W najnowszym numerze "Gazety Kartuskiej" m.in. wspomnienia o. Marka Walkusza z Hopowa, który w lipcu po raz kolejny stanął na afrykańskiej ziemi.
Kenia, lipiec 2010
Po rocznej przerwie ponownie dane mi było stanąć na afrykańskiej ziemi. Tym razem nie był to Senegal, ale Afryka Wschodnia. Poleciałem do Kenii. W Nairobi uczestniczyłem w spotkaniu odpowiedzialnych za formację młodych kandydatów przygotowujących się do pracy misyjnej. Takie spotkanie delegatów duchackich z całego świata odbywa się raz na osiem lat. Zaproszenie mieliśmy do Afryki, a to - choć to dziwnie zabrzmi - ze względów ekonomicznych. W Europie jest tylko kilkunastu kleryków, z czego prawie wszyscy w Polsce, a na Czarnym Lądzie są ich setki, stąd taniej, gdy my udajemy się do afrykańskich współbraci.
Podróż
Do Kenii wyjeżdża wiele osób, szczególnie są to turyści. Jak dotąd nie leciałem tak dużym samolotem, na pokładzie którego było ponad trzysta osób. Wysoko nad ziemią prowadziłem ciekawe rozmowy z amerykańskim małżeństwem. Ja nie znam prawie wcale angielskiego, a oni niewiele umieli po francusku, jednak przy intensywnej pracy rąk, co nieco informacji udało się nam wymienić. Od czasu do czasu lecą oni do Kenii, aby pomagać potrzebującym. Od razu po rozmowie chwycili za Biblię i jak przystało na gorliwych protestantów, poświęcili stosowną chwilę na poczytanie i medytację.
Opuszczałem Polskę, która tonęła w słońcu,
a dotarłem do Afryki i trząsłem się z zimna. Kto by pomyślał? Znajdujemy się poniżej równika i dla tej części globu nadeszły chłodne miesiące, co też mogliśmy zobaczyć w czasie ostatniego mundialu. Nadto stolica Kenii, Nairobi i okolice znajdują się blisko dwa tysiące metrów nad poziomem morza, co dodatkowo obniża temperaturę. Jadąc do naszego domu, który znajduje się kilka kilometrów od stolicy, byłem pod wrażeniem wielkich, licznych zakładów pracy. Wyglądało to imponująco, jak na ten biedny kontynent. Kraj się rozwija, ale potrzeba jeszcze bardzo wielu zmian na lepsze, gdyż miliony Kenijczyków budzi się każdego dnia prawie bez szans na znalezienie pracy i środków do godnego życia.
Po dwóch dniach odpoczynku
usiedliśmy, by rozmawiać na różne tematy dotyczące naszej codziennej pracy w formacji. Spotkanie było niezwykłe przede wszystkim ze względu na bogactwo płynące ze spotkania z duchaczami z tak wielu różnych krajów, prawie ze wszystkich kontynentów. Moja dzisiejsza rodzina jest dość specyficzna. Stopniowo docierali współbracia z Madagaskaru, Kamerunu, Tanzanii, Kongo Brazzaville i Kinszasa, Irlandii. Mnóstwo w nas różnic, ale czuje się bardzo mocno bicie serc w podobnym rytmie. To oni, choć inaczej niż mama, tata, siostra czy brat, należą do mojej najbliższej rodziny. Obrady mieliśmy w duchackim seminarium. W pobliżu naszego domu znajdowało się kilkadziesiąt różnych zgromadzeń męskich i żeńskich. Po niedzielnej Mszy Świętej z kościoła wyszła też siostra Laura, Polka pracująca tu już kilkanaście lat. Nie wyjeżdża do buszu, mimo tego jej codzienna praca jest bardzo trudna i odpowiedzialna. Siostra uczy młode Afrykanki nie tylko wiary chrześcijańskiej, ale szeregu praktycznych rzeczy. Nie traci jednak nadziei i radości, mimo licznych przeszkód. Silne wciąż pozostają wierzenia tradycyjne, które często skutecznie hamują rozwój chrześcijaństwa.
Po tygodniu obrad
w sobotnie popołudnie ruszyliśmy w teren. Cała grupa została zaproszona do wyższej uczelni prowadzonej przez kilka zgromadzeń zakonnych, gdzie studiuje ponad tysiąc osób z różnych krajów, w tym także Polacy. Podziwialiśmy wysoki standard i poziom nauczania. Piękna uczelnia, ale opłaty są bardzo wysokie. Przejeżdżając widziałem mnóstwo szkół podstawowych i średnich, z bogatym zapleczem edukacyjnym. Niektóre mogliśmy także obejrzeć od środka. Niestety, wiele kenijskich dzieci i młodzieży tylko może o nich pomarzyć. Nie będzie im dane ubrać takiego czy innego pięknego szkolnego mundurka, ze względu na znaczne ubóstwo. Potem czekały nas kolejne atrakcje. Po niedzielnej Mszy Świętej w języku suahili, przy charakterystycznym śpiewie i rytmach afrykańskich, pojechaliśmy do zoo. Za daleko było, aby pojechać na safari, z czego słynie tej kraj. Odwiedziliśmy także archidiecezjalne centrum rekolekcyjne. Jest tam piękny ogród, gdzie można się wyciszyć. Ciekawostką są tablice z modlitwą "Ojcze nasz" w wielu językach świata, w tym także po polsku. Nie jest to jedyna polska obecność w tym miejscu, bowiem oprócz polskich turystów, w 1984 roku był tu papież Jan Paweł II. Po południu pojechaliśmy do miejsca, gdzie z końcem XIX wieku przybyli pierwsi duchacze. Ogromny teren szkolny, kościół i zaplecze parafialne świadczą o wielkim zaangażowaniu misjonarzy w ewangelizację. Nie brakowało i tam polskiego akcentu. Na cmentarzu znajduje się grób brata Jozafata Nowickiego, który pracował kilkadziesiąt lat na afrykańskiej ziemi, stawiając liczne świątynie.
Wielkie wrażenie zrobiła na mnie
stolica - Nairobi. Zatrzymaliśmy się w niej na chwilę, przy wielkiej katedrze. Patrząc na to miasto o szerokich ulicach, szklanych wysokich biurowcach, pięknych dużych parkach i na porządek, pomyślałem, że może śmiało konkurować z wieloma miastami europejskimi. Ma jednak swoją specyfikę. Kenijska stolica jest ważnym centrum na Czarnym Lądzie. Gdy przechodziliśmy obok wysokiego domu partii rządzącej, akurat wyjeżdżały samochody i motocykle eskorty prezydenckiej. Nie widziałem w Polsce tak licznej obstawy głowy państwa. W Nairobi, które jest młodym i nowoczesnym miastem, nie widać wież kościelnych. Nie brakuje jednak chrześcijan w stolicy i w Kenii, których jest dwie trzecie mieszkańców, a co czwarty jest katolikiem. Dookoła Nairobi widać wiele wspaniałych osiedli, okazałych willi, otoczonych zazwyczaj nie tylko wysokim murem, ale i często kolczastym drutem, niekiedy pod napięciem. Jest to państwo wielu kontrastów. Chodząc ulicami, byliśmy zaskoczeni znikomą liczbą ludzi biednych i żebrzących. Wcale nie oznacza to, że ich nie ma lub mniej ich niż gdzie indziej. Szczególnym przeżyciem dla mnie było wejście na teren Kibery. Jest to miejsce dobrze znane nie tylko w Kenii. Są to slumsy największe w Afryce Wschodniej, gdzie żyją setki tysięcy ludzi. Postanowiliśmy uczestniczyć w niedzielnej Mszy Świętej na terenie Kibery, której przewodniczył irlandzki duchacz, wieloletni tamtejszy duszpasterz. Bez takiego przewodnika obcemu białemu lepiej nie wchodzić. Przede wszystkim nie wiadomo jak się poruszać na takim terenie. Szliśmy do kościoła wąskimi, brudnymi uliczkami, którymi coś spływało. Oprócz wielu problemów, do największych należą fatalne warunki sanitarne. Mijaliśmy co kawałek jakieś małe sklepiki. Każdy orze, jak może! Za te kilka metrów muszą nadto płacić dzierżawę, i jak dla nich, są to olbrzymie kwoty. Inni, by coś zarobić idą do centrum przemierzając na nogach wiele kilometrów. Ktoś się nieźle przy okazji bogaci. Nie brakuje w dzielnicy różnych organizacji charytatywnych, ale pewnie nie zawsze pomoc dociera do konkretnego "kiberianina".
Msza Święta, w czasie której udzielono też chrztu
kilkunastu dzieciom, trwała prawie trzy godziny. Gdy śpiewano, radość wypełniała serca, kończył się śpiew - na twarzach rysował się smutek. Na pewno powracała okrutna prawda związana z walką o szukanie środków do życia. Jest wielu kapłanów, zakonników, sióstr zakonnych, którzy pomagają na różne sposoby, ale nie mieszkają w Kiberze. Najwyższe władze kościelne zakazały tego ze względu na ich bezpieczeństwo. Takie skupisko skrajnej biedoty, przy tym bardzo zróżnicowanej narodowościowo i kulturowo, jest jak bomba, która w każdej chwili może wybuchnąć. Po Eucharystii spotkaliśmy się jeszcze z grupą parafian. Liderzy wraz z kapłanem na czele, imają się różnych możliwych sposobów, aby nie zatracić nadziei na lepsze jutro. Nie tylko szukają chleba powszedniego, ale starają się trzymać razem.
Wracając przytrafiła się nam niemała atrakcja,
o ile tak można to ująć. Środkiem Kibery przejeżdżał właśnie pociąg. Widziałem coś podobnego w jednym z filmów o przygodach z podróży Wojciecha Cejrowskiego. Ludzie, słysząc nadjeżdżający pociąg, czym prędzej opuszczali torowisko, a jak tylko ostatni wagon zniknął z oczu powracali, jakby jedynie przejechał jakiś rowerzysta. Ta linia kolejowa z jednej strony jest ich utrapieniem, z drugiej zaś jest super narzędziem do wymuszania realizacji ich postulatów. Wystarczy, że zagrożą odkręceniem szyny i jest duża szansa na pozytywne rozwiązanie.
W skansenie
Nie udało się pojechać do żadnej wioski, natomiast byłem w pobliskim skansenie. Pośród drzew rozmieszczonych było wiele chatek, ukazujących wiejskie życie prostych ludzi kilkunastu plemion żyjących na tym terenie. Do najciekawszych należały masajskie, bardzo niskie, przypominające nieco ziemianki. Uwagę Europejczyka przykuwały szczególnie niektóre napisy: "Chatka pierwszej, drugiej, czy trzeciej żony". Były też liczne pomieszczenia gospodarstwa domowego.
Poza obradami
starałem się wykorzystać maksymalnie czas, aby poznać jak najlepiej ten kraj. Kenijczycy, jak wiadomo, słyną z wyjątkowych wyników w biegach, zwłaszcza na długich dystansach. Aby zbierać najwyższe laury nie wystarczy mieć predyspozycje fizyczne, których im nie brakuje, ale przede wszystkim - jak podkreślają - trzeba dużo trenować. Regularnie odbywają się zawody od najmłodszych lat szkolnych, wiele też przemieszczają się na nogach po płaskowyżu. Chciałoby się jeszcze pojechać tu czy tam, by zobaczyć jak najwięcej, ale nie było czasu i możliwości. Mimo wszystko dane mi było wiele doświadczyć.
Jako zgromadzenie zmierzamy
wciąż ku nowym terenom. Pierwsi duchacze w ostatnim czasie pojawili się w Indiach, przymierzamy się poważnie do pracy w Chinach. Zjechaliśmy się z różnych zakątków świata przede wszystkim ze względu na tematy wokół formacji młodego człowieka do życia misyjnego. W przerwach często wychodziliśmy poza te zagadnienia. Walka o pokój była częstym tematem. Angloczycy czy Kongijczycy podkreślali, że zazwyczaj bogactwa naturalne, które są w ich krajach, różnicują ludzi z wewnątrz i zewnątrz, powodując niejednokrotnie konflikty zbrojne. Ojciec z Filipin z kolei opowiadał o znacznych trudnościach w przemieszczaniu się po tym kraju, gdzie są tysiące wysp. Byli też misjonarze posiadający duże doświadczenie w pracy w krajach muzułmańskich. Czy warto podejmować taką misję, która polega praktycznie na obecności? Nie budują świątyń, nie mogą mówić wprost o Dobrej Nowinie, nie mogą nosić żadnych oznak religijnych. A jednak ważne jest takie świadectwo.
Kolejno żegnałem się z moimi "bliskimi"
Mało prawdopodobne, czy się jeszcze zobaczę z tymi z Filipin czy Paragwaju. Nieco więcej emocji było przy pożegnaniu współbrata ze Stanów Zjednoczonych, który śpiewał mi niektóre polskie pieśni. Jako duszpasterz parafii w Chicago ma bowiem stały kontakt z Polonią.
Mam nadzieję, że zdobyta przeze mnie wiedza z tej podróży do dalekiego kraju będzie owocowała w mojej pracy, jako odpowiedzialnego za formację młodych kandydatów do życia misyjnego. Oby tylko znaleźli się chętni podjąć wyzwanie!
O. Marek Walkusz
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze