Do Kartuz przybyła 10 dni temu z sześcioletnią córką, malutkim bagażem i dwoma chomikami. Wita jest uchodźczynią z Kijowa. Tekściarką i pieśniarką. Uciekła przed wojną, by zapewnić bezpieczeństwo swojemu dziecku. Podzieliła się z nami swoją historią, a za tydzień z mieszkańcami Kaszub i przebywającymi tu Ukraińcami, podzieli się swoją twórczością. 20 marca w KCK odbędzie się jej koncert.
Przedmieścia Kijowa. Środa wieczór, 23 lutego. 47-letnia Wita przyszykowała Stefanię, swoją sześcioletnią córkę na kolejny dzień szkoły. Poszły spać. W czwartek obudziła się wcześniej niż zwykle. Jakby coś przeczuwała. O 4.45 usłyszała pierwszy wybuch. Jak inni, natychmiast wybiegła na ulicę. Nic nie zobaczyła. Naliczyła łącznie dziewięć odgłosów zrzucanych bomb. Nie wiedziała, co się dzieje.
Weszła na Facebooka. Na portalu błyskawicznie zaczęły się pojawiać relacje ludzi o wybuchach z innych miast – Odessy, Charkowa, Mariupola… Z tego, że wybuchła wojna zdała sobie sprawę bardzo szybko. Pojawiło się pytanie – co teraz? Zadzwoniła do swojej pracy i szkoły córki. Zalecenie było jedno – zostać w domu i czekać.
- Usiadłam i zaczęłam rozmyślać nad tym, co mogę zrobić, jak pomóc. Zdałam sobie sprawę, że nie umiem ani strzelać ani profesjonalnie udzielać pierwszej pomocy. Pomyślałam wtedy, że przecież czułam, że może się to wydarzyć, że może wybuchnąć wojna, ale kompletnie się na to nie przygotowałam. Zadałam sobie pytanie – czy potrafiłabym strzelić do drugiego człowieka? Odpowiedź była jedna – nie. Zgłosiłam się jako wolontariuszka, by zrobić cokolwiek. Nikt się nie odezwał. W pewnym momencie spojrzałam na moją córeczkę. Zrozumiałam, że ona jest całkowicie bezbronna, najbardziej potrzebuje w tej chwili mojej pomocy. I to ja muszę zadbać o jej bezpieczeństwo – opowiada Wita, ukraińska uchodźczyni.
Siedzimy w niewielkim, przytulnym mieszkaniu Małgosi i Jarka w Kartuzach. Małżonkowie po tym, jak dowiedzieli się o sytuacji w Ukrainie, natychmiast zadeklarowali, że chcą oddać swój wolny pokój matce z dzieckiem. Wita i Stefania pojawiły się u nich, w czwartek, 3 marca po południu. Znają trochę rosyjski. Jarek pełni funkcję tłumacza.
- Spakowałam dokumenty i najpotrzebniejsze rzeczy w plecak i małą walizkę. Z domu zabrałyśmy jeszcze dwie klatki z chomikami. Należały do Stefanii. Nie mogłam ich tam zostawić. Telefony nie działały. Z klatkami, plecakiem, walizką i poszłyśmy przez las, do miejsca, gdzie czekał człowiek, który obiecał dowieźć nas na stację kolejową – opowiada kobieta.
Udało się. Dotarły na dworzec do Kijowa.
- Był tam tłum ludzi tak wielki, że nie było szans, by dostać się do pociągu, który miał jechać z Kijowa bezpośrednio do Warszawy. Nagle rozległ się alarm przeciwlotniczy. Padliśmy na ziemię. Wszyscy. Na stacji stał zamknięty pociąg podmiejski. Z pomocą mężczyzn otwarto jego drzwi, a ludzie schowali się do środka. Kierownik pociągu zgodził się nas wszystkich przewieźć w bezpieczniejsze miejsce. W kompletnych ciemnościach, bez świateł, ruszyliśmy przed siebie. Nie miałam pojęcia dokąd jedziemy – relacjonuje.
Dojechali do Równego w obwodzie lwowskim. Na dworcu pracowali wolontariusze, którzy nakarmili przyjezdnych i powiedzieli im o możliwości wyjazdu do Polski.
- O Polsce wiedziałam tyle, co wszyscy – że kraj w ostatnich latach bardzo rozwinął się gospodarczo, że jest tam bezpiecznie i wielu Ukraińców jeździ tam do pracy. Moje dziecko potrzebuje nie tylko bezpieczeństwa, ale też pomocy psychologicznej. Nie wahałam się długo. Uznałam, że tam będzie jej najlepiej, a poziom życia jest znacznie lepszy niż w innych posowieckich krajach rozwijających się – wyjaśnia.
Dotarła do Warszawy, jednak okazało się, że tu już większość miejsc dla uchodźców zajęta. Wsiadła w pociąg do Gdańska, stamtąd trafiła do Żukowa, a następnie do Kartuz.
- Bardzo się bałam, gdy wyjeżdżałam, ale w Polsce spotkałam wielu dobrych ludzi. Nazywam ich aniołami. Wszyscy byli bardzo pomocni. Małgosia powitała mnie jak kogoś z najbliższej rodziny. To było niezwykle. Przed wojną my, Ukraińcy, myśleliśmy, że nasi bracia to Rosjanie i Białorusini. Okazało się, że naszymi prawdziwymi braćmi i siostrami są Polacy – powiedziała uchodźczyni.
Podróż do domu Małgosi i Jarka nazywa Czasem Aniołów.
- Jestem bardzo wierząca, wiem, że Bóg nas ocalił i zesłał Anioły, które nam pomogły na każdym kroku. Małgosia powitała mnie z otwartymi ramionami. Byłam w tak wielkim stresie, że nie byłam w stanie płakać, ale zrozumiałam, że jestem bezpieczna. Stefania odżyła, jest szczęśliwa i wesoła. Moje serce się uspokoiło. Teraz mogę spokojnie zastanowić się, co dalej – dodała.
Szybko okazało się, że gość Małgosi i Jarka, obdarzony jest wyjątkowymi talentami – Wita pisze, komponuje i przepięknie śpiewa. Tworzy od 15 roku życia. Jej ojciec, pracownik fizyczny, był przekonany, że śpiewaniem jego córka nie zarobi na życie. Chciał by miała w ręku „prawdziwy zawód”. Została więc fryzjerką. Potem pracowała przez wiele lat jako asystentka nauczyciela, zajmowała się też animowaniem życia szkolnego. W głębi serca jednak wciąż czegoś jej brakowało. Zamilkła na wiele lat.
- Żyłam, pracowałam, ale w środku czułam pustkę. Wiedziałam, że muszę tworzyć, muszę śpiewać. W końcu zrozumiałam, że mieszkając w niewielkim miasteczku, nie mam szans, by ktoś mnie usłyszał. W 2007 roku przeprowadziłam się do Kijowa. Śpiewałam dla przyjaciół. Jeden z nich powiedział mi, skoro czujesz, że musisz śpiewać, wstań i zrób to. Wzięłam gitarę i zaczęłam występować w kijowskim metrze – opowiada Wita.
Jej pierwsze utwory opowiadają o wierze, Bogu i miłości. Stworzyła trzy cykle – jeden poświęcony jest tematyce wojennej, drugi związany jest z wiarą, a ostatni powstał w całości w języku ukraińskim. Jak zaznacza, najbardziej twórcze dla niej lata to te, kiedy było jej w życiu najtrudniej. Gdy w 2013 roku rozpoczęły się protesty na Majdanie, Wita bardzo chciała wesprzeć swoich rodaków.
- Postanowiłam wziąć gitarę i śpiewać, by podtrzymać w ten sposób innych na duchu. Chciałam pomóc tak, jak umiem. Ale oni nie potrzebowali pieśni. Wzięłam więc nożyczki i zaczęłam strzyc tych, którzy rozpoczęli walkę. Myła podłogi w sali, gdzie udzielano pomocy medycznej. Z czasem ludziom zaczęły pomagać także jej piosenki. Po tym, jak zaczęto strzelać do protestujących, Wita stworzyła dwa ważne utwory – „Krew Majdanu” i „Minuta Milczenia”. Obie trafiły potem na ścieżkę dźwiękową do filmu dokumentalnego, opowiadającego o tym konflikcie.
- Zrozumiałam wtedy, że nie mogę dłużej milczeć. Po 2014 roku, po Majdanie, Donbasie, Ukraina zaczęła się zmieniać. Ukraińcy zrozumieli, że mogą żyć w niezależnym kraju, że świat jest dla nich. Coraz częściej spoglądali ku zachodowi i zaczęli odwracać się od wpajanej im od dziecka sowieckiej mentalności. Do wojny żyliśmy każdy swoim życiem. Ze strachu nikt nie protestował. Teraz wiele zrozumieliśmy, nikt nie może naruszać praw i wolności innych. Walczymy o naszą wolność, ale wojna w Ukrainie dotyczy całego współczesnego świata i ważne, by ludzie to zrozumieli. By zadali sobie pytanie – po co komu wojna? Jak człowiek może wystąpić przeciw drugiemu? W imię czego – wyznaje Wita.
20 marca o godz. 17 w Kartuskim Centrum Kultury Wita wyśpiewa swoją opowieść. Koncert współorganizowany przez Klub Wolontariatu Warto, dedykowany jest wszystkim, którzy otworzyli już swoje serca na ukraińskich braci, ale też tym, którzy chcą ich historię lepiej poznać i zrozumieć. Przyjdź i posłuchaj.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!