Reklama

Wspomnienia Konrada Gruchały

08/10/2004 12:13
Artylerzysta dzielny przez całe życie
O panu Konradzie Gruchale dowiedziałam się od naszych kombatantów; stara się być obecny na ważniejszych spotkaniach, ostatnio był w Licheniu i dzielnie znosił trudy jednodniowej pielgrzymki, chociaż wnet będzie miał dziewięćdziesiąt lat. Powiedziano mi, że chętnie i pięknie opowiada o swoim życiu, w czym nie było żadnej przesady. Oto jaką opowieść usłyszałam.

Urodził się w Łączkach, małej wioseczce za Mojuszem, i tam mieszka nadal. Gdy w 1915 roku przyszedł na świat jako pierworodny syn Rozalii z domu Kitowskiej i Leona Gruchały, ojciec był na wojnie. Potem rodzina się powiększyła i było u Gruchałów sześcioro dzieci. Mimo że gospodarowali na 60 morgach, nie było ich stać na posyłanie dzieci do dalszych szkół. Konrad skończył edukację po siedmiu latach nauki w najniżej zorganizowanej szkole w Szopie, a nauczycielami jego byli pan Stark, a potem również pan Sowiński. Opowiada jeszcze dzisiaj z nutką rozżalenia, że był uczniem zdolnym i chętnie uczyłby się dłużej, jednak ojciec potrzebował go do pracy przy gospodarce. Obstawanie przy swoim nie było wtedy w zwyczaju. Od czternastego roku życia razem z tatą chodził w pole kosić. Ojciec go już sposobił na swego następcę. Pomagał Konrad przy gospodarce aż do czasu, gdy został powołany do wojska, czyli do 1938 roku.

Został żołnierzem marynarki wojennej, a dokładniej służył w artylerii przeciwlotniczej. Już w marcu 1939 roku w terminie przyśpieszonym złożył przysięgę, bo coraz częściej mówiło się, że może być wojna; w kościołach śpiewano suplikacje a z powodu tego przyśpieszenia rodzice Konrada i jego współtowarzyszy na przysięgę nie przyjechali. Dla mojego rozmówcy zaczynał się chyba najważniejszy okres jego życia; tak ważny, że do dzisiaj opowiada o nim w szczegółach. Myślę, że wydarzenia i przeżycia wojenne w dużej mierze ukształtowały sylwetkę pana Konrada. A przecież to w jego długim życiu krótka chwila – zaledwie 19 dni, bo tyle trwała obrona Oksywia. Pan Konrad należał bowiem do obrońców Kępy Oksywskiej; był jednym z tych, którzy przeżyli.
Jak wyglądał ten jeden z bohaterskich epizodów Września 1939 w oczach starszego marynarza Gruchały? Należał do baterii Wąwóz Ostrowiecki, której dowódcą był porucznik Rostkowski, a bezpośrednim przełożonym – działowy bosman-mat Miszker. Bateria miała dwa działa przeciwlotnicze dalekostrzelne o kalibrze 0,75 mm, a jedno działo obsługiwało czterech żołnierzy: dowódca, celowniczy i dwóch ładowniczych. Gruchała był ładowniczym, a dokładniej wręczycielem pocisków, które ważyły po 35 kilogramów. Pełnił służbę przy dziale numer jeden.

Już wiele lat temu pan Konrad spisał swoje wspomnienia z tamtych dni na kilkunastu stronach zeszytowych, więc pozwolę sobie je we fragmentach i po nieznacznej korekcie zacytować jako najbardziej wierny opis jego przeżyć.
Pod koniec sierpnia na naszej baterii było bardzo dużo alarmów, bo niemieckie samoloty zwiadowcze naruszały granice. W koszarach było pełno żołnierzy rezerwy, łóżka ustawione trzy w górę. Przepustki wstrzymane i żony przychodziły odwiedzać swoich mężów, ale odchodziły z płaczem, bo może widzą się ostatni raz. W noc z 31sierpnia na 1września koło godziny czwartej bosman-mat wchodzi i krzyczy, że alarm i daje rozkaz, żeby ubierać się na granatowo. Gdy po pięciu minutach nasza bateria stoi w szeregach na dziedzińcu koszarowym, wychodzi taki przygnębiony porucznik Rostkowski i mówi: Czołem chłopcy, były dotychczas różne alarmy, ale dzisiaj jest prawdziwy, bo rozpoczęła się wojna. Dał rozkaz działowym, żeby obsługa dział zajęła stanowiska.

Zdjęliśmy pokrowce z dział i wkręcamy zapalniki do amunicji. Około godziny siódmej przychodzi meldunek, że w Pucku było już bombardowanie i zginęło 17 marynarzy i komandor marynarki. Za jakieś pół godziny na Oksywiu wyje syrena, za parę minut słychać silny warkot samolotów od strony Wejherowa, wyglądają jak chmura wron, dolatują do Pogórza i się rozdzielają na trzy części: lecą na Hel, na Gdynię i na Oksywie. Rozpoczęło się bombardowanie naszej baterii, po zrzuceniu bomb samoloty zawróciły i poczęły do nas strzelać z broni maszynowej. W czasie bombardowania na krzesełko celowniczego usiadł sam działowy Miszker i dawał rozkazy spustowemu, a my we dwójkę ładowaliśmy pociski do lufy. To trwało koło godziny, ale na naszej baterii nie było zabitych, tylko kilku rannych i w wielu miejscach wyrwy od bomb. Obiad spożyliśmy spokojnie na stanowisku dział.
Niedziela 3 września: zaraz z rana znowu słychać silny warkot samolotów nieprzyjacielskich, ale mijają naszą baterię i lecą w kierunku Helu. Tylko jeden z lotników zawrócił z zamiarem zbombardowania naszego okrętu, który stał pod samym brzegiem morza. Nie udało mu się, bo został trafiony pociskiem naszej artylerii i wpadł do wody. Bombardowanie wzrastało codziennie, a huki rozrywanych pocisków zbliżały się.

Około 7 września, gdy poddało się Westerplatte, Kępę Oksywską wziął pod obstrzał pancernik Schleswig-Holstein. Trwało to ze dwie godziny. Tylko nasza bateria ocalała, bo była położona nad samym morzem, na wysokiej skarpie, a pociski albo uderzały w tę skarpę, albo przelatywały nad nami. Ów krążownik strzelał do nas kilka dni. Nasz porucznik zauważył, że od strony Oksywia w jednym z domów są nadawane sygnały świetlne do pancernika, to był niemiecki zwiad; dostaliśmy rozkaz, żeby strzelać w ten dom. Nie pamiętam którego dnia wieczorem jeden pocisk rozbił się o drzewo a odłamki raniły czterech marynarzy i działowego, który stracił wtedy oko. Front bojowy się zbliżał; przestały strzelać dwa działa artylerii ciężkiej koło Oksywia, tak samo zamilkła bateria na Redłowie i na Grabówku, tylko nasza bateria stawiała jeszcze opór.

Na drugi dzień po zdobyciu Rumii-Zagórza Niemcy wzięli pod obstrzał artyleryjski nasze pozycje. Około 14 września był okropny nalot i samoloty zbombardowały jeden magazyn amunicji. Zapalił się, ale na szczęście była to amunicja małokalibrowa. Miałem wtedy podmianę, byłem akurat w schronie i przy kolejnym nalocie jedna bomba runęła tuż koło schronu; ten schron się jakby obrócił, jakby mu ktoś zagrał do tańca. Przed obiadem, mniej więcej 16 września, pod naszą baterię podpłynęło sześć okrętów nieprzyjacielskich. Jak oddaliśmy do nich kilka strzałów, to zrobiły zasłonę dymną i wtedy zaczęli nas tak obstrzeliwać, jakby z karabinów maszynowych. Było sporo rannych. Kierowca Alojzy Szutenberg odwoził ich do szpitala, ale tam już było pełno. Tego dnia został zabity w naszej baterii marynarz Szarmach.

Teraz na Kępę Oksywską sypały się pociski ze wszystkich stron. Samoloty niemieckie spuszczały ulotki z takim mniej więcej tekstem: Waleczni żołnierze polscy, Wasza waleczność jest bezcelowa, wasi oficerowie i podoficerowie są kłamcami, weźcie białą broń i chodźcie do niewoli, wam się krzywda dziać nie będzie. Oficerowie nie pozwalali tych ulotek podnosić. Front się coraz bardziej zbliżał, Gdynia w rękach niemieckich, Oksywie okrążone pierścieniem. W niedzielę 17 września nalot był tak silny a działa nieprzyjacielskie strzelały tak, że nasza obrona była bezskuteczna. W poniedziałek to już karabiny maszynowe tak sieją, jakby padał grad.

Nadszedł dzień krytyczny 19 września; artyleria przestała bić, tylko cekaemy z rana jeszcze grały i broń lekka. Po obiedzie o godzinie 14tej przychodzi meldunek z koszar, że są Niemcy i kto się poddaje, niech idzie do koszar. Nasz porucznik Rostkowski daje rozkaz, żeby unieszkodliwić działa i przyrządy pomiarowe, rzucić broń i do koszar.

Najpierw poprowadzili nas na Plac Kaszubski w Gdyni, koło wieczora obstawili plac reflektorami i żołnierzami z wycelowanymi karabinami. Rano wywołali wszystkich oficerów i wywieźli ich autobusami. Nas ustawili ósemkami i prowadzą do Wejherowa. Tu spędziliśmy noc a na drugi dzień odjechaliśmy wagonami bydlęcymi, po 75 chłopa w każdym, w kierunku Niemiec. W czasie transportu śpiewaliśmy nabożne pieśni. O północy dojechaliśmy do Starogardu Szczecińskiego, tam kazali wysiadać. Na stacji było pełno Niemców i padały z ich strony różne wyzwiska. Zaprowadzili nas za miasto na taką łąkę, gdzie były rozstawione namioty. Tu o głodzie i chłodzie przebywaliśmy kilka dni. Później rozpoczęli nas rozprowadzać na majątki, do różnych „bałerów”. Ja w grupie 30 towarzyszy trafiłem do Szwochowa koło Pyrzyc i tu pracowałem do końca wojny.
Rodzina Konrada dostała nieprawdziwe informacje, że wszyscy na Oksywiu zginęli, więc gdy dotarł do Łączek dokument niemiecki z podpisem syna i zawiadomieniem, że jest w niewoli, to w domu była wielka radość. Pan Gruchała trafił do dobrego Niemca. Właściciel majątku nazywał się Józef von Papen, był katolikiem, a jego żona ewangeliczką. Dzieci płci męskiej przyjmowały religię po ojcu, a dziewczyny po matce – podkreśla mój rozmówca. Ziemi w tym majątku było 4 tysiące mórg, a Konrad pracował jako furman. Wykonywał różne prace zależnie od pory roku, ale zawsze zaprzęgał trzy konie; jeszcze dzisiaj pamięta ich imiona.

Zaraz na początku niewoli Konrad poważnie zachorował z powodu zapalenia ucha; w czasie działań wojennych był narażony na tak niesamowite huki, że uszkodziły one błonę bębenkową, a potem wdało się zapalenie. Od dziedzica otrzymał pozwolenie na wyjazd do lekarza, ten jednak potraktował go jak symulanta, obrzucił wyzwiskami a pomocy nie udzielił. Następnego dnia dziedzic sam pojechał z cierpiącym Konradem do innej miejscowości; tam został ze współczuciem potraktowany przez niemiecką lekarkę i otrzymał stosowne lekarstwa. Jednak od tamtych lat słuch ma uszkodzony. Był również ranny, odłamek pokaleczył mu nogę i została spora blizna. Pan Gruchała zaznacza, że jego dziedzic lubił ludzi uczciwych i pracowitych, a pewnie taki był młody marynarz z Łączek już od dziecka obeznany z gospodarskimi robotami, więc w zamian doświadczał też przywilejów. Nie jadał na przykład z innymi współtowarzyszami, tylko ze służbą w dworskiej kuchni, dostawał od kucharki biały chleb, oficjalnie zakazany dla Polaków. Mówi, że był tam lubiany, nawet przez dzieci von Papena. Z czasem otrzymywał też przepustki i mógł pojechać do domu.

Jednakże nic nie mogło stłumić bolesnej tęsknoty i poczucia, że się jest w niewoli. Najbardziej smutne były święta, a zwłaszcza Wigilia. Nawet napisał o tym w tekście zatytułowanym Choinki oblewane łzami. Pisze tam m.in.: Gdy nadeszła gwiazdka, ustroiliśmy choinkę i śpiewaliśmy kolędy. Łzy same wciskały się do oczu, bo każdego naszły myśli o jego domu rodzinnym, o matce, o zniewolonej Ojczyźnie. Śpiewaliśmy też pieśni narodowe, które były surowo zakazane. Także późniejsze choinki do końca wojny były łzami polewane. Dzisiaj mówi pan Konrad, że „kwiat jego młodości zabrała wojna”.

Wrócił do Łączek jako 30letni kawaler i był najwyższy czas szukać żony. Znalazł ją w pobliskim Mojuszu, nazywała się Władysława Jóskowska. Pobrali się w 1946 roku. Mieli jedną córkę Janinę. Mimo że pracowitości Gruchałom nie brakowało, a w gospodarstwie jeszcze pomagali rodzice Konrada, łatwo nie było, bo traktowano ich jako tzw. kułaków. Marynarska dzielność pomogła Konradowi przetrwać te trudne lata. Nie bał się komunistów; raz na zebraniu w Kartuzach publicznie wystąpił przeciw jakiemuś partyjniakowi, który atakował księży.
Jednym z tragiczniejszych wydarzeń w powojennych dziejach Gruchałów był pożar, który zniszczył im cały dobytek, ostał się tylko dom mieszkalny. Było to w roku 1972 i dzisiaj mój rozmówca więcej opowiada o dobroci, której wtedy doznali od sąsiadów, strażaków, nawet władz, niż o stratach. Jednakże córka dodaje, że chyba najdzielniejszym w walce z żywiołem był jej ojciec, który potem długo w szpitalu leczył oparzenia.

Gdy warunki polityczne na to pozwoliły, pan Gruchała zaangażował się w budowę kościoła w Miechucinie. Był członkiem rady parafialnej i zbierał pieniądze od ludzi w całej okolicy. Dlatego jego rodzina jest związana z tą parafią, mimo że później zbudowano bliżej położony kościół w Mojuszu.

W latach siedemdziesiatych Janina i jej mąż Eugeniusz Tesmer przejęli gospodarstwo Gruchałów. Pan Konrad mówi, że gospodarzą razem i bardzo chwali swego zięcia. Każde kolejne pokolenie zabiegało o rozwój gospodarstwa, dokupili ziemi i jeszcze dzierżawią, a specjalizują się w produkcji mleka. Teraz już i Tesmerowie oddali prawo własności synowi Karolowi, który ma 24 lata i jest kawalerem. Nadal wszyscy pracują razem; pani Janina mówi, że ojciec każdego dnia coś robi, bez pracy nie może żyć. A on dodaje, że lubi to gospodarstwo. Może dlatego jest takim radosnym i serdecznym człowiekiem; patrzy przecież, jak już od czterech pokoleń jego ojcowizna rozkwita.

Maria Dyczewska
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Kartuzy.info




Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Najnowsze wiadomości