Reklama

Wspomnienia nauczyciela

24/01/2005 10:32
Analogicznie, jak przez lata rejestrowaliśmy na naszych łamach wspomnienia seniorów, spróbujemy zapisać i przekazać naszym czytelnikom wspomnienia nauczycieli. Będziemy, oczywiście, prosić o wspomnienia osoby, które już jakiś czas temu odeszły na emeryturę.

Ten czas jest ważny, żeby na swoją pracę w szkole, na ludzi, na uczniów i całe środowisko móc spojrzeć z dystansu, który nie tylko dokonuje selekcji i zostawia w pamięci sprawy istotne, ale czyni również wspomnienia bardziej obiektywnymi i lokuje je na tle wydarzeń szerszych. Mam nadzieję, że okruchy historii ostatnich dziesięcioleci naszej Małej Ojczyzny, zawarte we wspomnieniach nauczycieli, wzbogacą wiedzę o przeszłości i pozwolą lepiej zrozumieć czasy, gdy nasi czytelnicy byli dziećmi.

Joanna Butowska - uczyłam dzieci, a one mnie

Pani Joanna pochodzi z Lubelszczyzny, gdzie w małej wiosce Czarny Las była jednym z siedmiorga dzieci Łucji i Eugeniusza Cieszków. Ojciec miał przedwojenną maturę i był księgowym w niedalekim geesie a matka zajmowała się dziećmi i gospodarstwem. Mimo że w domu nie było elektryczności, rodzice zadbali o światłe wychowanie swoich dzieci; od małego mieli kontakt z książkami, prasą, nawet radio na kryształki słuchali, a matka opowiadała maluchom treści książek jako bajki na dobranoc. Przesiąknięty miłością klimat domu rodzinnego prawdopodobnie w dużej mierze ukształtował osobowość Pani Joanny, która jest człowiekiem wyjątkowo otwartym na innych, pogodnym i mówi co chwilę, że chyba miała wiele szczęścia w życiu.


Nie pochodzi Pani z Kaszub ani z Pomorza. Jak Pani trafiła w nasze strony?
Gdy miałam 13 lat, moja starsza siostra nie została przyjęta do liceum, chociaż miała same piątki. Jako trzynastoletni dzieciak pomyślałam wtedy, że jeżeli moja siostra, która była najlepszą uczennicą, nie zdała, to ja nie mam szans, trzeba szukać innej szkoły. Bez wiedzy rodziców napisałam do mojej matki chrzestnej, która mieszkała w Oliwie, żeby mi pomogła znaleźć liceum pedagogiczne z podstawową szkołą ćwiczeń i z internatem. Po wymianie kilku listów, dostałam wreszcie upragnioną wiadomość: Liceum Pedagogiczne w Żukowie chciało mnie przyjąć, ale opłata wynosiła 164 zł. miesięcznie. Pamiętam jak dziś, że tatuś przyjechał z pracy, a ja z tym pismem czekałam na niego, bo od listonosza wzięłam list ukradkiem. Najpierw dostałam reprymendę, że co ja sobie wyobrażam, ale ostatecznie wyraził zgodę i dodał: pamiętaj, musisz skończyć to liceum.
Najpierw chodziłam do siódmej klasy szkoły podstawowej, a potem dopiero do liceum. Byłam najmłodsza w internacie i wszyscy byli dla mnie bardzo dobrzy, ja wtedy nie raz płakałam z tęsknoty. Pamiętam, że niektórzy nauczyciele i dyrektor Marian Soiński zabierali mnie do swoich domów, traktowali z dużą serdecznością, jak swoje własne dziecko. W tamtych czasach uczniom z internatu nie wolno było chodzić do kościoła, ale mnie pozwalali. Moim wychowawcą był nauczyciel historii Tadeusz Buszta, który teraz mieszka w Sierakowicach i jesteśmy zaprzyjaźnieni z jego rodziną.


A początki pracy u nas jakie były?
Jako świeżo upieczona nauczycielka w 1961 roku dostałam pierwszą pracę w Szopie. Kierownikiem był tam pan Jerzy Młyński. Pamiętam moją pierwszą z nim rozmowę, gdy się o wszystko, co związane ze szkołą, chciałam dowiedzieć. Z panem Młyńskim był inny mężczyzna, który też odpowiadał na moje pytania i nie mogłam się zorientować, kto jest moim szefem. Potem się okazało, że ten drugi to ksiądz Bernard Sychta, który przyjaźnił się z Młyńskimi.
Dostałam na początek pierwszą klasę. Dzieci, które rozpoczynały naukę, nie umiały dobrze mówić po polsku, a ja nie znałam kaszubskiego. Jeden z wprowadzających tematów był taki: co znajduje się w klasie. Jakiś chłopiec mówi płosowa, a ja myślę w popłochu, co to jest. Mówię do niego: pokaż to i on wskazuje nad głowę; już wiedziałam, że chodzi o sufit. Innym razem uczeń mówi, że zapomniał fiderkastke. Gdy mi dzieci pokazały, jak wygląda fiderkastka, to one się dowiedziały, że to piórnik, a ja też byłam bogatsza o nieznane słowo. Tak więc dzieci mnie uczyły, a ja uczyłam dzieci. To nie było dla mnie złe, bo ja dzisiaj wszystko rozumiem po kaszubsku. Ale jak zaczynam mówić, to się mąż ze mnie śmieje. Moim dzieciom przyszło to łatwiej, syn mówi bardzo dobrze po kaszubsku.
Pani mąż też był nauczycielem i pochodzi stąd.


Tak. Poznaliśmy się w Szopie, w moim pierwszym miejscu pracy. Ślub wzięliśmy w 1962 roku. Niedługo potem, w roku 1963, podjęliśmy oboje pracę w szkole w Tuchlinie, tam się urodziło dwoje naszych starszych dzieci. W ciągu sześciu lat zmienialiśmy tam cztery razy mieszkanie, ale nie narzekam, człowiek był młody i oprócz pracy w szkole wymyślałam inne zajęcia. Był w Tuchlinie klub rolnika i przychodziło tam wiele młodzieży. Postanowiliśmy przygotować przedstawienie po kaszubsku; to była sztuka ks. Sychty Hanka să żeni. Najpierw trzeba było tekst sztuki zatwierdzić w urzędzie cenzury. W tej sprawie pojechała do Gdańska Maria Kolka. Wykreślili wszędzie słowa Jezus Chrystus a zostawili Niech będzie pochwalony. A myśmy i tak mówili pełny tekst, bo przecież nikt nas nie podsłuchiwał. Stroje wypożyczyłam w Gdańsku, żeby były oryginalne, jak za dawnych czasów. Pomagał mi też pan Wiktor Węsierski, kierownik szkoły. Pięknie grał na skrzypcach i przygotował całą stronę muzyczną. W obsadzie była chyba wszystka młodzież z Tuchlina, ale najbardziej utkwił mi w pamięci Kazik Koszałka, który grał tzw. dobrego męża czyli swata. Ciągle na próbach przekręcał ostatnie słowo w sekwencji - jak sa dzewczo łepertoli - na bardzo nieprzyzwoite. Prosiłam, żeby tego nie robił, bo się zapomni i powie tak na scenie. Tak się też stało, gdy wystawialiśmy sztukę w Sulęczynie. Ja byłam za kurtyną, bo im podpowiadałam, i jak to usłyszałam, mało z krzesła nie spadłam, ale widownia nie zareagowała tak gwałtownie jak ja.


A przedstawienie to pokazaliśmy ogółem cztery razy. Najpierw w Tuchlinie, gdzie był problem z salą. Zgodził się nam użyczyć dużą piwnicę w niewykończonym domu pan Józef Naczk. Naznosiliśmy desek ze starego młyna i zbudowaliśmy scenę. Trzeba było jednego dnia grać tam dwa razy, bo tyle było chętnych do oglądania. Potem jeszcze występowaliśmy w Rokitach i Sulęczynie.



Potem była pani kierownikiem szkoły w Jelonku. Jakie są wspomnienia stamtąd?
Dostaliśmy tam pracę i mieszkanie po małżonkach Drężek. Najpierw mąż był 4 lata dyrektorem, potem ja 7 lat. To była wtedy trzecia co do wielkości szkoła w gminie, po Sierakowicach i Gowidlinie; miała 180 uczniów i 8 nauczycieli. Do dzisiaj wspominam z dużą serdecznością ludzi stamtąd, zwłaszcza rodzinę pani Stefki Mielewczyk i państwa Klasów. Zresztą Jerzy Klasa dzięki mnie został sołtysem i jest nim do dzisiaj. Wcześniejszy sołtys przeprowadził się do Sierakowic i ludzie na zebraniu podchwycili moją propozycję, żeby sołtysem był mieszkający na miejscu pan Jerzy. W 1980 roku wróciliśmy ponownie do szkoły w Tuchlinie, bo się wybudowaliśmy w Sierakowicach, a do Jelonka wtedy nie dało się dojeżdżać z powodu słabej drogi.


Każdy nauczyciel zapamiętuje swoich najlepszych uczniów. Kogo pani zapamiętała?
Ze szkoły w Tuchlinie to na pewno Janek Koszałka, dzisiaj absolwent Politechniki Gdańskiej i współwłaściciel znanej sieci sklepów. Zresztą w tej rodzinie wszystkie dzieci były bardzo zdolne. A w Jelonku to najzdolniejszy był Zbyszek Miotk i jego siostra Marysia, która jako jedyna zdawała i zdała maturę tzw. telewizyjną.
Pani związki z kaszubszczyzną nie kończą się na tym jednym przedstawieniu, jest pani dzisiaj cenioną na całych Kaszubach znawczynią naszego haftu.
Przedstawień to ja przygotowywałam z uczniami wiele, już w Szopie chyba na Gwiazdkę pierwszy raz. Raz nawet organizowałam konkurs poezji i prozy kaszubskiej. Uczniowie znali wymowę kaszubską, ja rozumiałam treść, uczyłam ich tylko interpretacji. A haft kaszubski jest dla mnie bliski od czasów, gdy napisałam w 1967 roku pracę dyplomową w Studium Nauczycielskim na temat jego historii. Pisałam o historii haftu pod kierunkiem bardzo wymagającej pani Urszuli Piestrzyńskiej; zażyczyła sobie, żeby praca była napisana ręcznie, oprawiona w szare płótno i ozdobiona haftem. Została oceniona jako bardzo dobra. Poznałam wtedy różnice między haftem puckim, wdzydzkim, wejherowskim, kościerskim i żukowskim. Dzisiaj haftuję dla różnych zespołów folklorystycznych, dla Zrzeszenia Kaszubsko- Pomorskiego, dla regionalnych lokali gastronomicznych.
Czy długo trwało, żeby została Pani zaakceptowana przez tutejszych ludzi? Czy miała Pani jakieś przykrości z tego powodu, że nie jest Kaszubką?


Myślę, że jest o wiele więcej ludzi życzliwych, chociaż są i nieżyczliwi. Mój kierownik z Tuchlina Wiktor Węsierski miał kiedyś przejścia z nauczycielkami z kieleckiego. Zazwyczaj mnie obciążał pracą. Gdy go zapytałam, dlaczego, odpowiedział mi wręcz, w oczy: nie lubię ludzi z tamtych stron. Ale to mi się też opłaciło. Kiedyś kazał mi opracować plan pracy szkoły. Poprosiłam o pomoc pana Roszkowskiego z Łosienic i napisałam ten plan. Potem była wizytacja i przy podsumowaniu wizytator R.Kuper spytał, kto wie, co jest w planie. Tylko ja się zgłosiłam, ale on już wiedział, że to ja pisałam, bo poznał po piśmie. Dzięki temu przyznano mi na dłuższy czas dodatek specjalny, a to było 300 zł. Jednak najlepszym moim dyrektorem był Jerzy Jóskowski, w Tuchlinie. Wprawdzie tylko rok pracowaliśmy razem, ale zupełnie bezstresowo.


W 1982 roku spotkała mnie duża przykrość, ale nie od tutejszych ludzi. Byłam na piątym roku historii, pisałam już pracę dyplomową na Uniwersytecie Gdańskim. Skreślili mnie z listy studentów "z powodu niedopełnienia obowiązków studenckich". A to niedopełnienie, to po prostu chorowałam. Do dzisiaj trzymam ten papier na pamiątkę, żeby wnuki wiedziały.


Rozmawiała: Maria Dyczewska
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Kartuzy.info




Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Najnowsze wiadomości