Środa, 5 lipca jest 497. dniem inwazji Rosji na Ukrainę. Od półtora roku Ukraińcy odpierają ataki wroga. Walczą dla swoich najbliższych i Ojczyzny. Jakie największe potrzeby mają ukraińscy żołnierze? Jak żyje ludność cywilna w cieniu wojny? Czy Ukraińcy mają nadzieję, że zwyciężą?
Po inwazji Rosji na Ukrainę sąsiadom zza wchodniej granicy natychmiast pospieszyli Polacy. Przyjmowali uchodźców pod swój dach, ale tez organizowali zbiórki pomocy dla tych, którzy pozostali na Ukrainie. Jak ta pomoc wygląda dziś w niemal 500 dzień wojny?
O tym, jak również o życiu w cieniu wojny porozmawialiśmy z burmistrz Zdąbnicy w powiecie rówieńskim Tatianą Temoszczuk, Przewodniczący Rady Gminy Zdąbnicy Oleną Smirnową oraz Tatianą Pavlystką – Ukrainką mieszkańcają w Polsce od 2017 roku i działającą w Stowarzyszeniu Otwarte Kaszuby, między innymi na rzecz pomocy Ukrainie.
- Polacy pomagają nam od samego początku, za co jesteśmy wam bardzo wdzięczni. Ta pomoc trwa do dziś. Ostatnio Stowarzyszenie Otwarte Kaszuby przybyły do nas z pomocą dwa tygodnie temu. Regulanie przyjeżdżają z pomoca humanitarną. To, co otrzmujemy, od razu przetransportowujemy na linię frontu. Każda z nas działających w grupie pomocy ma partnera, który walczy na linii frontu – przyznaje Olena Smirnowa, która aktywnie działa także w ukraińskim wolontariacie.
Potrzebny sprzęt dla żołnierzy
- W zakresie potrzeb nic się nie zmieniło. Potrzeby są jeszcze większe. Na początku pomoc była kierowana zarówno dla ludności cywilnej, jak i żołnierzy. Obecnie pomoc kierowana jest wyłącznie dla walczących – podkreśla Tatiana Temoszczuk, burmistrz Zdąbnicy.
- Teraz pomoc jest ukierunkowana wyłącznie dla żołnierzy. Ostatnio otrzymaliśmy od Stowarzyszenia generator, który był potrzebny do stworzenia samochodu-łazienki. Nasi mężczyźni sami przerabiają samochody, które dostosowują do potrzeb na linii frontu – uzupełnia Olena.Reklama
Stąd też apel do chcących wspomóc walczącą Ukrainę o przekazywanie pieniędzy lub specjalistycznego sprzętu, który będzie wspomagał działania ukraińskich żołnierzy.
- Wciąż potrzebujemy pomocy. Zbieramy pieniądze na ambulanse, samochody typu pick up, aby móc szybko ewakuować rannych z pola bitwy. To są kwestie minut, sekund, aby uratować komuś życie... Potrzebujemy też drony, aby z góry kontrolować sytuację, jak również noktowizory, by żołnierze mogli widzieć w nocy. Można przekazywać pieniądze lub zakupić sprzęt. Potrzebne są też medykamenty, opatrunki itp. - apeluje Tatiana Pavlystka.Reklama
Otrzymaną pomoc nasze rozmówczynie zawożą na linię frontu same.
- Dzięki temu możemy zobaczyć się z naszymi chłopakami. W tej całej sytuacji jest to duży plus, że możemy przekonać się, że żyją – mówi Olena.
- Na bieżąco staramy się organizować sprzęt potrzebny naszym walczącym na linii frontu. Tylko tak możemy im pomóc. Współpracujemy z naszymi partnerami, bo pomoc potrzebna jest nie na jutro, ale od razu natychmiast. Jeśli uda nam się uratować jedno życie, to już wiemy, że warto jest działać. Życie jest bowiem bezcenne. Jesteśmy bardzo wdzięczni Krzysztofowi Rekowi, który szuka nam partnerów, chcących nam pomagać. Podczas ostatniej wizyty nawiązaliśmy współpracę z gminą Chmielno. Ponadto pomógł przy nawiązaniu pomocy z Niemcami, czy Wielką Brytanią – dodaje Tatiana Temoszczuk.Reklama
Życie w cieniu wojny
Zdąbnica to gmina licząca 11.500 mieszkańców. Obecnie około 600 z nich walczy na wojnie. Do tej pory zginęło już 23 z nich. W samej miejscowości jest spokojnie, ale życie w cieniu wojny, to ciągły strach i niepewność.
- Na daną chwilę jest spokój, ale codziennie włączają się alarmy. Ludzie, którzy zostali w miejscowości, chodzą do pracy, a dzieci do szkoły, żłobków. Kiedy zawyje syrena, wszyscy udają się do schronu, bo zawsze jest niebezpieczeństwo, że może spaść rakieta. Można powiedzieć, że żyjemy w ciągłym strachu, stresie, nieustannej niepewności. Wszyscy jesteśmy psychicznie zmęczeni – przyznaje burmistrz Zdąbnicy.Reklama
- Wojna w Ukrainie trwa od 2014 roku. I właśnie od tego czasu dziewczyny pomagają. Ludzie po prostu są już psychicznie wykończeni tą wojną. Potrzebujemy wsparcia nie tylko Polski, ale całego świata – uzupełnia Tatiana Pavlystka.
- Przyjeżdżając do Polski odpoczywamy psychicznie, bo nie ma alarmów. Ale jak tylko leci samolot, to już odnosimy wrażenie, że leci rakieta. Póki co dziękujemy Bogu, bo u nas jest już spokojnie. Rakiety już nie dolatują do naszej miejscowości. Można powiedzieć, że mamy spokój, bo nasze chłopaki walczą za nas na froncie – dodaje Olena Smirnowa.
Walczą dla swoich rodzin i kraju
- Tego, nie da się opowiedzieć [Przełyka łzy]. U nas każda ma kogoś, kto walczy na linii frontu – chłopaka, męża, syna, brata...Ostatnio jest tak, że codziennie otrzymujemy telefon, że ktoś ginie z naszych na linii frontu...I to tylko te osoby, które my znamy, a poza tym giną codziennie dziesiątki innych osób.... Jak przyjeżdżam z pomocą na linię frontu, to w oczach chłopaków widać zmęczenie, wykończenie, ale jak tylko zapytam, co u nich, to odpowiadają, że wszystko w porządku i pytają, jak u nas. Czy na pewno jest dobrze? Czy niczego nam nie brakuje, czy jesteśmy bezpieczni. Zawsze podkreślają, żebyśmy ich odwiedzały i ich nie zapomniały... - opowiada Olena.Reklama
- Oni nie trzymają w głowach swoich żyć, ale swoich rodzin i całej Ukrainy. Walczą dla innych. Każdy wie, że walczy dla swoich najbliższych, ale też dla swojej Ojczyzny – wtóruje jej Tatiana.
„Jeszcze trochę...i...zwyciężymy...”
- Jeszcze trochę i skończy się wojna – mówi z nadzieją Tatiana.
- Nasze chłopaki cały czas podkreślają, że zwyciężą, że Ukraina wygra! Wierzymy, że skończy się wojna. I ta nadzieja motywuje ich do walki i trzyma przy życiu – dodaje Olena.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze