła odwiedzającym to miejsce turystom. Jednak większość z eksponatów znajduje się na strychu, nad nami. Póki co, nie mamy dla nich miejsca.


Była bieda i len

Część z eksponatów wyniesiona jest z mojego domu. Należały do moich rodziców i dziadków. Nie wiem czy potrafiłabym wybrać jedną ulubioną rzecz. Najciekawszą? Na pewno siewnik, którego nie ma w żadnym okolicznym muzeum. Jest to siewnik do siania koniczyny, sprzed prawie dwustu lat. Trzeba pamiętać, że był to region bardzo rolniczy. Teraz ciężko nam to sobie wyobrazić, bo w Sierakowicach mamy jednego gospodarza. No może jednego i pół. Kiedyś były to bardzo biedne rejony. Uboga ziemia sprawiała, że o pszenicy można było pomarzyć. Było tylko żyto, owies i len. Zaradność Kaszubów to był wymóg chwili. Trzeba było pomysłowością i pracowitością pociągnąć resztę. Pamiętam warsztat mojego dziadka, który robił podeszwy do chodaków. Sąsiad jemu naprawiał uprząż dla konia, on w rewanżu zrobił jemu chodaki. To była taka wymiana towarowa. Sytuacja wymagała doskonalenia rzemiosła, bo gotówki w ręku nie było. Bo z czego? Raz na jakiś czas babka pojechała na targ do Lęborka i mogła sprzedać jakieś jaja, masło ... jakie to były pieniądze? Teraz mamy sztuczne nawozy i rośnie u nas nawet rzepak i pszenica. Kiedyś rósł len. Kto dzisiaj chciałby moczyć len, suszyć i inne cuda wianki, zanim kawałek płótna utkałby na krośnie?

Gofry z dżemem i oblizywanie palców

Najciekawsze są takie lekcje, podczas których dzieci mogą dotknąć eksponatów. Gdy jeszcze mieliśmy piec, rozpalaliśmy ogień i piekliśmy w nim ciasto lub gofry. Żywy ogień na dzieciach zawsze robił duże wrażenie. Pamiętam sprzed wielu lat, grupę młodzieży z Belgii, która gościła w Sierakowicach. Chciałam im pokazać jak Kaszubi żyli sto lat temu. Tradycyjnie, mieliśmy piec ciasto i gofry. Po naszemu wafle, w wafelnicy na ogniu. Nasza młodzież chętnie się zaangażowała, a Belgowie patrzyli z oczyma coraz większymi. Dymiąca wafelnica w ogniu, wlewamy do niej dziwne rzeczy, mieszamy wszystko w misce. Nie mikserem, tylko ręcznie. Dodatkowo dodajemy zsiadłe mleko - dla nich zepsute. A to, że nasze dzieci na koniec oblizywały jeszcze palce, było dla nich nie do pomyślenia. Do gofrów przyniosłam jeszcze swojski dżem, więc było naprawdę smacznie. Goście patrzyli na nas z ogromnym dystansem, oczywiście nie chcieli spróbować wypieków. Po jakimś czasie zaczęli dyskutować ze swoim tłumaczem. Okazało się, że postanowili zrobić własne gofry. Myślę sobie, Bogu niech będą dzięki, że mam na zapleczu drugą porcję mąki, jajek i wszystkiego, co potrzebne. Oni z językami na plecach zrobili to ciasto, upiekli i ze smakiem zjedli. Dzisiaj są to dorośli ludzie. Spotkałam ich później podczas rewizyty w Belgii i wiem, że wspominają to wydarzenie do dzisiaj. Podobnie jest z naszymi dziećmi. Często z grupą, która odwiedza Ekspozycję, robię masło. Mamy prawdziwą cierzenkę i w trakcie lekcji wyrabiamy osełkę. Niektóre dzieci myślą, że masło można kupić wyłącznie w sklepie. Jakie są dzikie wrzaski, kiedy na tym drążku pokazują się grudki masła. Nie wszystkie dzieci chcą spróbować, ale generalnie robi to na nich duże wrażenie.

Jak w kaszubskiej chacie

Wystawa to jest taka moja wizja. Jak rozpoczęłam tutaj pracę 19 lat temu, umyśliłam sobie, że urządzę to miejsce na wzór domu kaszubskiego. Najpierw wchodzimy do sieni - takie pomieszczenie gospodarcze z narzędziami. Następnie wchodzimy do mieszkania. Przed remontem było ono podzielone ścianami, teraz mamy jedno duże pomieszczenie. Ma to swoje dobre i złe strony. Więcej miejsca, ale trudniej skupić uwagę dzieci na jednym przedmiocie. Przejście zaczynamy od pralni, gdzie pokazuję jak odbywało się pranie. Duża balia, tara, nosidła do noszenia wody, dwa "waburci". Przynieść trzeba wody, drewna, napalić w piecu, wodę podgrzać, nalać do wanny i wtedy dopiero zaczyna się zabawa. Kawałek mydła i tara. Gdy dotyczy to małego kawałka ręcznika czy ściereczki, nie wydaje się to być skomplikowane. Ale kiedy trzeba wyprać brudne spodnie robocze, tylko kawałkiem mydła na tarze, to już jest wyzwanie. Palce bolą, mowy nie ma o żadnych długich paznokciach, bo się połamią. Było to zadanie na cały dzień. Dzisiaj współczesnym kobietom trudno to sobie wyobrazić. Tym bardziej, że nie dotyczy to bardzo odległych czasów. To są rzeczy z mojego domu, moja babcia jeszcze tak prała.

Po praniu, oczywiście musiało być prasowanie. Tutaj mamy żelazko z kominem. Ma ono ochronę na ręce, żeby się nie poparzyć oraz komin, który odprowadza parę. Oczywiście to żelazko na drewno - niebezpieczne, bo z płonącym ogniem. Jak się przewróci i wysypie na podłogę, może spowodować pożar. Myślę, że niejedna chałupa spłonęła z tego powodu. Mamy też żelazka z duszą, którą wkłada się do pieca. Ciężkie i niewygodne. Kilkugodzinne prasowanie tym żelazkiem to fizyczna, ciężka praca. Kiedy mieliśmy tutaj piec, to oczywiście próbowaliśmy swoich sił. Żelazko prasowało, ale nie tak, jak nasze parowe. Jednak kobiety jakoś musiały sobie radzić. Nie było łatwo wyprasować lniane płótno. Niektóre z nich, ale tylko w bogatych domach, miały magiel. To wałki, które nie grzeją, a tylko ściskają materiał. Do maglowania nadają się rzeczy, które da się złożyć w kostkę, np. pościel, ręczniki, czy serwety. Magiel nie tyle prasował, co zmiękczał materiał. Wszystkie podstawowe prace domowe, dawniej wymagały od kobiet tężyzny fizycznej. Dzisiejsze mimozy, chyba by umarły.

Jednym z ciekawszych urządzeń, które można obejrzeć na ekspozycji jest tzw. Centerfuga. To wirówka, do której wlewało się świeżo udojone mleko. Dosyć szybkie kręcenie korbką powodowało wytrącanie się chudego mleka i śmietany, z której później w cierzence wyrabiało się masło. W naszych zasobach mamy kilka cierzenek, a z jednej z nich, mniejszej, często korzystamy. Wlewamy litr śmietany i razem z dziećmi wyrabiamy masło. Powstaje tradycyjnej wielkości osełka - wystarczy dla grupy, żeby przekonała się jak robi się masło i jak ono smakuje. Potem smarujemy sobie nim chleb, dodajemy dżem - oczywiście swojski, zrobiony przeze mnie z truskawek. Dzieci są zachwycone.

Kuchnia jak u prababki, a na suficie zioła z ogródka

Jak tutaj przyszłam, kuchnia wyglądała trochę inaczej. Pamiętałam kuchnię mojej babki i i tutaj przyniosłam jej oryginalne elementy. Moja babcia miała niebieską kuchnię, a w niej granatowe pojemniki, które również tutaj są. Ładnie do niebieskiej kuchni pasują, więc sądziłam, że po prostu lubiła taki kolor. Ale po latach dowiedziałam się, że kolor niebieski odstrasza owady. Tu nie chodzi o modę czy gust, ale o to, że jest po prostu praktyczna. Kiedy robiliśmy renowację, przygotowując ją do ekspozycji, to pomalowaliśmy wszystkie meble na niebiesko, w takim kolorze jaki mam w swoich wspomnieniach.

Moją pracę zawsze traktowałam bardzo osobiście. Dlatego są tutaj zioła, które sama sieję i zbieram. Interesuje mnie zielarstwo, dlatego zawsze zdobiłam ekspozycję ziołami z mojego ogrodu lub okolicznych pól. Mam tu m.in. macierzankę, tymianek i miętę. To, co na górze nazywam zestawem kamis. To zupełnie naturalny zestaw przypraw, które nasze babki używały w kuchni. Wszystkie zioła, które rosły na polu i w ogrodzie, zbierały w odpowiednim czasie. Teraz ja to robię i z dziećmi podczas lekcji regionalnych, bawimy się w zgadywanki. Dzieci myślą, że to kwiaty. Pocieramy liście i wąchamy. Jestem mile zaskoczona, bo często rozpoznają zapach, np. mięty. Okazuje się, że są to jeszcze całkiem wrażliwe dzieci...

Pańska Izba, czyli dzisiejszy salon...

Salon od kuchni oddziela pokaźny stojak na kwiaty. Kiedyś takie były chlubą każdej gospodyni. Te okazałe asparagusy podarowała mi jakaś kobieta, kilka lat temu. Ja je podzieliłam i namnożyłam. Teraz już się takich w domach nie spotyka. Sam stojak to też rzecz podarowana. Przekazała mi go sąsiadka, synowie odmalowali, a teraz zdobi naszą "Pańską Izbę". Jedną z ciekawszych rzeczy, którą tutaj mamy, jest pamiątka chrztu świętego z 1907 roku. Myślę, że rzecz wyjątkowa. Ta Pani, do której należała, umarła bezdzietnie. Osoba, która się nią opiekowała, przekazała tę pamiątkę do muzeum. Nie była odnawiana, a tak nam się ładnie zestarzała. Każda rzecz, która tutaj jest, ma swoją historię. Obrus kaszubski ma też już ponad 60 lat. Podarowała nam go jedna z czołowych hafciarek. Mimo swego wieku, wciąż jeszcze jest piękny. Dzisiaj mamy hafty minimalistyczne, a ten obrus ozdobiony jest niemal w całości.

Pomysłowość sprzed stu lat

Łóżko praktyczne. Rozłożone na noc, na dzień złożone. Chałupy były małe i meble musiały być do nich dostosowane. Długo jednak zastanawiałam się, dlaczego łóżka były takie krótkie. Okazuje się, że ludzie kiedyś nie spali jak dzisiaj, a w pozycji półsiedzącej. Sienniki oczywiście były ze słomy. Dzieciom bardzo podoba się kołyska. Mówią na nią kołysanka. Łóżko zrobione dla małego dziecka, które rosło razem z maluchem. Wykonane w bardzo pomysłowy sposób. Zwykła kołyska, a ma uchwyty, do których przywiązywało się pasek, który przytrzymywał kołdrę. Tak, żeby dziecko w zimnej chałupie się nie odkopywało. Dodatkowo mama, która spała obok nie musiała do płaczącego dziecka wstawać. Wystarczyło, że pobujała je, pociągając za pasek, a dziecko po chwili zasypiało. Ważnym elementem w każdej chałupie była też skrzynia posażna. Mamy ich więcej, a jedną z nich odziedziczyliśmy po pani, która zajmowała się starymi meblami, więc jest w bardzo dobrym stanie. Wymaga jedynie odmalowania. Przekazał nam ją syn tej kobiety. Tak tutaj trafiło wiele rzeczy. Ktoś pomyślał, że jemu nie jest potrzebne, a tutaj się przyda.

Dzieci potrafią kreatywnie się bawić - wystarczy im pokazać

W ramach lekcji "Czym bawili się nasi dziadkowie" z dziećmi robię zabawki. Z tego, co na pierwszy rzut może wydawać się zbędne. Do szczęścia potrzebne są nam patyki, szmatki, resztki włóczek, czy guziki i sznureczki. Jak się okazuje, są to wystarczające przedmioty, aby zrobić z nich cudowne zabawki. Dzieci robią to z ogromnym zaangażowaniem. Pokazuję im też zabawki z mojego dzieciństwa, przykładowo tzw. "kuziel". To nic innego jak duży guzik z dwoma dziurkami, nawleczony na sznurek. Zabawa polega na jego pociąganiu, co wprawia guzik w ruch. Wygrywa ten, komu dłużej guzik będzie się kręcił. Dzieci nie interesuje to, do momentu kiedy nie spróbują. Podobnie jest z lalkami. Robimy różnego rodzaju pacynki. Dzieci początkowo z dystansem podchodzą do zadania, bo twierdzą, że sobie z nim nie poradzą. Na stwierdzenie, że ktoś nie umie, odpowiadam krótko - każdy umie, a ja pomogę. Ostatecznie zabawa jest przednia. Z językami na brodzie robią składanki z gazety typu piekło - niebo, czy samolocik. To przecież jest z byle czego, ale przynosi dzieciom ogrom satysfakcji. Wystarczy obudzić w nich tę kreatywność. Myślę, że to tylko kwestia inspiracji.

Wiedza, którą warto zatrzymać

Od zawsze podpytuję i chętnie słucham. Moi rodzice i ich rodzeństwo - to od nich się wielu rzeczy dowiedziałam. Mam w rodzinie wuja, gawędziarza, który pięknie o tym wszystkim opowiada, a przy okazji był zawsze złotą rączką i wiele przedmiotów potrafił wykonać sam. Dobra dusza w swojej okolicy. Wujek, a do czego to było? Wystarczyło zapytać, a wujek chętnie opowiadał. Zrobił mi przykładowo bat do poganiania koni. Taka rzecz dość wiotka i na mój chłopski rozum, powinien być on wykonany z miękkiego tworzywa. Okazało się, że robi się go z młodego dębu, takiego kilkuletniego. Świeżo ścięty kawałek drewna, podzielony na pasma - tu jest ich 16, spleciony i ozdobiony rzemieniem. Mam pamiątkę od wujka. Za jakiś czas już nikt nie będzie pamiętał, jak to się robiło... Wiele rzeczy ludzie umieli zrobić sami. Nie mieli pieniędzy, więc musieli być samowystarczalni. Ta pomysłowość mnie zawsze zachwyca. Podobnie z przedmiotami np. rolniczymi. Nie mieli obliczeń, wzorów, a doszli do tego, jak je z pomysłem wykonać. Duże koło zaczepia się w małe koło, tutaj się blokuje i działa. Pełna jestem uznania. Tyle pracy rąk. Zabawki też robione były ręcznie. Mama uszyła lalkę, dziadek wystrugał konika. Nie dość, że miały one inną wartość, były też praktyczne i ładne. Dzisiejsi ludzie już by się w tym świecie nie odnaleźli...

W Stałej Ekspozycji Muzealnej, organizowane są lekcje muzealne oraz okolicznościowe wystawy. Zwiedzać ją można od poniedziałku do piątku w godzinach od 9:00 do 16:00.

DS
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    miłośniczek - niezalogowany 2018-06-07 13:51:28

    Super pomysł!! brawo za inicjatywę,pasję,chęć dzielenia się z innymi.

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    Anna One - niezalogowany 2018-06-06 13:19:57

    Pięknie napisane, aż się zachęciłam. Czy zwiedzać można indywidualnie? Będąc w Sierakowicach chętnie bym Was odwiedziła.

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Kartuzy.info




Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Najnowsze wiadomości