Reklama

Tuchom. Małżeństwo z najdłuższym stażem w żukowskiej gminie

Jadwiga i Alojzy Grothowie z Tuchomia na ślubnym kobiercu stanęli 70 lat temu. Zostali rodzicami pięciorga dzieci - trzech córek i dwóch synów. Doczekali się dziewięciu wnuków i 12 prawnuków. W połowie września obchodzili swoje kamienne gody. Szacowni jubilaci otrzymali listy gratulacyjne, upominki, kwiaty i wiele serdecznych życzeń.

Jubileuszowa uroczystość, w której brało udział prawie 50 zaproszonych gości, odbyła się w tuchomskim Dworku Oleńka. Rozpoczęła się ona mszą św., którą odprawił ks. Piotr Gruba, proboszcz chwaszczyńskiej parafii. Po nabożeństwie 94-letnia Jadwiga Groth i jej 96-letni małżonek otrzymali listy gratulacyjne wraz z błogosławieństwami od papieża Franciszka, arcybiskupa Sławoja Leszka Głódzia i proboszcza Piotra Gruby.

Życzenia, gratulacje i upominki złożył także Wojciech Kankowski, burmistrz żukowskiej gminy oraz sołtys i Rada Sołecka Tuchomia. Niespodzianką dla jubilatów był minikoncert w wykonaniu miejscowego chóru Strzelenka.

Podczas odnowienia przysięgi małżeńskiej i odbieraniu życzeń państwo Grothowie nie ukrywali łez wzruszenia.

Alojzy Groth urodził się w Baninie. Jako szesnastolatek wraz z rodzicami przeniósł się do Tuchomka (część wsi Tuchom). Jego przyszła małżonka Jadwiga z domu Żywicka urodziła się w Klukowie. Ona także ze swoją rodziną zamieszkała w tej samej wsi. Tutaj można było znaleźć pracę u właściciela wielkiego majątku Niemca Winkelmanna. Los sprawił, że obie rodziny ze sobą sąsiadowały. Można więc powiedzieć, że jubilaci znali się niemal od dziecka.

Kiedy przyszedł ten moment, gdy zdali sobie sprawę z tego, że są dla siebie stworzeni? - Tak jakoś nam wyszło - śmiejąc się, odpowiada pani Jadwiga. Po chwili dodaje: - Oczywiście chodziliśmy ze sobą, a potem zdecydowaliśmy, że będziemy razem na całe życie. Bywało różnie, raz na wozie, raz pod wozem, ale zawsze ciągnęliśmy go wspólnie. - Jestem bardzo zadowolona z dzieci, wnuków i prawnuków - w jej głosie słychać wyraźnie rozczulający ton.

Za co pan Alojzy najbardziej ceni żonę? - Wszytko w niej jest dobre, bo była… szkolona - żartuje. Świetnie gotuje, a przy niej i ja się tego nauczyłem. Gdybym się urodził w bogatszych czasach, to zostałbym kucharzem. Muszę też dodać, że świetnie gotuje i piecze wyśmienite torty nasza synowa Maria.

Po wojnie Alojzy Groth przez jakiś czas pracował m. in. w stolarni we Wrzeszczu. Pozostałą część zawodowego życia oboje małżonkowie przepracowali na ośmiohektarowym gospodarstwie, które otrzymali z parcelacji byłego tamtejszego majątku. Nie był to prezent za darmo. Parcelację trzeba było spłacić, ale wkładano też pieniądze we własne gospodarstwo. Nie było im łatwo. Po przejściu na zasłużoną emeryturę ziemię przekazali swojemu synowi Stanisławowi i jego żonie Marii.

- Naszą gospodarkę daliśmy Stasiowi, bo miał do tego talent. W pracach pomagał nam już od dziecka - wyznaje ojciec.

- Świeże powietrze, praca fizyczna, ruch - to najlepsza recepta na długie życie i staż małżeński moich rodziców. Gołym okiem widać jak świetnie się uzupełniają. Starają się, aby każdy dzień przeżyć razem w harmonii i w obustronnym zrozumieniu. Jeżeli nawet mieli odmienne zdania w jakieś sprawie, szli na kompromis. Zawsze wybierali złoty środek. To dla nas świetny wzór, który wzbudza duży szacunek - stwierdza syn Stanisław.

- Jedno za drugim poszłoby w ogień. Oni po prostu nie mogliby bez siebie żyć - puentuje synowa Maria.

Kiedy pani Jadwiga znalazła się w szpitalu, syn i synowa powiedzieli ojcu, że będzie tam tylko dwa dni. Pobyt trwał jednak o wiele dłużej. - Tata codziennie pytał, kiedy wróci. Widziałem jak mocno to przeżywa. Dla niego dziesięć dni bez żony to była wieczność - wspomina syn Stanisław.

Ze wszystkich wnuków Jolanta Kielińska ma najczęstszy kontakt z dziadkami. Wychowywała się we wspólnym domu. Jedynie wejścia mieli osobne, ale zawsze byli pod ręką.

- Kiedy miała niewiele pod trzy lata, któregoś wieczoru rodzice wybrali się w gościnę do niedalekich sąsiadów. Położyli mnie spać i wyszli. Chyba na złość, że byli nieobecni, obudziłam się w nocy i zaczęłam płakać. Widocznie tak głośno, że usłyszeli mnie dziadkowie i wzięli do siebie. Dziadek wyciągnął mnie przez lufcik. Proszę sobie wyobrazić panikę rodziców, którzy zobaczyli puste łóżko, zamknięte na klucz drzwi, a po mnie ani śladu. Ponoć rodzicom nieźle się dostało. Z tego epizodu wyciągam jeden wniosek - zawsze mogłam liczyć na czujność i opiekuńczość moich dziadków - uważa Jolanta Kielińska.

Longina Templin
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Kartuzy.info




Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Najnowsze wiadomości