Co czuje matka żołnierza, który służy w Iraku, gdy codziennie słyszy i ogląda krwawe obrazy? Co myśli, gdy słyszy o atakach na żołnierzy koalicji, o zamachach terrorystycznych?
- Póki nie zadzwoni, jestem bardzo niespokojna, denerwuję się. Gdy się odezwie, jest już dobrze - mówi Irena Sawicka.
Jej 22-letni syn Piotr już drugi raz pojechał do Iraku. Był w pierwszej zmianie międzynarodowego kontyngentu, jest tam teraz.
Sawiccy mieszkają w Zdunowicach, siedem kilometrów od Sulęczyna. To piękne okolice - wokół lasy, ich skromny dom stoi nad malowniczym jeziorem.
Ojciec Piotra, Tadeusz, jest emerytowanym pracownikiem leśnym. Pani Irena zajmuje się wychowaniem gromadki dzieci.
- Ja bym tam nie pojechał za żadne skarby. Nic mu jednak nie mówiłem, bo pamiętam jaki byłem w jego wieku. Jak ojciec mówił tak, to ja robiłem odwrotnie - zauważa T. Sawicki.
Piotr po ukończeniu Zespołu Szkół Drzewnych przez rok trochę pracował, a potem z poboru poszedł do wojska. Najpierw służył sześć miesięcy w Grupie koło Grudziądza, a potem został przeniesiony do jednostki w Szczecinie. Wtedy podpisał kontrakt na nadterminową służbę w wojsku.
- Chciał tam pojechać. Za pierwszym razem powodowała nim raczej ciekawość świata, chęć przygody. Teraz, na trzecią zmianę, pojechał chyba dla pieniędzy. Tu ciężko o pracę - uważa I. Sawicka.
Po powrocie z pierwszej zmiany Piotr służył w wojsku w Elblągu, a ostatnio w Braniewie.
- 29 lipca w nocy syn zadzwonił. „Mamo, jadę - chyba się przed odlotem nie zobaczymy” - wspomina tamten telefon pani Irena.
Do Iraku odleciał z grupą żołnierzy 3 sierpnia br.
- Dzwoni do domu co najmniej raz na dwa dni, często codziennie. Gdy pytam, czy wszystko w porządku, uspokaja. „Niech mama się nie martwi” - mówi. Dzisiaj rozmawiał z babcią. Powiedział, że chciałby już do domu. Jak dobrze pójdzie, wróci na Gwiazdkę, jak nie, to na koniec stycznia. Ja wiem, że on wszystkiego w rozmowie telefonicznej nie może powiedzieć. Jak chcemy trochę swobodniej porozmawiać, to mówimy po kaszubsku - mówi.
Piotr, gdy był w domu, trochę opowiadał o swej pierwszej służbie w Iraku. Bardzo przeżył napad terrorystów na żołnierzy bułgarskich, Był wtedy na patrolu 3 km od miejsca, gdzie się to zdarzyło. Wyruszyli tam natychmiast. Nie zapomni tego widoku. Zabici, ranni, porozrzucane części ciał. Uczestniczył w akcji ratowniczej. Innym razem ranny został kolega z jego kompanii.
Są jednak i miłe wspomnienia, jak choćby wigilia w bazie Babilon.
Teraz Piotr Sawicki, jak mówi matka, pełni służbę, jako kierowca wysokiego oficera. W konwojach nie jeździ. Codziennie też z kolegami przeprawia się pontonem na drugą stronę Eufratu, gdzie pełnią służbę wartowniczą - pilnują magazynów. Czas wolny spędza często na siłowni. Czasem są wyjazdy do wioski po zaopatrzenie.
Matki muszą wiedzieć, jak odżywiają się ich dzieci, czy nie dzieje im się krzywda.
- Na początku, gdy Piotr był pierwszy raz w Iraku, serwowano im amerykańskie wyżywienie - puszki, chleb tostowy. Nie smakowało mu. Potem poprawiło się - kuchnia zaczęła przygotowywać nasze, polskie jedzenie. Na stole jest kurczak, schabowy, często indyk. Syn nie znosi kaszy i makaronu, a często je podają.
Czasem tęskni za ziemniakami. Mają dużo owoców, słodyczy. Poza tym sklep w bazie jest dobrze zaopatrzony - przekazuje wieści od syna I. Sawicka.
Gdy Piotr wróci z Iraku, mamy nadzieję, niejedno nam jeszcze opowie.
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze