O płycie nad którą praca trwała ponad półtora roku, a także lokalnym rynku muzycznym rozmawialiśmy z kartuskim zespołem Sarcast, który wydał niedawno debiutancki album zatytułowany "Syn Słońca". Utwory pochodzące z płyty, usłyszeć można między innymi na kanałach Polskiego Radia: "Trójce" i "Czwórce".
MS (Mateusz Szynalewski): Jak wygląda historia waszego zespołu, jak to się zaczęło?
ŁS (Łukasz Sowiński): Na początku, kiedy to wszystko dopiero kiełkowało byłem, na etapie pracy nad swoją podziemną płytą. Na mojej drodze stanął Bartek Okrój i w myśl słów "co dwie głowy to nie jedna" ostro przycisnęliśmy do dechy. Chciałem śpiewać ale nie potrafię, więc zająłem się hiphopem (śmiech). Kiedy finiszowaliśmy z płytą pojawiła się propozycja koncertu w Kartuzach - już wtedy chciałem, żeby pierwszy koncert został przygotowany na żywych instrumentach. Poznałem chłopaków z ówczesnego "Mojo Hands", oni grali bluesa, zaproponowałem im próbę, materiał fajnie zażarł. Potem mieliśmy długi okres wspólnego działania pod szyldem Sarcast - kiedy w składzie byli jeszcze Mateusz "Biały" Grzenkowicz, Patryk "Przewos" Przewoski i Michał Knut nasza muzyka była mocno funkowa i przeplatała się z moimi rapowanymi zwrotkami.
ML (Michał Lange): Na kierunek, który wtedy sobie wyznaczyliśmy duży wpływ miało to, że byliśmy w Katowicach. Tam mieliśmy przygodę z pseudowytwórnią, czy wydawnictwem, nie wiem jak to nazwać. Pracowaliśmy tam nad materiałem na płytę, poznaliśmy wtedy producenta zespołu Sofa - Bartka Staszkiewicza. On próbował nas trochę przechrzcić i mówił, że widzi w nas duży potencjał i energię. My najpierw graliśmy bluesa, później funk i przez cały czas odtwarzaliśmy jakiś gatunek. On nas zaraził poszukiwaniem brzmień i stawiał przy tym mocno na brzmienia syntetyczne. Przez niego zacząłem pracować na analogach. W Katowicach kupiłem swojego pierwszego analoga - Vermonę i to dało nam bazę inspiracji brzmieniowych.
MS: Wydaliście ostatnio nową płytę...
ML: Zatytułowaliśmy ją: "Syn Słońca". Ogrom pracy, kombinowania i spinania wszystkiego w jednobrzmiącą całość. Ja zająłem się komponowaniem muzyki, Łukasz napisał większość słów, które potem wspólnie nagraliśmy i osadziliśmy w koncepcie płyty.
ŁS: Ten album jest opowieścią, jakąś taką drogą, którą każdy z nas przebywa. To podróż po różnych etapach życia. Odbywa ją tytułowy Syn Słońca, zmaga się z przeciwnościami, stara się zrozumieć pewne aspekty, chce poznawać - jak każdy z nas. W sumie to takie odnajdywanie siebie w samym sobie, dlatego chcieliśmy, żeby każdy choć na chwilę mógł się wcielić w tytułową postać.
BO (Bartek Okrój): Płytą interesuje się środowisko muzyczne. Na swoich profilach facebookowych wspominali o niej m.in. Te-Tris, Bisz, czy Szesnasty. Myślę, że niemały wpływ na zainteresowanie naszą muzyką może mieć forma wydania albumu na nośniku fizycznym, którą zaprojektował Forin.
MS: Co wpłynęło na to, że oprawą graficzną zajął się Forin?
ML: Forin jest strasznie zabieganym gościem, ale od samego początku zdawaliśmy sobie sprawę, że nasza muzyka będzie wymagała odpowiedniej oprawy, dlatego wywalczyliśmy jego czas i zdobyliśmy zaufanie. Efekt jego pracy zdaje się być dobrym dowodem na to, że była to właściwa decyzja.
ŁS: Dzięki tej współpracy nauczyliśmy się powierzać niektóre działania związane z naszym projektem innym osobom, to było bardzo trudne, bo wcześniej wychodziliśmy z założenia, że jeżeli coś nie zostanie zrobione przez nas, to nie będzie wykonane tak jak być powinno. Forin przełamał ten schemat i to co siedziało nam w głowach uwidocznił na okładce i elementach, które jej towarzyszą.
MS: To wszystko były wasze pomysły?
ŁS: Wszystko to, co jest związane z albumem "Syn Słońca" wyszło od nas. Wiesz, jesteśmy przyjaciółmi, spotykamy się i dużo rozmawiamy. Najczęściej chłopaki przychodzą do mnie do domu, bo mam z nas wszystkich najmniej czasu na to, żeby gdziekolwiek wychodzić. Przeważnie gadamy o muzyce ale też nie pomijamy rzeczy które nas gryzą, czy błahostek z którymi spotykamy się każdego dnia. Między innymi u mnie w kuchni zrodził się pomysł na album, na to żeby go zapętlić, żeby wszystko się zgadzało, miało odpowiednią kolejność. Potem zaczęliśmy rozmawiać o tym, że należałoby to powiązać z okładką w taki sposób, żeby nadać temu wyraz artystyczny.
MS: To w takim razie kto was słucha? Fani rapu, elektroniki, bardziej Off Festival czy Hip Hop Kemp?
ŁS: To jest ważne pytanie. Zapytałeś o fanów rapu, a my w ogóle nie myśleliśmy o tym, żeby trafiać w ten target. Nie myśleliśmy w ogóle o jakimkolwiek targecie, bo to nie było naszym celem. Zastanawialiśmy się nad tym, kto będzie słuchał naszej muzyki i zdziwiliśmy się, że ludzie, którzy słuchają muzyki hiphopowej przyjmują nasz album z takim entuzjazmem. "Syna Słońca" ciężko skategoryzować - dla nas najważniejsze jest to, żeby każdy, kto będzie czuł potrzebę zapoznania się z naszą muzyką znalazł na to czas.
BO: Kuba Knera w recenzji dla Nowe Idzie Od Morza napisał, że "Syn Słońca jako punkt wyjścia traktuje hip-hop, chociaż ich mariaż z elektroniką jest bardzo rozległy i w gruncie rzeczy prędzej widziałbym zespół na imprezie pokroju Tauron Nowa Muzyka niż Hip Hop Kemp". My chcemy być słuchani, po prostu. Jeśli będą nas chcieli słuchać w Płocku na Polish Hip-Hop Festivalu, to pojedziemy do Płocka.
MS: Pracujecie nad trasą koncertową?
BO: Jestem po rozmowie z naszym bookerem i temat naszej trasy koncertowej będziemy ruszać niebawem. Czeka nas we wrześniu bardzo intensywny okres związany z próbami. Przygotowujemy materiał i opracowujemy go na żywe instrumenty. Nie chcemy dać ciała i chcemy być przygotowani. Więc jak skończy się sezon wakacyjny, w którym wszyscy pracujemy, to wchodzimy do studia i ruszamy z tematem prób. Myślę, że październik to jest taki bezpieczny termin, w którym zaczniemy koncertować. W klubach będziemy występowali w okrojonym składzie - będzie to dwóch wokalistów plus perkusista.
ŁS: No właśnie - będziemy grali na żywo z bębniarzem. Koncerty są bardzo ważne, dlatego tej sprawie poświęcamy należytą staranność, a żywa perkusja znacząco wpływa na energię podczas koncertów.
MS: Jak oceniacie lokalny rynek muzyczny?
ŁS: Myślę, że jest wielu zdolnych muzyków na Kaszubach. Słyszałeś, żeby się coś działo ciekawego u nas w Kartuzach?
ML: Za dużo jest u nas zawiści i zazdrości. Nie ma zbyt wielkiego wsparcia dla młodych muzyków. Są muzycy wywodzący się stąd. Jest Michał Knut, który poszedł w inną stronę - zaczął robić rocka. Powiem inaczej, on cały czas zajmował się muzyką rockową. Teraz działa w składzie Lizard Head - no i spoko, nie nasz klimat ale doceniamy, że walczą i działają. Próbowaliśmy wskrzeszać jam session w Kartuzach, ale to jest za małe środowisko. Wszystkie zespoły tworzyli tutaj młodzi ludzie, najczęściej znajomi z liceum. Później się rozjeżdżają i tak to się kończy, umiera śmiercią naturalną.
BO: Mimo tego uważam, że nasza płyta jest dowodem na to, że ludzie z małych środowisk też mogą zrobić coś, co spotka się z zainteresowaniem dużych mediów, coś co może wpłynąć na jakość muzyki i świeżość na rynku. My jesteśmy dowodem na to, że niekoniecznie trzeba być z dużego miasta, żeby emanować jakimiś nowymi trendami na rynku muzycznym. Myślę, że to jest fajne w tym projekcie.
MS: Czy ktokolwiek was sponsorował?
ŁS: Wszystkie środki na powstanie płyty zorganizowaliśmy sami. Nie jesteśmy dziećmi bogatych rodziców, które postanowiły bawić się muzykę. Musieliśmy pożyczyć kasę z zewnątrz i będziemy musieli ją oddać. To jest inwestycja, w pełni nasza. Nie mamy żadnych sponsorów.
BO: Lokalni przedsiębiorcy nie wypracowali czegoś takiego jak poczucie odpowiedzialności społecznej, a kiedy już któryś się wychyla i chce w jakiś sposób wesprzeć działanie kulturalne, to zamyka się na kluby sportowe, piłki czy stroje piłkarskie. I to jest wszystko. Nie ma na Kaszubach górnolotnych inicjatyw typu festiwale tytularne. Nie ma czegoś takiego, a powinno się to zmienić.
Komentarze