Reklama

Władysław Pipka: „… tylko modlitwa i chęć życia ratowały ludzi…”

23/05/2005 09:09
Ponurą sławę zyskał na Pomorzu obóz przesiedleńczy w Potulicach istniejący od 1941 do 1945 roku. W okresie tym liczba więzionych wynosiła 25 000 osób, zmarłych 1291, w tym ponad 700 dzieci. Od 2 października 1941 do 20 stycznia 1942 roku obóz ten jako samodzielny podporządkowany był komendantowi Stutthofu.

Od 1 września 1942 roku Potulice stały się centralnym obozem przesiedleńczym i podległym Centrali Przesiedleńczej w Gdańsku, pełniąc jednocześnie funkcję obozu pracy. Podczas okupacji Potulice znane były części społeczeństwa polskiego nie tylko na Pomorzu, ale i w Generalnym Gubernatorstwie (GG). W lecie 1943 roku "Ziemie Zachodnie Rzeczypospolitej" komunikowały: "Potulice zostaną symbolem hańby niemieckiej. W obozie tym przebywa nadal ok. 15 000 Polaków; którzy kolejno wymierają. Śmiertelność jest wielka, zwłaszcza wśród dzieci. Z reguły giną wszystkie niemowlęta. Ludność stara się przemycać żywność do obozu".
Jednym z więźniów tego obozu był mój dziadek Władysław Pipka z Czeczewa.
W imię pamięci ofiar obozu koncentracyjnego w Potulicach a także, aby nowe pokolenia poznawały historię tych wydarzeń, co roku w miesiącu kwietniu obozowicze, którzy przeżyli i żyją w chwili obecnej, spotykają się na terenie dawnego obozu. Mój dziadek Władysław na ile starczy mu sił będzie tam zdążał, ja również wraz z nim odwiedzam to miejsce…

W imię pamięci zapisałam wojenne losy dziadka Władysława i jego rodziny.

Mój dziadek Władysław Pipka często opowiada mi o II wojnie światowej. Niemcy napadli na Polskę 1.IX.1939 roku o godzinie 4 nad ranem. Zaraz 2.IX. Niemcy wtargnęli do dziadka gospodarstwa. Niemiecki kapitan wraz z żołnierzami, pod pretekstem, że ukrywało się w domu polskie wojsko przeszukali całe gospodarstwo. Dziadka ojca postawili, pod bronią, na rozstrzelanie, gdyby coś znaleźli. Mój dziadek, wówczas 11 letni chłopak, wrócił z pola z psem. Żołnierze wściekli się, że w mieszkaniu nic nie znaleźli, zabili psa. Od tego czasu zaczęła się gehenna rodziny Pipka. Od 1939 roku grożono im wyrzuceniem z gospodarstwa( jeżeli rodzice dziadka nie podpiszą tzw. folks-listy, chodzi o zniemczenie ). Na ten czas gospodarstwo uzależniono od niemieckiego obszarnika Hynny. Mój pradziadek wraz z całą rodziną byli nie ugięci w swoich przekonaniach i z tego powodu w 1942 roku o godzinie 23.30-sołtys wsi (sąsiad pradziadka- Niemiec o nazwisku Brać), wraz z policja niemiecką wtargnęli do domu rodziny Pipka- dając 20 minut na spakowanie podręcznego bagażu. Następnie na rozkaz Niemców zostali wywiezieni (furmanką kierował mieszkaniec Czeczewa pan Bullman). Przetransportowano ich na dworzec PKP do Kartuz. Dziadek wspomina jak straszne było to uczucie, kiedy wyruszyli w nieznaną podróż. Moi pradziadkowie musieli dokonać tej nocy w 1942 roku strasznego wyboru; pozostawić w domu ciężko chorego, najmłodszego syna Jana, którym później dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności zaopiekowała się matka mojej prababki mieszkająca w Kosowie. Wojenna podróż rozpoczęta pociągiem z Kartuz prowadziła do Bydgoszczy, jednak,(jak mówi dziadek) wówczas zupełnie się nie orientowali dokąd ich wieziono. Następny etap podróży, ciągle pod nadzorem policji niemieckiej, rozpoczął się po kilkugodzinnym oczekiwaniu na dalszy transport z Bydgoszczy do Nakła. Postój w miejscowości Nakło wzbudził w transportowanych ludziach, w tym w rodzinie mojego dziadka, strach, przerażenie i trwogę. Widok SS-manów, niemieckich ciężarówek i nadchodzący już wieczór- wzmogły to straszne odczucie. Jeńcy- bo tak już zaczęto nazywać ludzi z transportu- zostali załadowani do ciężarówek i przewiezieni do obozu „lagru” do Potulic. Późnym wieczorem rodzina dziadka przekroczyła bramę obozu koncentracyjnego- Potulice. „Przywitanie” jeńców przez SS-manów rozpoczęło się dokładną rewizją, gdzie pozabierano rodzicom mojego dziadka osobiste rzeczy i pamiątki. Następnie przepędzono ich pod nadzorem „Kapo” (czyli tzw. gospodarza baraku obozowego) do baraku nr 3, tj. ziemianki, która swym kształtem przypominała prymitywną psią budę. Tam spędzili 2 noce bez jedzenia i picia. Dopiero trzeciego dnia jeńcy ujrzeli światło dzienne i otrzymali głodowe porcje żywności. Ten dzień utrwalił się mocno w pamięci mojego dziadka. Musieli się poddać eksperymentalnym zastrzykom, które wywoływały u jeńców róznego rodzaju schorzenia a nawet zgon. Ten koszmarny dzień uświadomił im piekło, które zostało zgotowane dla Polaków przez Niemców. Był to widok kolczastych drutów, zagorzałych SS-manów. Doświadczyli w tym dniu okrucieństwa, które mój pradziadek okupił własną krwią (strasznie go pobito). Podawanie zastrzyków trwało około dwóch tygodni, obozowicze byli tym strasznie umordowani, a szczególnie bolesne było miejsce ich podawania- okolice klatki piersiowej. Tym zabiegom poddano wszystkich dorosłych, młodzież i dzieci…

Codzienne warunki życia, były niegodne człowieka. Baraki otaczały cuchnące doły kloaczne, a w barakach na żywca zjadały ludzi wszy, pluskwy i karaluchy. Czas mijał. Rodzina Pipka starała się przeżyć kolejne dni w potulickim obozie, jednak było to strasznie trudne-zostali rozdzieleni. Pradziadka wywieziono na przymusowe roboty do Gdyni. Prababcia trafiła do pracy przymusowej w majątku ziemskim oddalonym od Potulic o ok. 30 km. Mój dziadek Władysław, został na terenie obozu, gdzie przydzielono go tzw. kolumny transportowej. Stanowili wraz ze współtowarzyszami siłę roboczą i pociągową. Na terenie obozu zostały również dwie młodsze siostry dziadka: Jadwiga i Władysława. Ich dni w obozie przemijały na cierpieniu, płaczu, udręce. Wraz z innymi dziećmi codziennie wpędzano je w ogrodzenie i często znęcano się nad nimi. Jako młody chłopak Władysław był zmęczony ciężką pracą fizyczną. Wynikało to z ciągłego niedożywienia. Karmiono ich lurowatą zupą szpinakową i kromką chleba. Do picia dawano odrobinę czarnej, okropnej w smaku kawy. To wszystko spowodowało ciężką chorobę górnych dróg oddechowych. Jedynie dzięki pokryjomej pomocy lekarza obozowego dziadek uszedł z życiem. Obozowe piekło trwało. W 1943 roku, ojciec mojego dziadka wrócił z przymusowych prac do obozu- ze względu na ciężką chorobę. Tę sytuację próbowali znowu wykorzystać Niemcy. Pradziadek był zmuszany wielokrotnie do podpisania folks-listy. Był fizycznie słaby, ale jego psychika i patriotyzm nie poddały się- nie podpisał. Władysław po niedokończonym leczeniu musiał powrócić do transportowej kolumny. Dni przemijały, zapisując w jego pamięci okrutne obrazy, doznania i przeżycia z obozu koncentracyjnego w Potulicach. Nie umie zapomnieć skazanych na śmierć głodową. Szczególnie kobiety z synkiem, którzy pochodzili z okolic Kościerzyny. W tak ciężkich i okrutnych warunkach mijał kolejny rok 1944. W pamięci Władysława, jeńca potulickiego obozu, ten rok zapisał się ciężką chorobą matki, którą w agonii przewieziono z majątku na teren obozu. Jak wspomina-chyba tylko wola, modlitwa i chęć przeżycia, uratowały jego matkę. Nadchodził koniec 1944 roku. Mój dziadek i inni jeńcy zauważyli w zachowaniu Niemców pewien niepokój, rozdrażnienie. Jednak nie wierzyli, że okupacje niemieckie zaczęły dobiegać końca. Im bliższy był początek roku1945, tym większa była determinacja i nienawiść ogarniająca SS-manów i szczególnie okrutnie znęcali się nad jeńcami obozu. Doświadczył tego Władysław. Rankiem21.I.1945roku-został ciężko pobity przez Niemca-SS. Jednak, jak dzisiaj wspomina, ten dzień okazał się jednocześnie dniem wspaniałym, godnym ciągłej pamięci. O godzinie 13.00 ogłoszono Potulicach wyzwolenie. Obozowe władze niemieckie uciekły. Wycieńczeni jeńcy obozu nie potrafili się oswoić z wolnością. Jednak gdy dotarło to do ich psychiki-zaczęli wyruszać w drogę do domu. Powrót Władysława wraz z rodziną na tyłach linii frontu trwał długie 3 miesiące. Utrudzeni, z pustymi rękoma dotarli do swojego domu, gdzie zastali zgliszcza. Wdzięczni, że przeżyli, zaczęli żyć i gospodarować w Czeczewie od nowa.

Natalia Groth



Natalia Groth jest uczennicą VI klasy Zespołu Szkół w Czeczewie

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    ja - niezalogowany 2005-05-23 09:32:07

    [][][]... :cry:

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Kartuzy.info




Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Najnowsze wiadomości