Reklama

Aleksandra Kwiek. Sztuka zaklęta w lalach

Każda jest małym dziełem sztuki. Ma swoje imię, krótką historię i komplet garderoby. Zachwycają zwłaszcza za oceanem, bo najwięcej z nich trafia do Stanów Zjednoczonych. Mowa o pięknych lalkach waldorfskich, które od sześciu lat spod swych palców wyczarowuje Aleksandra Kwiek z Żukowa. O niezwykłej pasji tworzenia rozmawiał z artystką Dominik Ropela.

Na co dzień uczy pani chemii i biologii. Jak narodziła się w pani lalkarska pasja?

Pewnego dnia, chciałam kupić lalkę-Kaszubkę dla koleżanki z Krakowa. Było to sześć lat temu. W Kartuzach nie znalazłam żadnej miękkiej w dotyku, tylko takie plastikowe, nie do przytulenia. Zaczęłam, więc szukać innych lal w internecie i tak natrafiłam na lalki waldorfskie.

I one były tymi, których pani poszukiwała? Czym ujęły panią lale waldorfskie?

Zdecydowanie takich lal poszukiwałam. Były to prawdziwe lale przytulanki. Lalki waldorfskie oprócz własnego wdzięku posiadają niezwykłą historię. Otóż po pierwszej wojnie światowej, w Niemczech panował poważny kryzys gospodarczy. W Stuttgarcie przy fabryce cygar powstało przedszkole dla dzieci biednych robotników. Z powodu biedy nie miały czym się bawić, dlatego do zabawy wykorzystywały drewno, glinę i wełnę. I tak dzieci zaczęły szyć swoje pierwsze lale. Były to właśnie lalki waldorfskie. Lalka stała się istotnym elementem edukacji dzieci, opartej na obcowaniu z naturą  - tak narodził się nurt pedagogiki waldorfskiej Proste lalki wykonane z naturalnych materiałów uznano za istotne w procesie rozwoju małego dziecka. Na początku oryginalna lalka waldorfska nie ma wyraźnych rysów twarzy. Z czasem pojawiły się na niej proste oczy i buźka. Tak powstał charakterystyczny waldorfski wygląd. Miękkie lalki wypełnione runem stawały się dla dzieci żywymi przyjaciółmi. Pochłaniały zapach domu i powoli stawały się członkami rodziny. Do dziś mają prosty wyraz twarzy pozwalający na uruchomienie wyobraźni u dziecka.
 
Jak doszło do tego, że sama zaczęła pani tworzyć lale?

Sześć lat temu miałam wielki problem ze znalezieniem pracy. Pamiętam kryzys na rynku. Byłam już kompletnie podłamana sytuacją, która mnie spotkała. Miałam więc sporo czasu wolnego, odkryłam lalki waldorfskie oraz osobę która mogła mnie nauczyć szycia. Pomyślałam: Czemu nie?

Kto pomógł pani zagłębić się w tajniki szycia?

Szycia lalek waldorfskich nauczyła mnie Lalinda, czyli Agnieszka Nowak, która akurat organizowała kurs w Bornym Sulinowie. Spędziłam tam dwa dni. Wyjechałam z kursu z nagą lalą, która miała do połowy wszyte wełniane włosy. Lala do dzisiaj jest ze mną i chyba nigdy jej nie sprzedam. W następnych latach swój warsztat doskonaliłam głównie z książek i internetu. Te pierwsze sprowadzałam z zagranicy. Z czasem zaglądałam do nich coraz rzadziej, przestały po prostu być mi potrzebne i sama wymyślałam w jaki sposób uszyć nowe elementy. W szyciu lal, często się cofam, nie zawsze jestem zadowolona z rezultatów własnej pracy. Przestałam również używać linijki, czy miary krawieckiej. Oko ludzkie to wspaniały przyrząd pomiarowy, nosimy go cały czas ze sobą (śmiech) i więcej nic nie trzeba. Z czasem, stopniowo przeszłam z szycia lalek waldorfskich do lalek One of a kind a potem do nfad - Natural Fiber Art doll.

Czym się charakteryzują te lalki?

OOAK, czyli "one of a kind" to w tłumaczeniu lale jedyne w rodzaju. Do nich można zaliczyć właściwie sporą część lalek ręcznie uszytych lub wykonanych. Nie da się ich w procesie tworzenia powtórzyć i to jest tutaj wyznacznikiem nazwy. Lale NFAD to już węższa rodzina lalek. Są szyte, wypełnione wełną, ale w większości ufilcowane na sucho. Między lalą ufilcowaną, a wypełnioną jest różnica w dotyku i wadze. Ta wypełniona, będzie miękka i lekka. Filcowana natomiast , będzie trwalsza. Nie będzie się odkształcać i będzie cięższa. W tej kategorii znajdują się moje lale z ostatnich trzech lat, posiadające stelaż wewnętrzny i stawy. Proces przejścia od lalek typowo waldorfskich do lalek OOAK i NFAD zajął mi kilka. Nie zawsze moje lalki były takie jak dzisiaj, były prostsze. Dzisiaj są bardziej trójwymiarowe, posiadają szkielet wewnętrzny, który pozwala zginać kończyny, niektóre posiadają stawy. Wcześniej szyłam prościej, dzisiaj szyję lepiej, ale wolniej. W obu przypadkach zawsze od siebie dużo wymagałam i wymagam.  

Pani prace szybko doceniono i to nie tylko w Polsce…

Po dwóch latach przyznano mi certyfikat Poland Handmade - polskiego rękodzieła w kategorii zabawkarstwo. Po kolejnych dwóch latach zaproszono mnie do grona Dollectable. To grupa lalkarek z całego świata, skupiająca artystki wyróżniające się jakością oraz oryginalnością swoich lalek. Do grupy należą tylko dwie Polki: Agnieszka Nowak oraz ja. Sama obecność w grupie Dollectable to duża nobilitacja i prestiż.

A dlaczego tworzy pani właśnie lale?

Każda lalka to jakby osobna "persona". Podczas szycia lalek, chcąc nie chcąc to one kierują mną - zmieniam bardzo dużo elementów podczas szycia, bo lalka sama narzuca mi  w czym wyglądałaby lepiej. Pod koniec pracy okazuje się, że lalka już nie jest ruda, ale blond i ma całkiem inną osobowość. Z tego też względu, bardzo rzadko przyjmuję zamówienia bo bardzo ograniczają mnie w procesie tworzenia. Kupiec jest niezadowolony a sprzedający też się nie spełnia... . Wolę tworzyć sama . Czasami zdarzają się wyjątki. Mam zamówienia bardzo dziwne, nietypowe, ale dające dużo przestrzeni dla mnie i zgadzam się szyć na zamówienie.

Jak doszło do tego, że zaczęła pani sprzedawać lale? Pamięta pani pierwszą, która znalazła kupca? Jakie było to uczucie?

Uszyte lalki pokazywałam znajomym, dlatego pierwsze lalki znalazły swoje domy wśród nich. Było to na pewno fajne uczucie. Cieszyłam się, że lale się spodobały. Pieniążki ze sprzedaży pierwszych lal zasilały portfel na zakup materiałów na następne postacie. Pamiętam, że w pierwszej piątce lal znalazł się pirat, któremu ucięłam nogę i lalka w norweskim stroju narodowym. Obie te lale znajdują się gdzieś w Norwegii. Pani która kupiła małą Norweżkę wspominała, że taką lalę miała w dzieciństwie. Pamiętam też, pierwszą lalę, którą sprzedałam do Stanów - była to lala wzorowana na pszczółce Mai. Pamiętam dobrze ten dzień, bo był to grudzień, święta… cała rodzina życzyła mi wtedy lalkarskiego sukcesu (śmiech).

Czym inspiruje się pani podczas tworzenia?

Czasami zainspiruje mnie postać z filmu, bajki, czasami osoba którą widziałam i potem już rusza lawina szycia . Lala powstaje w myślach, ubierana jest też w myślach.

Jak wygląda proces powstawania lalki?

Lalkę szyję średnio miesiąc - łączę pracę w szkole i w domu. Laleczki szyję niestety w nocy. Gdyby nie fakt pracy i obowiązków, jedną lalę byłabym w stanie uszyć w tydzień. Aby taką lalę uszyć należy zaopatrzyć się w owczą wełnę, igły do filcowania, włosy zwierzęce i naturalne materiały. Krótko mówiąc znaleźć się znowu w przedszkolu Steinera (śmiech). Wełną należy ufilcować na sucho - tak tworzy się ciało lali, potem nałożyć na nie gazę lalkarską, a następnie materiał: tzw. trykot, który produkowany jest w Niemczech i Szwajcarii. Gdy panna posiada już ciało, wyszywa się oczy, nakłada się makijaż (do tego służą specjalne kredki woskowe, produkowane dla lalkarek), wszywa się włosy i szyje się ubranka. Czasami już podczas szycia "przychodzi" imię lali, czasami czekam na nie do samego końca, nie jest to za każdym razem oczywista sprawa. Imię lalkom zawsze nadaje lalkarka. 

A skąd się biorą pomysły na imiona? Czy zdarzyło się kiedyś, by imię lali się powtórzyło?

Pomysłów w głowie zawsze jest aż nazbyt dużo, ale czasami jak już naprawdę nie mam pomysłu, sięgam do imion gotyckich lub indiańskich, które konkretnie już coś oznaczają. Generalnie to rzadko się to zdarza. Imiona powtarzają się, owszem, ale to miało miejsce zaledwie kilka razy w ciągu tych sześciu lat.

Każda pani lalka ma swoją historię, jak je pani tworzy? Są związane z Pani życiem?

I tak i nie (uśmiech). Pamiętam zamówienie na lalkę Indiankę, z którą wiązała się legenda o powstaniu Teksasu. Lalka i legenda były cudowne. Innym razem uszyłam dwie siostry, które pamiętałam jako koleżanki z dzieciństwa: jedna była brunetką , druga blondynką. W przyszłości chciałabym uszyć elfy z "Władcy Pierścieni" oraz Pinokia. Dla tego chłopca mam już komplet elementów, tylko czasu brak na ich połączenie. Historie lalek są czasami związane z moim życiem. Zdarzyło mi się sfotografować lalę chłopca - Polaka wojownika, na tle osady w Biskupinie, której makietę zbudował mój uczeń na lekcję historii. Lalka zainspirowana została osadą ze szkoły w której uczyłam, więc można napisać że lalki "wchodzą" czasami do szkół...

Swoje lalki prezentuje pani na pięknych fotografiach, każdą w innej scenerii. Czemu służy ten zabieg? Skąd pomysł na poszczególne scenografie?

Tutaj znowu trochę historii…. Pisząc pracę magisterską wykonywałam zdjęcia zenitem, bardzo starym i ciężkim aparatem. Pomimo, że fotografowałam zwierzęta, które nie należą do statycznych aktorów, zdjęcia określano jako dobre. Wiedziałam wtedy, że nawet nieźle mi to wychodzi. Szyjąc lalki nie mogłabym ich postawić na brzydkim tle. Nauczyłam się już wcześniej właściwie patrzeć przez obiektyw. Lalka i otoczenie muszą grać w jednym zespole. Wiem, że aby uzyskać to jedno udane zdjęcie trzeba wstać rano, napstrykać 150 ujęć i jedno zdjęcie będzie trafione. Pomysły na scenografie po prostu przychodzą do głowy.

Czy za pomocą zdjęć buduje pani opowieści o swoich lalkach?

I tak i nie. Kiedyś uszyłam dziewczynkę z zapałkami. Wiedziałam, jakie zdjęcia chciałam uzyskać i czekałam na śnieg. Trochę popadało i zrobiłam standardowe ujęcia, ale zaskoczeniem było dla mnie ostatnie zdjęcie. Wcale nad nim nie myślałam, a dzięki niemu los dziewczynki z opowieści odmienił się. Ogrzała się przy ognisku, bo sprzedała wszystkie zapałki. Zdjęcie bardzo się spodobało, pomimo, że było i za ciemne i nieostre, ale pokazywało zziębniętą lalę, która ogrzewa małe paluszki przy domowym piecyku. Chyba, każdy kto czytał "Dziewczynkę z zapałkami" myślał o pozytywnym zakończeniu tej historii - pewnie spełniłam niejedno życzenie tym zdjęciem. Lala potem znalazła dom u wspaniałej starszej pani w Stanach.

Pani lale nazywają się Balticdolls. Skąd ta nazwa?

Agnieszka Nowak podpowiedziała mi, abym myślała o nazwie, którą łatwo da się wymówić za oceanem. Rynek polski jest jeszcze mało chłonny, lalki są niestety bardzo drogie i 99 procent lal trafia na rynek amerykański. Baltic - bo mieszkam nad Bałtykiem, dolls - lalki z angielskiego.

Każda z pani lalek posiada symbol kotwicy. Co on oznacza?

Kotwica to mój podpis. Od dzieciństwa jeździłam z tatą do portu i patrzałam na te ogromne wiszące kotwice na statkach. Ciężkie, żelazne, cudowne! I tak już sobie te kotwice przywłaszczyłam (uśmiech). Lala bez kotwicy nie jest po prostu moja. Trzy pierwsze lalki, które uszyłam posiadały serduszka, czwarta lala już kotwicę.  Pamiętam jedno zamówienie, kiedy to starsza pani poprosiła mnie o uszycie lalki, którą wysłała do Stanów własnej wnuczce z informacją że uszyła ją samodzielnie. Wstępnie zgodziłam się na to małe oszustwo, ale lala i tak powędrowała z kotwicą. Umieściłam ją na głowie pod włosami. Jednak się podpisałam tylko że wybrałam inne miejsce. 

Czym wyróżniają się Pani lalki?

To ciężkie pytanie, należałoby zapytać kupca dlaczego kupił akurat moją lalę (śmiech). A tak na poważnie: kiedyś jedna pani powiedziała mi, że są bardzo charakterystyczne. Na czym te charakter polega? Trudno mi to oceniać. Ten kto mnie zna, wie, że wyznaczam sobie w życiu pewne cele, mam moralny kręgosłup i trzymam się go. Niestety nie jest mi łatwo bronić własnych zasad. Wielokrotnie musiałam ponosić tego gorzkie konsekwencje, ale tak już w życiu jest: albo z prądem albo pod prąd. Cieszę się, że rodzice nauczyli mnie dobrze "pływać". Tak sobie myślę, że chyba ten tok myślenia przelewam a właściwie przeszywam na lalki. 

Dla kogo są pani lalki?

Moje postacie są dla tych, którzy pragną je posiadać. Czasami są to dzieci, czasami dorośli. Tu nie ma reguły. Lalki uważam za kolekcjonerskie, dlatego że nigdy nie uszyję dwóch takich samych, ale... są lale uszyte nawet dla małych chłopców, którzy razem z lalkami uczyli się siusiać do nocnika, razem z lalkami zawiązywali bandaże, czy też sadzali swoje chłopięce lale na wózku. Te historie przysyłają mi mamy i jest mi wtedy niezmiernie miło. Niektóre lale trafiają do przedszkoli, niektóre do osób starszych. Raz zdarzyło mi się uszyć lalki jako prezent ślubny - było to odwzorowanie nowożeńców. Pan młody był bardzo trudny do uszycia - był niestety prawie łysy - a akurat w miejscu łysiny przebiegają szwy, także musiałam sporo się napocić, aby szwy poprowadzić.

Ma pani swoją ulubioną lalę?

Każda lala jest dla mnie wyjątkowa, nie mam ulubionej - to tak jakby zapytać rodzica kogo kocha najbardziej ze swoich pięciorga dzieci? Mama czy tata zawsze powie, ze wszystkie dzieci kocha tak samo - podobnie jest ze mną. Każda lala jest dla mnie wyjątkowa.

Czy zastanawiała się pani nad tym, by zrezygnować ze szkoły i zawodowo poświęcić się tylko tworzeniu lal?

Oj tak, myślę o tym cały czas! Jak dzieci w szkole już mnie wykończą (śmiech) a mają moc, oj mają, to przechodzę na szycie lal, naturalne farbowanie wełny oraz przędzenie. Z pewnością jest to mój plan emerytalny, ale nie wiem jeszcze kiedy przejdę na tą emeryturę. Reforma w szkolnictwie nie daje o sobie zapomnieć. Jestem i rodzicem i nauczycielem i czuję to podwójnie. Mam o czym myśleć.

Gdzie można obejrzeć pani prace?

Moje lalki można oglądnąć na stronie www.balticdolls.com w zakładce galeria. Strona jest dwujęzyczna. Strona zawiera też link do bloga na którym pod każdą lalką jest cały opis lali i jej historia. Każda lalka to odrębna opowieść. Niektóre układają się w bajki. Niektórzy z czytelników znajdą na blogu wskazówki jak posrebrzyć np. bombki, czy jak nadmuchać balonik bez użycia płuc - mini poradniki chemiczne.

Czy oprócz lal ma pani jeszcze inne pasje?

W moim domu oprócz ludzi mieszkają także zwierzęta. Mam dwa koty: Mysię i jej syna Kiełbasę, dwie wiewiórki: Pazura i Calineczkę oraz dwa gekony orzęsione: Dzabbę - Jabbę i Oliwkę. Do niedawna posiadałam jeszcze psa Hektora, ale odszedł od nas w grudniu. Jak widać imiona są niestandardowe, ale dla moich uczniów w szkole nie będzie to niespodzianką. Ich też nazywam specyficznie i zazwyczaj to akceptują. Dlaczego mam tyle zwierząt? Jestem zoologiem. Odnajduję przyjemność w tym, że obserwuję zachowanie zwierząt, to od zawsze mnie interesowało.

Czy wiewiórki można hodować w domu?

Raczej tak, pod warunkiem że twój dom jest także domem twego pupila. Wiewiór Pazur zwiedza codziennie każdy pokój, po czym wraca do własnego domku. Od niedawna nie jest sam, pozyskałam dla niego żonę, aby nie było mu smutno, musi przecież z kimś rozmawiać. Wiewiórka Calineczka przyjechała do nas jak miała 9 tygodni i jest jeszcze za mała, aby myśleć o ślubie. Pazura natura hojnie go wyposażyła i zapewne chętnie zostanie ojcem, musi tylko troszkę poczekać (śmiech).

Dziękuję za rozmowę

Dominik Ropela
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    . - niezalogowany 2018-07-24 11:53:06

    Chucky

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Kartuzy.info




Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Najnowsze wiadomości