Reklama

Wielkanocne tradycje na Kaszubach

15/04/2006 15:09
O kaszubskich tradycjach związanych z obchodami świąt Wielkiej Nocy opowiedział nam Tadeusz Makowski, członek zespółu „Pleskota” z Chmielna.

Wielki tydzień uroczyście otwierała Niedziela Palmowa. Święciło się wtedy gałązki wierzbowe, pokryte jedwabistymi baziami czyli kotkami. Nie było na Kaszubach zwyczaju robienia kolorowych palm. Do kościoła nosiło się pęczek bazi wierzbowych wiązanych sznureczkiem lub wstążeczką i nazywało się je palmami. Kiedy palmy już zostały poświęcone w kościele, przynosiło się je do domu i wkładało się najczęściej za obrazy. Pozostawały tam przez cały rok aż do momentu nadejścia kolejnych. Wtedy to palmy wymieniało się na nowe, a starych nie można było wyrzucać tylko spalić je trzeba było w piecu.

Te święcone palmy miały zabezpieczać przed chorobami i po przyjściu z kościoła dziadek, babcia i inni domownicy jednego kotka połykali, co miało zapewnić im zdrowie. I chyba to działało, bo jak wspomina pan Tadeusz, kiedy umierała jego babcia, miała 96 lat, bazie więc na pewno jej pomogły. Matka pana Tadeusza dzisiaj liczy już 91 lat. Pan Tadzio nie wie, czy jeszcze teraz, bo już z nią nie mieszka, ale kiedyś zawsze tradycyjnie połykała "kotka". Na pewno nie zaszkodziło to nigdy nikomu.

Od Wielkiego Piątku milkły w kościołach dzwony, a w użycie wchodziły hałaśliwe klekotki młoteczkowe, czyli te spokojniejsze „knary” i trochę głośniejsze klekotki „sznary. Tego dnia wieczorem, jak i w Wielką Sobotę, chłopcy chodzili z owymi klekotkami po wsi, i czynili wielką wrzawę, oznajmiając żałobę. Istniał też zwyczaj zabierania gałązek z rozpalonego w Wielką Sobotę przed świątynią ogniska. Pamiętam, że te „święte węgła” jak się na nie mówiło, stawiane były później na oknach i miały one zabezpieczyć domostwo przed piorunami.

W Wielką Sobotę wszyscy robili święconkę, w koszyku musiał znaleźć się przede wszystkim kawałek kiełbasy, sól, kawałek chleba, oczywiście ciasto, jajko, niektórzy robili specjalne baranki maślane z foremek, a gdy foremek nie mieli to baranki były robione ręcznie. Jajko, nie było malowane we wzory tylko gotowane w różnych łupinach, w cebuli bądź w łupinach orzecha, jak również w burakach. Było kolorowe, ale jednolite, gdyż robienie pisanek nie było wówczas rozpowszechnione.

Dawniej nie "przelewało się" na Kaszubach i nie było na co dzień takich pyszności, dlatego kiedy tylko ksiądz poświecił święconkę, po wyjściu z kościoła od razu ten kawałek kucha, ten kawałek kiełbasy był spałaszowany przez młodych. Pan Tadeusz pamięta również jak próbował w drodze powrotnej z kościoła tego maślanego baranka, każdy ugryzł chociaż po kawałku, było to dobre swojskie masło, i pamięta ten smak do dziś. Często zdarzało się tak, że dzieci i młodzież wracający do domów oddalonych o kilka, kilkanaście nawet kilometrów, nie przynosiły do domu nic, koszyczki po prostu były puste.

Potrawy
Nie pamiętam, by tradycją było dzielenie się jajkiem w świąteczny poranek niedzielny, choć jajka królowały całkowicie na stole świątecznym przez dwa dni. Były jajka gotowane i smażone, podawane pod każdą postacią. Jednak jajka na wsi miał każdy na co dzień, było to takie podstawowe jedzenie, a święta odznaczały się tym, że była zabita kaczka czy gęś.To były prawdziwie świąteczne potrawy. Przedtem w ogóle tylko odświętnie podawano drób i rosół robiło się tylko w wyjątkowych sytuacjach.

Najczęściej spotykanymi potrawami świątecznymi była też szynka gotowana i wędzona, zylc (galareta z posiekanego mięsa), wątrobianka, krwawô (salceson). Z ciast przede wszystkim babka i młodzewé (placek drożdżowy). Takie ciasta jak serniki, makowce, mazurki na biedne niegdyś Kaszuby dotarły dużo później. Świąteczną potrawą były też oczywiście jajka, chociaż nie było zwyczaju dzielenia się nimi. Jajka były farbowane w cebuli bądź w łupinach orzecha i były jednolite - robienie pisanek nie było wówczas rozpowszechnione.

Zając
W poniedziałek do dzieci przychodził Zając z prezentami. W tym celu w niedzielę trzeba było przygotować dla niego gniazdo. Umieszczano je zazwyczaj w ogrodzie pod drzewem, w stodole lub w sieni. Jeszcze dziś dzieciom mówi się: Widzôl të tegò zajca, òn pewno mùszi miec tu gniôzdo, po czym rozpoczynało się poszukiwanie gniazdka.

Dyngus - śmigus
Na Kaszubach nie było kiedyś zwyczaju polewania się wodą, z biegiem lat młodzi zmienili trochę tą tradycje. Kiedyś w poniedziałki smagało się dziewczyny jałowcem. Było to tzw. „jałowcowe lanie”. Po jałowca, czyli kaszubskiego zielonego dyngusa, wychodziło się grupami na spacer już w Niedziele Palmową. Po długich poszukiwaniach najodpowiedniejszego jałowca młodzi przynosili go do domu i zostawiali w pomieszczeniu gospodarczym, czyli w tzw. "świni kuchni". Znajdował się tam parnik albo piec, gdzie przygotowywało się karmę dla zwierząt. Jałowiec był wieszany lub ustawiany pod piecem, no i przez cały tydzień po prostu sechł przez co igły stawały się twarde, bo świeże są miękkie i dygowanie nie miałoby takiego efektu.

Później w rozmowie z tatą lub z bratem, czyli z gospodarzami domu, dyngownicy umawiali się, które okno w piwnicy lub w pokoju będzie otwarte, albo drzwi od kuchni z tyłu albo jakieś okno w izbie, tam gdzie spały młode dziewczyny.

Dziewczyny, aby ustrzec się przed dygowaniem podtykały pod drzwi krzesła albo inne przedmioty, żeby zrobił się harmider jak chłopcy będą wchodzili. Skoro tylko świtało, a było to gdzieś w okolicy godziny czwartej lub piątej rano, przez otwarte okna wchodziło trzech, czterech młodych chłopaków, podnosili pierzyny. Kiedy takie metrowe jałowce lądowały pod pierzyną to było dużo hałasu i krzyku, gdyż chłopcy smagali dyngusem gołe nogi panienek.

Gospodarz otwierał również drzwi do gospodyni, żeby też dostała trochę po nogach. Kiedyś smagano niektóre gospodynie, te, które nieskore były do obdarowywania "dyngowników". Oczekiwano, że „brytka”, czyli panienka, musiała wstać z łóżka i ugościć kawalerów, poczęstować ich śniadaniem, przeważnie jajecznicą na boczku. Zdarzało się tak, że nie wszystkie panny były dygowane, bo te, które zadzierały nosa i nie chciały się umawiać z chłopakami nie dostępowały zaszczytu dygowania.

Trzeba zaznaczyć, że kiedyś zawsze panny nosiły spódnice i nie było to do pomyślenia, żeby dziewczyna ubrała spodnie. Dawniej jak pan Tadeusz był jeszcze chłopakiem to tylko „dziewczyny lekkiego obyczaju” nosiły spodnie. Więc kiedy dziewczyny szły do kościoła widać było czerwone i pokłute nogi. Ta która miała najwięcej śladów najwyżej podnosiła głowę i była dumna z odwiedzin chłopców, bo oznaczało to, że jest przez nich lubiana i ma powodzenie.

Zwyczaj ten do dziś jest żywy, a dziewczęta raczej nie starają się unikać "dyngowania", bo jego intensywność nadal świadczy o powodzeniu. O tych, które pominięto przy chłostaniu mawiano, że nie znajdą szybko męża. Po kościele wszyscy spotykali się w domach albo w najbardziej uczęszczanym miejscu spotkań we wsi. Mężczyźni często grali w karty, pili sznaps, kobiety pludrowaly (plotkowały), a młodzież urządzała zabawy taneczne.

(izi)

P.S.
Korzystając z okazji redakcja portalu Kartuzy.info składa najserdeczniejsze życzenia z okazji świąt Wielkiej Nocy, życzymy wszystkim czytelnikom dużo radości i nadzieji, miłych spotkań z najbliższymi, smacznego jajka i mokrego dyngusa.
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Kartuzy.info




Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Najnowsze wiadomości