Bajki, które znajdziecie w książce pt. "Drzewo, które było księciem", powstały przede wszystkim dzięki mojej córce Sylwii, której opowiadałem wszystkie te historyjki, a moja matka namówiła mnie, bym je zapisał i opublikował.
Przełożyła: Joanna Cygan
Ilustrowała: Maria Sołtyk
Jak zapewne wiecie, każdy bajkopisarz ma własne źródło, z którego czerpie swoje historie. Ja, szukając tego źródła, miałem wyjątkowe szczęście. Pomyślcie tylko! Znalazłem, ni mniej, ni więcej, tylko Drzewo Bajek.
Dawno, dawno temu na Ziemi było to drzewo tak często spotykane, jak teraz jabłoń lub grusza, ale z upływem lat pojawiało się coraz rzadziej i obecnie takich drzew jest podobno tylko dwadzieścia na całym świecie. Nie mogę zdradzić, gdzie je znalazłem, mogę natomiast powiedzieć, że rośnie w środku lasu, dokładnie ukryte w gąszczu, i że ma osobliwe właściwości: kwitnie dziesięć razy w roku, a jego owoce wyglądają jak duże orzechy. W środku każdego owocu znajdują się tysiące nasionek. Ale nie są to nasionka, tylko... malutkie litery, które należy cierpliwie ułożyć, aby odtworzyć bajkę zamkniętą w każdym z tych owoców.
Jednak na straży każdego Drzewa Bajek stoi karzełek i nikomu nie pozwala się do niego zbliżyć, zanim nie przeprowadzi surowego egzaminu. Teraz, on i ja, jesteśmy już dobrymi przyjaciółmi, ale przy pierwszym spotkaniu zadał mi tysiąc pytań: kim jestem, skąd pochodzę, gdzie mieszkam, dlaczego lubię bajki, dlaczego je piszę i tak dalej, i tak dalej... Dopiero wysłuchawszy moich odpowiedzi, uścisnął mi rękę i rzekł:
- Od dzisiaj możesz zbierać owoce, pod warunkiem jednak, że niczego nie zmienisz w tych bajkach, ponieważ są one gorące jak promień słońca, proste i jasne jak uśmiech dziecka i takie muszą pozostać.
Przyrzekłem mu to uroczyście i starałem się dotrzymać przyrzeczenia. Czy udało mi się, nie wiem... ale mam nadzieję, że zarówno karzełek, jak i wy będziecie ze mnie zadowoleni.
Dawno, dawno temu żył mądry i dobry król, którego kochali wszyscy poddani. Kiedy umarła mu żona, został na świecie tylko z małym synkiem. Król był jeszcze młody i wkrótce ożenił się ponownie. Niestety, jego druga żona z początku potulna jak owieczka i słodka jak cukierek, szybko okazała się zła jak osa i kwaśna jak cytryna.
Dobry król gorzko żałował swojego kroku i coraz częściej wspominał anielską dobroć i urodę pierwszej żony. Jego synek był bardzo podobny do matki i ilekroć ojciec spojrzał na niego, widział twarz, oczy, usta ukochanej królowej. Robił się wtedy bardzo smutny i unikał ludzi.
Macocha widząc to znienawidziła królewskiego syna i postanowiła się go pozbyć. Poszła do czarownicy prosić o radę. A stara wiedźma tylko czekała, żeby ludziom uczynić coś złego. Wręczyła więc królowej jakieś lekarstwo starte na proszek i powiedziała:
- Daj to księciu wieczorem, a kiedy zaśnie, otwórz szeroko okno w jego komnacie.
Zadowolona królowa wróciła do pałacu i zrobiła wszystko tak, jak jej czarownica przykazała.
W nocy ogromne ptaszysko wleciało do sypialni chłopca, chwyciło go w szpony i pofrunęło daleko do lasu, aż do chaty czarownicy. Wiedźma czekała zniecierpliwiona, a gdy tylko ujrzała ptaka niosącego dziecko, z uciechy zatarła ręce. Królewicz spał twardo jak kamień i nie czuł nawet, co się z nim dzieje.
W chacie czarownicy, na stole było mnóstwo różnych naczyń, probówek, flaszek, w których coś dymiło i bulgotało. Zła wiedźma zabrała się do przyrządzania napoju. Do naczynia wlała trochę wody z diabelskiej studni, wrzuciła ząb żmii, pazur kruka i skórę ropuchy... Kiedy mieszanina była gotowa, podniosła ostrożnie naczynie i ściskając je mocno, wymamrotała:
Parabunda karamaj,
Karabinda parokaj,
Drzewem cudownym się stań...
Po czym napoiła śpiącego księcia.
Nazajutrz w ogrodzie czarownicy pojawiło się nowe drzewo. Było młode, zdrowe i piękne. Rosło szybko, rozrastało się, ale było smutne. Czuły to ptaki i często przysiadały na gałęziach, aby je trochę rozweselić. Pewnego razu urządziły koncert wesołych piosenek i drzewo się uśmiechnęło. Radość jednak trwała krótko.
Ptaki słyszały, że drzewo szumi inaczej niż inne drzewa w lesie. Jego szum przypominał błagalny głos ludzki. Była w nim prośba do wiatru:
- Leeć do pałacu! Poowiedz oojcu, żeeby przyybył tuu i zdjął zee mnie złyy czaar!
Wiatr chętnie spełniał tę prośbę i leciał do króla. Król przechadzając się po ogrodzie słyszał nieraz niepokojący szept wiatru, ale nie wiedział, co on oznacza ani skąd pochodzi.
Minęły lata. Zła macocha umarła. Którejś nocy wychyliła się z balkonu i spadła na pałacowy dziedziniec, skręcając sobie kark.
Król postarzał się. Zgorzkniały i smutny ciągle wracał myślami do pierwszej żony i utraconego syna. Komu przekaże tron i królestwo?
Pewnej nocy obudził się niespokojny. Nagle posłyszał znajomy mu skądś głos:
- Wstań, dosiądź konia i jedź w kierunku, który ci wskaże najjaśniejsza gwiazda... Ja ci powiem, kiedy masz się zatrzymać.
Królowi wydało się, że rozpoznaje głos swojej pierwszej żony. Ubrał się szybko, przypasał wierną szpadę i dosiadł konia. Przez dziesięć godzin galopował, kłusował i znów galopował. Był zmęczony, kręciło mu się w głowie, wciąż jednak jechał naprzód i naprzód, bez ustanku. Przebył wiele kilometrów, ale nie słyszał upragnionego głosu, który by mu pozwolił wypocząć.
Nagle zobaczył ogromne, liściaste drzewo, wysokie i rozłożyste, a obok chatkę na wpół rozwaloną przez deszcze i wichury. Chatka należała niegdyś do czarownicy, ale król nie wiedział o tym; nie wiedział też, co wydarzyło się tu przed laty.
Wtem usłyszał słowa, na które tak długo czekał:
- Teraz możesz odpocząć w cieniu drzewa. Śpij spokojnie.
Śmiertelnie zmęczony król z ulgą zsunął się na miękki mech i natychmiast zasnął. Jaki dziwny miał sen! Śnił, że gałęzie drzewa wyciągają się ku niemu, jakby chciały go dotknąć, a liście, niby piekące łzy, spadają mu na twarz. Wokół rozlegał się szept:
- Ojcze, w końcu mnie znalazłeś. To jestem ja, twój syn...
Zerwał się król, zdziwiony i przestraszony. Dotknął twarzy - cała we łzach. Gałęzie drzewa poruszały się niespokojnie, jakby chciały go objąć. Król usłyszał ten sam, co niegdyś w pałacowym ogrodzie, tajemniczy szum wiatru.
- Ojcze, ratuj! Uwolnij mnie od złego czaru - szeptały gałęzie.
Król objął pień drzewa, zapłakał z radości i rozpaczy.
- Synu, jakże mogę cię uwolnić... Nie wiem, jak pokonać złe moce.
Obaj - ojciec i drzewo - przytuleni, płakali długo. Aż król przypomniał sobie dobrą i piękną królową i to wspomnienie dodało mu odwagi.
- Synu! - zawołał. - Twoja matka nam pomoże! Pójdę na jej grób błagać o radę.
Zerwał liść z drzewa i poszedł na cmentarz, upadł na kolana przy grobie żony i poprosił:
- Uwolnij naszego syna, przywróć mu ludzką postać. Jestem już stary, kto obejmie po mnie królestwo?
Długo płakał i prosił. Jego zmęczone serce biło coraz wolniej i wolniej. W końcu całkiem wyczerpane bólem umilkło.
Światło księżyca padło na spokojną, jakby uśmiechniętą twarz króla i na rękę ściskającą liść.
Och, gdybyście mogli zobaczyć, co stało się potem! Liść zaczął rosnąć, wysunął się z ręki króla, powiększał coraz bardziej i powoli przybierał postać człowieka... Najpierw pojawiły się nogi, potem ramiona, wreszcie głowa. Liść zmieniał się w pięknego młodzieńca. Król umierając przekazał mu swoją moc, swoją siłę. Królewicz - bo to on był właśnie - padł na kolana, ucałował ojca i pochował go obok matki.
Tymczasem w pałacu niecierpliwie oczekiwano powrotu króla. Minęły już trzy dni od chwili, kiedy opuścił pałac, i zaniepokojeni dworzanie postanowili wybrać się na poszukiwania. Nagle rozległ się doniosły dźwięk trąb. A po chwili dał się słyszeć potężny głos starego króla, dochodzący jakby z daleka:
- Otwórzcie bramę! Wraca mój syn! Będzie waszym władcą. Dobrym i sprawiedliwym! Kochajcie go tak, jak mnie kochaliście.
Straże rzuciły się do bram, otwarły je na oścież, a królewicz wszedł na dziedziniec.
- Niech żyje! - krzyczeli wszyscy.
Później stało się tak, jak to przepowiedział stary król. Jego syn panował długo i sprawiedliwie. Lud kochał go i szanował, a on nikogo nie skrzywdził.
Nie zgadniecie, co najbardziej lubił nowy władca! Stare ogromne drzewo, które rosło na końcu pałacowego ogrodu.
Kiedy czuł się zmęczony troskami, wymykał się z pałacu i wypoczywał w jego cieniu. Czasem brała go chęć, by chociaż na chwilę znów zamienić się w drzewo, słuchać świergotu ptaków, bawić się promieniami słońca zaplątanymi w konary i liście, a nocą rozmawiać z księżycem. Ale przecież nie mógł opuścić swoich poddanych.
Zgodnie z wolą ojca był królem, powinien więc nim zostać, panować sprawiedliwie i mądrze, chociaż nieraz było to bardzo, bardzo trudne.
Giovanni był znanym i doskonałym piekarzem. Nikt tak jak on nie potrafił wypiekać chleba i ciastek, toteż wszyscy mieszkańcy miasteczka byli jego wiernymi klientami.
Żył samotnie, rodzice mieszkali gdzieś daleko, a on, mimo że miał wiele po temu okazji, nie ożenił się. Być może właśnie dlatego, a może z jakiejś innej, nieznanej przyczyny, zdziwaczał. Z roku na rok Giovanni stawał się coraz bardziej milczący i smutny.
Mieszkańcy miasteczka mówili o nim:
- Giovanni zmienił się, nie jest już taki jak kiedyś.
Ale jego chleb był w dalszym ciągu wyborny.
Wieczorami Giovanni siadał pod drzewem, a kiedy spojrzał na księżyc, zdawało mu się, że to rogalik; patrzył na kamienie polne, a one przypominały mu dobrze wypieczone bochenki chleba. Kiedy indziej znów koła wozu wyglądały jak obwarzanki. Po prostu nie potrafił już myśleć o niczym innym i gdzie spojrzał, tam widział rogale, bułki, chleby... Pieniądze go nie interesowały, gdyż nie dawały mu szczęścia.
Całkiem obrzydził sobie pracę w piekarni, zwyczajnie przestała go cieszyć. Cóż więc miał robić?
Pewnego ranka mieszkańcy, jak zwykle, przyszli do sklepiku Giovanniego po chleb i bułeczki i cóż widzą? Zamknięty sklep, a na drzwiach kartka.
Przyjaciele, nie myślcie o mnie źle. Przestałem lubić swoją pracę i dlatego musiałem odejść. Z pewnością znajdziecie innego, równie dobrego piekarza. Odchodząc nie pożegnałem się z wami. Czynię więc to teraz. Wybaczcie.
Wasz Giovanni
Ludzie nie wierzyli własnym oczom. Pocieszali się, że Giovanni szybko się opamięta i wróci do nich. Jednak po kilku dniach pojęli, że czekają na próżno. Zaczęli więc szukać nowego piekarza.
Wywiesili na rynku ogłoszenie. Zgłosiło się wielu kandydatów - młodych i starych. Wszyscy zostali poddani próbie, lecz choć bardzo się starali, żaden nie potrafił dorównać Giovanniemu. Ich pieczywo było albo za twarde, albo za suche, albo w ogóle nie takie, jakie powinno być. Przez dwa tygodnie mieszkańcy miasteczka nie zjedli ani kawałka chleba. Tracili już siły, aż piętnastego dnia na rynku zjawił się starzec z siwą brodą i ogromnym koszem pełnym chleba. Donośnym, grubym głosem zachęcał mieszkańców:
Chodźcie do mnie, przybywajcie, kosztujcie, próbujcie bułeczki, rogaliki, cudowne smakołyki!
Zbliżyli się wygłodniali ludzie i zaczęli próbować pieczywo. Chleb wyglądał rzeczywiście wspaniale, a jak pachniał! W mgnieniu oka kosz opustoszał. Starzec, uśmiechając się chytrze, żegnał się ze wszystkimi. Dziękowali mu prosząc, aby przychodził z chlebem codziennie. Starzec odpowiedział:
- Nie obawiajcie się, przyjdę. Ale jutro będziecie mi płacić - złotem.
Mieszkańcy rozeszli się do swoich domów. Jedli chleb i bułki i nie mogli się nadziwić, że pieczywo jest tak smaczne i pachnące.
„Nawet Giovanni nie piekł lepszego" - myśleli. A o świcie pobiegli co tchu na rynek. Nie czekali długo. Starzec pojawił się znów z pełnym koszem pieczywa i w jednej chwili sprzedał wszystko.
Ogłupiali, zachwyceni ludzie płacili - tak jak było umówione - złotem.
Odchodząc starzec powiedział:
- Jutro przynieście mi pługi, siekiery, grabie, motyki. Pamiętajcie, jutro przyjmę tylko narzędzia!
Przychodził co rano i za każdym razem żądał innej zapłaty, a z każdym dniem stawał się bardziej zachłanny. W końcu przeniósł się do sklepiku Gio-vanniego. A ludzie jak zaczarowani żyli tylko po to, by jeść jego chleb. Przyprowadzali mu konie, woły, krowy, owce... Doszło do tego, że pracowali już tylko na codzienny kawałek chleba. Nie zabrał im jeszcze tylko domów!
Od całkowitej nędzy mógł ich uratować tylko cud!
Tymczasem piekarz Giovanni podróżował po świecie. Najpierw jako marynarz pływał na statku. Przez jakiś czas bawiło go to, ale w końcu i ta praca dokuczyła mu i gdy tylko statek zawinął do portu, zszedł na ląd. Został murarzem, a potem cieślą. Próbował jeszcze innych zawodów, żaden z nich jednak nie dawał mu zadowolenia. Pewnego dnia zmęczony wędrówką i ciągłymi zmianami, pomyślał o swoim sklepiku i o ludziach z miasteczka. Przypomniał sobie, jak to kiedyś piekł chleb z białej jak śnieg mąki i z jaką radością ludzie go jedli. Zatęsknił za rodzinnymi stronami.
Zdecydował się wrócić. Szedł, szedł i po wielu dniach wędrówki zaczął rozpoznawać znajome okolice. Kiedy o zmroku dotarł do pierwszych domów miasteczka, stanął zdziwiony. Wszędzie panowała cisza, a w żadnym oknie nie paliło się światło.
„Dlaczego - pomyślał zdumiony - nie świeci się żadna lampa? Przecież nie jest jeszcze tak późno".
Szedł dalej. Nie wierzył własnym oczom: wzdłuż drogi, na łąkach, w ogrodach spali ludzie. I jakże byli wychudzeni!
„Co to za czary? Co tu się wydarzyło?"
Nie chciał nikogo budzić i postanowił poczekać do rana. Przeczekał noc w polu, a rankiem znów uderzyła go dziwna cisza: nie zapiał nawet kogut, nie zaryczała krowa. Nikt nie szedł do pracy w polu, z kuźni nie dochodziły uderzenia młota. Wszystko wokół wydawało się martwe. Nagle w ciszy skrzypnęły gdzieś głośno drzwi. Na ten dźwięk poderwali się śpiący ludzie i pobiegli... Dokąd?
Giovanni spostrzegł zdumiony, że wszyscy cisną się do jego piekarni. Poszedł za nimi, patrzy, a tam za ladą stoi starzec z długą brodą. Ale sprzedaje chleb tylko tym, którzy mogą mu cokolwiek dać, a reszta, cały wynędzniały tłum, prosi daremnie o kawałek choćby suchego chleba.
Giovanni, zaciskając zęby, stanął z boku i przyglądał się tej scenie. W końcu przepchnął się przez ciżbę i, wściekły, stanął oko w oko ze starcem. Ten patrzył na Giovanniego z szyderczym uśmiechem.
Tymczasem ludzie, jakby obudzeni ze złego snu, poznali swojego piekarza.
- Giovanni! Wróciłeś jednak! Ratuj! Zdejmij z nas czar rzucony przez tego diabelskiego starca! Zabrał nam wszystko, doprowadził do nędzy!
- Kim jesteś, młody człowieku? - zapytał rozeźlony staruch. - Odejdź i nie przeszkadzaj mi! Czyż nie widzisz, że ciężko pracuję, aby nakarmić tych biednych ludzi?
- Kim jestem? Dobre sobie! Kiedyś piekłem chleb dla mieszkańców tego miasteczka. Byli zdrowi i silni! Ty ich zrujnowałeś! - Giovanni z zaciśniętymi pięściami zbliżał się do starca.
Wtem usłyszał chrapliwy głos wydobywający się z głębi sklepu. Była to ropucha - wierna sługa starca i jego pomocnica. Zaskrzeczała:
- Powoli, młody człowieku! Chcesz skrzywdzić starego i słabego? Spróbujcie swych sił inaczej: niech każdy z was upiecze dziś wieczorem chleb, żeby przekonać się, kto jest lepszym piekarzem. Ten, którego bochenek będzie ładniejszy i smaczniejszy - zostanie w piekarni; ten, który przegra - niech zadławi się własnym chlebem!
- Dobrze! Jestem gotów - wykrzyknął młodzieniec, ale w głębi duszy nie był pewien, czy uda mu się wygrać ten pojedynek. Czy jego chleb będzie lepszy?
Kiedy nadszedł wieczór, wszyscy zgromadzili się na polanie, a obaj piekarze zabrali się do pracy.
Był to dziwny pojedynek.
Starzec spokojny i pewny siebie zacierał ręce z uciechy. Wokół niego uwijała się ropucha podając mąkę, wodę, sól i jakieś tajemnicze przyprawy.
Giovanni był zupełnie sam. Obleciał go strach. Tak dawno niczego nie piekł. Czy uda mu się pokonać starego? Wzniósł oczy do nieba i zobaczył księżyc. Była pełnia. I wydawało mu się, że księżyc, podobny do rumianego bochenka, uśmiechnął się do niego i, dodając mu otuchy, szepnął:
„Nie bój się, ja ci pomogę!"
Giovanni spoglądał co chwila to na księżyc, to na mąkę, szepcząc bezwiednie:
- Musisz być wypieczony i piękny jak księżyc. Czego tu jeszcze dodać? Aha, kilka kropel wody, najlepiej z deszczu gwiazd. A teraz? Ach prawda, potrzebny jest zapach lasu.
Nagle u stóp Giovanniego wyrosły wonne zioła, których nigdy przedtem nie widział. Zerwał kilka ździebełek i wrzucił do dzieży. Brakowało jeszcze soli. Zapłakał więc Giovanni, a jego słone łzy zrosiły chleb.
- Czego jeszcze potrzeba? Tak, potrzeba ciepłego, lekkiego wiatru, aby ciasto urosło! - i w tej samej chwili zerwał się wietrzyk taki, jakiego pragnął.
Ciasto Giovanniego było gotowe. Starzec także kończył swoją pracę. Teraz pozostało już tylko chleb upiec, żeby przekonać się, kto jest zwycięzcą.
Mieszkańcy miasteczka otoczyli Giovanniego, wpatrywali się w niego z nadzieją i dodawali mu odwagi.
- Śmiało, Giovanni! Dalej, śmiało!
Obaj piekarze zbudowali z cegieł piece, rozpalili w nich ogień i wsunęli swoje bochenki.
Po półgodzinie chleby były gotowe. Starzec pierwszy wyjął z pieca swój bochenek. Był wspaniały, wypieczony i pachnący!
Ale gdy starzec ujrzał chleb Giovanniego, zbladł i zatrząsł się ze strachu, a wraz z nim - ropucha.
Chleb młodego piekarza przypominał księżyc w pełni, błyszczał jak gwiazdy, a jego zapach, który był zapachem łąk i lasu, przyprawiał o zawrót głowy. Nigdy żaden chleb nie pachniał tak jak ten!
Starzec przestraszył się, że jego chleb jest gorszy. Ale żeby przekonać się o tym, wściekły, odłamał kawałek i nie pamiętając o słowach ropuchy, włożył go do ust... i udławił się. A jego służka ropucha widząc, co się stało, pękła dosłownie ze złości.
- Niech żyje Giovanni! Niech żyje nasz wybawca! - krzyczeli mieszkańcy miasteczka i płakali ze szczęścia. A księżyc uśmiechał się zadowolony.
Od tego dnia Giovanni znów polubił swoją pracę i piekł dla ludzi chleb z wielką radością.
Powiedzcie sami: czy jest coś piękniejszego i bardziej potrzebnego niż chleb?
W pewnym wielkim kraju, w którym niezgoda i nienawiść nękały ludzi, żyła rodzina wieśniaków: ojciec, matka i ich jedenastoletni syn - Geremia. Chłopiec był piękny niczym aniołek, ale słabego zdrowia. Wrażliwy, milczący, skłonny do fantazjowania i marzeń nie nadawał się ani do pracy w polu, ani do pomocy w gospodarstwie. Rodzice woleliby mieć syna silnego, zdrowego i takiego, który nie bujałby w obłokach, lecz trzeźwo stąpał po ziemi.
Geremia cierpiał, że ojciec i matka nie rozumieją go; przecież to nie jego wina, że jest właśnie taki. Z biegiem czasu stawał się coraz bardziej smutny i zamknięty w sobie. Na szczęście dzięki swej poetyckiej naturze chłopiec umiał znaleźć piękno w rzeczach najzwyklejszych, codziennych. W tym właśnie szukał pocieszenia.
Kiedy padał deszcz, patrzył zachwycony na krople spływające po szybie, starając się odgadnąć, dokąd i po co, tak jedna za drugą, wędrują. Przyglądał się zacietrzewionym kogutom i myślał, że skaczą sobie do oczu jak ludzie. Kiedy indziej spacerując po lesie pisał wiersze, używając ździebeł trawy i kamyków. A wiersze te czytały zwierzęta i rośliny i powtarzały sobie nawzajem.
Chłopiec martwił się, że w jego kraju panuje niezgoda i nienawiść. Nawet jego rodzice kłócili się coraz częściej. Marzył, by wszyscy ludzie żyli w przy-jaźni, byli sobie życzliwi.
Pewnego razu Geremia zachorował i musiał leżeć w łóżku. Miał gorączkę, a po lekarstwie, które zapisał mu doktor, czuł się bardzo osłabiony. Tego wieczoru chłopczyk czekając, aż przyjdzie sen, przyglądał się kwiatkom wymalowanym na firance. Było już ciemno, ale światło latarni z podwórza rozjaśniało firankę ożywiając kwiaty. Wyglądała jak łąka o wschodzie słońca. Geremia przyglądał się żółtemu dzwonkowi otoczonemu wianuszkiem stokrotek. Patrzył tak długo, aż poczuł, że oczy mu się kleją i ani spostrzegł, kiedy zaczął śnić.
Żółty Dzwoneczek poruszył się, zadzwonił cichutko. Po czym zeskoczył z firanki prosto na poduszkę chłopca.
- Przygotuj się do trudnego i ważnego zadania - chłopiec wyraźnie usłyszał jego dźwięczny głosik.
- W naszym kraju źle się dzieje, ludzie żyją w niezgodzie i nienawiści. Jeśli natychmiast nie zaczniemy działać, niechybnie wybuchnie wojna domowa. Musisz odbyć długą i niebezpieczną podróż przez góry i morza. Ja pójdę z tobą i wskażę ci drogę. Razem dotrzemy do krainy Wiecznego Pokoju, gdzie nikt nie wie, co to nienawiść. Tajemnica tej krainy tkwi w cudownych deszczowych chmurach, które niszczą wszelkie zło. Zabierzemy kilka tych cudownych chmur. Po drodze musimy jednak pokonać Zazdrość, Nietolerancję i Nienawiść - trzy postacie, pod którymi kryje się zło.
Geremia wstał z łóżka, ubrał się i włożył do kieszeni kawałek chleba i sera. Był gotów. Ruszyli przez uśpione pola. Nie spały tylko świerszcze, które rozpoczęły swe nocne muzykowanie przy księżycu.
Dotarli do lasu. Dzwoneczek dźwięcznym głosem wskazywał chłopcu drogę.
Nagle Geremia usłyszał łopot skrzydeł. Dał znak Dzwoneczkowi, żeby umilkł, i zaczął się rozglądać dokoła. Wreszcie zobaczył na gałęzi ogromną sowę. Jej oczy świeciły zielono jak dwie latarki. Ptak powiedział grubym głosem:
- Geremia, jesteś dobrym i dzielnym chłopcem. Wiem, że chcesz spełnić trudne i ważne zadanie, więc pomogę ci chętnie. Wyrwij mi jedno pióro. Jeśli dmuchniesz na nie, wyrosną ci skrzydła, które, gdy pokonasz zło, zaniosą cię do krainy Zgody. Na granicy tej krainy spotkasz staruszkę z czarodziejskim wrzecionem. Poproś ją o srebrną nić. Na niej przeciągniesz chmury aż tutaj.
Znów ruszyli w drogę. Maszerowali długo, wypoczywając w cienistych grotach lub pod drzewami. Aż któregoś dnia Dzwoneczek zadzwonił alarmująco:
- Uważaj, zbliżamy się do Zazdrości. Przybrała ona postać pięknej i powabnej kobiety, która będzie się starała cię oczarować. Miej się na baczności.
Chłopiec skinął głową na znak, że rozumie, i poszli dalej. Wkrótce zobaczył Zazdrość i usłyszał jej słodki i kuszący głos:
- Zbliż się do mnie, chłopcze, nie obawiaj się. Chcę ci dać piękny prezent: czarodziejską czapkę, która należała do najbogatszego człowieka na świecie. Kiedy tylko włożysz ją na głowę, zdobędziesz to wszystko, co mają inni, albo, jeśli wolisz, będziesz mógł innym odebrać, co ci się tylko spodoba.
- Nie chcę niczego i nie mam zamiaru odbierać innym czegokolwiek. Jestem zadowolony z tego, co mam, i z tego, że inni mają... - rzekł Geremia.
Kiedy Zazdrość usłyszała te słowa, zawyła strasznym głosem, poszarpała piękne szaty, potargała włosy i oczom chłopca ukazała się okropna wiedźma z zakrzywionymi szponami i zębiskami jak u wilka.
- Zuchwalcze, przez ciebie pójdę do piekła... będę cierpieć straszliwe męki. Jesteś bez serca! Gdybyś wziął tę czapkę, uratowałbyś mnie od mąk piekielnych!
- Powiedziałem ci, że nie chcę czapki. Zatrzymaj ją dla siebie i pozwól mi iść swoją drogą.
Wtedy Zazdrość poczuła, że płonie. Żeby ugasić żar, wskoczyła do strumienia, który przepływał niedaleko. Rozległo się tylko skwierczenie, jakby ktoś dolał do ognia oliwy.
- Pokonaliśmy pierwszą przeszkodę - odetchnął Dzwoneczek. - Teraz czeka cię druga próba. Idziemy na spotkanie Nietolerancji. Jest potężna i niebezpieczna. Walczy z każdym, kto inaczej myśli niż ona.
Po trzech dniach znaleźli się na polanie, na której rozpięty był ogromny namiot. Pod namiotem spała kobieta o długich włosach sięgających jej do stóp, wysoka na dziesięć metrów. Jej duże ręce budziły strach. Jedynie głowa była dziwnie niewielka.
Geremia zbliżał się ostrożnie, żeby nie obudzić olbrzymki i przejść nie zauważony. Ale ona udawała tylko, że śpi. Nagle poderwała się tak gwałtownie, aż ziemia zadrżała.
- Cha! Cha! Cha! - wybuchnę!a diabelskim śmiechem, który mroził krew w żyłach. - Chciałeś mi uciec! Gadaj natychmiast, kim jesteś i co tu robisz?
- Jestem Geremia. Mam do spełnienia ważne zadanie. Pozwól mi więc przejść, bo się spieszę.
- Patrzcie no, patrzcie, ten smarkacz ośmiela się rozkazywać mi. Najpierw odpowiesz na moje pytanie, a potem zobaczymy... Powiedz no, co byś zrobił, gdyby ktoś miał inne niż ty zdanie na jakiś temat?
- Nic bym nie zrobił, bo uważam, że każdy może myśleć, co chce.
- Ach! Widzę, że jesteś dla mnie bardzo niewygodny. Muszę cię zniszczyć! - Zbliżyła się do chłopca i schwyciła go w swoje potężne łapska.
„Już po mnie" - pomyślał Geremia. Ale wtedy przyszedł mu do głowy zbawienny pomysł.
- Nie zabijaj mnie! Muszę ci wyznać coś bardzo ważnego. Tam, za tą równiną, wznosi się wielka skała, a na skale rośnie samotne drzewo. Na jego wierzchołku żyje kruk, który kracze: „Jestem bardziej nietolerancyjny niż sama Nietolerancja. Wy dziobię jej oczy, czarami pozbawię potęgi i zajmę jej miejsce".
- Co ty bredzisz? Jaki kruk? - zaniepokoiła się olbrzymka.
- Popatrz sama, widać go stąd. Jest czarny jak atrament. Widzisz? Nie? To zrób z dłoni lunetę, a na pewno go ujrzysz.
Nietolerancja była wielka i silna, ale dość głupia, i posłuchała go. Kiedy podniosła do oczu ręce, Geremia raptem uwolniony z uścisku, czepiając się jej włosów, błyskawicznie spuścił się na ziemię i rzucił do ucieczki.
Zanim Nietolerancja spostrzegła, że ją oszukano, chłopiec i Dzwoneczek dopadli gęstego lasu. Tutaj byli bezpieczni.
- Przed nami już ostatnia próba. Jeśli pokonasz Nienawiść, bez przeszkód dotrzemy na miejsce.
Maszerowali cały dzień i całą noc aż przybyli na brzeg wielkiego jeziora. Dookoła panował spokój i zdawało się, że jest tu bezpiecznie. Nagle jednak fale zapluskały gwałtownie i z wody wynurzył się potwór - pół wiedźmy, pół smoka. Od wściekłych uderzeń potężnego ogona rozszalała się wichura.
- Kim jesteś i czego tu chcesz? - zawył.
- Nazywam się Geremia. Nie chcę nikogo skrzywdzić, pozwól mi przejść, bo mam do spełnienia ważne i pożyteczne dla ludzi zadanie.
Na te słowa smok zatrząsł się ze złości, bluznął ogniem.
- A więc, jeżeli cię dobrze zrozumiałem, chcesz czynić dobro. I ośmielasz się to mówić mnie, który jestem śmiertelnym wrogiem dobra, przyjaźni i braterstwa? Głupcze, zmiotę cię z powierzchni ziemi. Chyba że... chyba że powiesz: „Przysięgam nienawidzić po wsze czasy wszystko i wszystkich".
- Nie mogę - powiedział chłopiec. - Przecież jestem tu tylko dlatego, że kocham ludzi, zwierzęta, rośliny i nigdy nie przestanę kochać.
W tej samej chwili drzewo, które rosło obok i słyszało słowa chłopca, głęboko poruszone jego wyznaniem, wyciągnęło największą gałąź i uderzyło nią Nienawiść. Potwór padł bez czucia na ziemię.
Chłopiec i Dzwoneczek byli wolni. Mogli iść dalej.
- Najgorsze już za nami - powiedział kwiatek. - Teraz łatwo dotrzemy do celu.
Rzeczywiście, upłynęło zaledwie pół godziny, kiedy zobaczyli staruszkę, która przędła srebrną nić.
- Nazywam się Geremia... - zaczął chłopiec.
- Wiem - przerwała mu staruszka - wiem wszystko od ptaków, które przybyły tu przed tobą i powiedziały, że przyjdziesz po srebrną nić. Dokonałeś naprawdę niezwykłych rzeczy, pokonałeś Zazdrość, Nietolerancję i Nienawiść. Weź teraz tę nić i niech ona ci pomoże przeciągnąć chmury do twego kraju.
Geremia podziękował. Wyjął z kieszeni pióro sowy, dmuchnął na nie i natychmiast wyrosły mu skrzydła. Razem z Dzwoneczkiem pofrunęli ku chmurom. Wybrali sobie największe, ciężkie od bezcennego deszczu. Przewiązali je srebrną nicią i ruszyli w drogę powrotną.
Promienie słońca przedostały się przez szparę w firance w kwiatki i padły na twarz chłopca. Geremia obudził się i od razu poszukał żółtego dzwoneczka. Kwiatek był na swoim miejscu i zdawało się, że wcale go nie opuszczał.
„Jaki piękny miałem sen" - pomyślał chłopiec.
W tej chwili do pokoju weszli rodzice. Trzymając się za ręce zbliżyli się do łóżka chorego. Uśmiechali się. Ucałowali go serdecznie.
- Jak się dziś czujesz, synku? - zapytała mama. - W nocy była straszna ulewa, błyskało, biły pioruny. Czy nie przestraszyłeś się burzy?
Geremia uśmiechnął się tylko. - Nie, mamo, niczego nie słyszałem. Byłem bardzo zajęty swoim snem.
Od tego dnia w kraju żyło się zupełnie inaczej. Deszcz zniszczył nienawiść i niezgodę.
Wszyscy ludzie jakby się odmienili, wybaczyli sobie dotychczasowe krzywdy, stali się życzliwi, i w razie potrzeby gotowi byli pomagać sobie nawzajem.
Tylko Geremia znał tajemnicę tej cudownej przemiany. Wiedział jednak, że prędzej czy później dobry czar straci swą moc i na nowo zaczną się swary i kłótnie. Prosił więc Niebiosa, aby stało się to jak najpóźniej, ale w głębi duszy przeczuwał, że znów będzie musiał wyruszyć na nową wyprawę.
Michelino nie był złym ani głupim chłopcem, ale miał dwie wady: za bardzo lubił pieniądze i nie chciał się uczyć. Jego rodzice klepali biedę, postanowili więc oddać syna na naukę do zegarmistrza.
Zegarmistrz był już stary i trochę niedowidział. Coraz częściej zdarzało mu się, że zamiast zreperować zegar - psuł go. W dodatku Michelino robił mu głupie psikusy: chował śrubki, sprężynki albo wskazówki.
Mimo że Michelino pracy nie traktował poważnie, był jednak zdolny; po jakimś czasie wyuczył się zawodu i założył własny warsztat. Powodziło mu się dobrze, zawsze miał bardzo dużo pracy. Po roku stał się znany w całej okolicy. Sława jego dotarła aż do zamku królewskiego. A tam właśnie, ku rozpaczy króla i mieszkańców miasta, popsuł się zegar na zamkowej wieży. Przedtem dzwonił co pół godziny i słyszano go nie tylko w zamku królewskim, ale także w sąsiednich wioskach. Dzwonił o piątej - i chłopi wychodzili w pole, o szóstej trzydzieści - i wszystkie dzieci wstawały, aby iść do szkoły. W południe dzwonił, aby oznajmić, że nadeszła godzina powrotu do domu na obiad, o siódmej wieczorem - na kolację, o dziewiątej trzydzieści oznajmiał wszystkim, że czas iść do łóżek. Jednym słowem, zegar był ludziom bardzo potrzebny, i kiedy się popsuł, czuli się zagubieni. Zrobiło się wielkie zamieszanie. Ludzie spali do obiadu, dzieci przestały chodzić do szkoły, kolację jadano o północy, a na spoczynek udawano się o godzinie czwartej rano.
Pięćdziesięciu zegarmistrzów próbowało naprawić zegar, ale żadnemu się to nie udało. Wtedy król wezwał Michelina. Chłopiec od razu zabrał się do pracy, rozkręcił wszystkie śrubki i już wiedział, co i jak. Obliczył sobie, że potrzeba mu dwóch, trzech dni, aby mechanizm zaczął działać. Ale cały czas myślał, jak by tu oszukać króla i wyłudzić największą zapłatę.
- Potrzebuję dwóch tygodni na zreperowanie zegara - powiedział i szybko dodał: - Może trochę więcej...
Potem poprosił o złoty łańcuch długi na dwa metry, trzy spore rubiny i pięć diamentów. Wszystko to, jak zapewnił, było niezbędne do naprawy zegara. Kiedy tylko dostał te skarby, ukrył je pod jednym z kamieni wieży.
Mijały dni, a sprytny Michelino ciągle żądał nowych kosztowności. Dwa tygodnie już minęły, a on wciąż powtarzał:
- Jeszcze tylko jeden dzień, a zegar będzie naprawiony.
W końcu królowi znudziło się czekanie, zawołał zegarmistrza.
- Dość tej zabawy. Jeśli do jutra nie skończysz pracy, każę ci ściąć głowę!
Michelino przestraszył się nie na żarty. Zapewnił króla, że wszystko będzie gotowe na czas. Pomyślał sobie, że jak tylko naprawi zegar, zabierze swoje skarby i ucieknie. Siódme poty biły na niego, kiedy zakładał ostatnie trybiki.
Wreszcie koniec! Zegar zaczął głośno wybijać godzinę. Wszyscy, radowali się, wiwatowali na cześć Michelina, krzyczeli z uciechy, że ich życie znów będzie normalne.
Król, we własnej osobie, udał się do wieży, by uścisnąć rękę mistrzowi, a potem zapytał, czego chce w zamian za swoją pracę. Michelino, który już był bogaty, bo miał to wszystko, co ukrył pod kamieniem, poprosił tylko o wielki worek, szybkiego konia i obiecał, że wróci tu po trzech latach, aby poślubić córkę króla, bo zakochał się w niej od pierwszego wejrzenia.
Nie w smak było królowi mieć zegarmistrza za zięcia, ale po tym, co ten chłopak uczynił dla niego i dla miasta, nie mógł odmówić. Powiedział wymijająco:
- Zobaczymy. Jak wrócisz za trzy lata, to zobaczymy...
Król przez cały czas zastanawiał się, po co zegarmistrzowi worek i koń. „Pewnie chce coś ukraść i uciec" - domyślił się i wyznaczył dwóch ludzi, aby §p pilnowali.
Pod osłoną nocy Michelino ostrożnie zaczął wyciągać ukryte pod kamieniem skarby. Strażnicy tylko na to czekali. Złapali go i zaprowadzili przed oblicze króla.
Teraz siedzi Michelino w więzieniu i myśli, jak ocalić głowę - bo skazano go na śmierć - jak uciec z lochu.
Dokładnie obejrzał celę, sprawdził mury. Niestety, były za grube, żeby można było w nich zrobić dziurę...
Właśnie wyjrzał przez zakratowane okienko. Ujrzał na wąskim gzymsie myszkę, która przyglądała mu się ciekawie. Przywołał ją i zaczął się użalać:
- Widzisz, myszko, co mnie spotkało za to, że byłem nieuczciwy.
- Bardzo źle zrobiłeś - odpowiedziała myszka.
- Ale teraz żałuję tego i już nigdy nie będę ani kradł, ani oszukiwał.
- Naprawdę?
- Tak, przyrzekam, jeśli tylko wydostanę się z więzienia. Mam pewien pomysł, ale potrzebuję twojej pomocy.
- Zgoda, pomogę ci. Powiedz tylko, co mam zrobić.
- Wdrap się na wieżę i pomiędzy dwa zębate kółka zegara włóż kijek z twardego drewna. To wszystko.
Michelino sądził, że jeżeli zegar znów się popsuje, król będzie go potrzebował, a wtedy on poprosi o łaskę.
Stało się tak, jak przewidywał. Po chwili zegar stanął.
- Przeklęty! - krzyczał król. - Źle wykonał swoją pracę i zegar znów się popsuł, ale teraz ja się tym zajmę!
Rozkazał strażom, aby natychmiast przyprowadziły Michelina, a kiedy chłopiec przyszedł, król powiedział:
- Nie dość, że próbowałeś mnie oszukać i okraść, jeszcze źle zreperowałeś zegar! Zatem jutro, zanim ci zetną głowę, zostaniesz wychłostany!
Drżący i blady Michelino zaczął błagać:
- Panie, trzeba tylko naoliwić mechanizm. Daj mi dziesięć minut, a zegar znów będzie chodzić.
Początkowo król nawet nie chciał o tym słyszeć, obawiał się, że młodzieniec szykuje nowe oszustwo. W końcu jednak zgodził się; pomyślał, że nie ma innego wyjścia.
Wszedł więc Michelino na wieżę, zręcznie wysunął patyk i zegar zaczął działać.
I znów młodzieniec stanął przed królem.
- Daruj mi winę - poprosił. - Pozwól wrócić do rodzinnych stron. Teraz zegar będzie chodził co najmniej sto lat.
Ponieważ wydawał się naprawdę skruszony, król łaskawie mu przebaczył, ale pod warunkiem, że nigdy nie wróci do miasta.
Minęły trzy lata, a Michelino nie mógł zapomnieć o pięknej królewnie. Marzył, żeby pojąć ją za żonę. Ale jak to zrobić? Myślał, myślał i wymyślił.
Przebrany za starca pojechał do miasta. Los mu sprzyjał. W mieście panował rozgardiasz nie do opisania. Na zamku i w okolicznych wioskach wszystko było przewrócone do góry nogami. Ludzie także zmienili się nie do poznania, niektórzy spali na stojąco, inni biegali jak .szaleni. Michelino zrozumiał natychmiast, co się stało. Piorun uderzył w wieżę i uszkodził mechanizm zegara. Zrozpaczony król ogłosił, że temu, kto naprawi zegar, ofiaruje rękę swojej córki. Próbowało wielu mistrzów, ale żadnemu się nie powiodło.
Michelino przyszedł w przebraniu do pałacu i powiedział, że spróbuje naprawić zegar. Chłopiec zabrał się do pracy i po tygodniu naprawił uszkodzony mechanizm. Cóż było robić? Król musiał spełnić obietnicę, chociaż królewna płakała w głos, a i jemu wcale się nie uśmiechało wydawać córkę za starca w łachmanach.
Nadszedł dzień ślubu. Wszystko już było gotowe, brakowało tylko narzeczonego. A on siedział w ukryciu i nie mógł się zdecydować: ujawnić się teraz czy po ceremonii zaślubin.
W końcu postanowił, że wejdzie jako starzec, a wyjdzie jako młodzieniec.
Podczas weselnej uczty nagle zerwał białą brodę i zrzucił łachmany. Oczom wszystkich ukazał się urodziwy młodzieniec.
- Michelino! - królewna rozpoznała od razu zegarmistrza, który przed trzema laty pracował na wieży i bardzo, bardzo jej się podobał.
- Michelino! To prawda, oszukałeś mnie dwa razy, ale także dwa razy wyszedłeś cało z opresji -powiedział król w gruncie rzeczy zadowolony z takiej przemiany. - W rzeczywistości jesteś dzielnym chłopcem i mam nadzieję, że będziesz żył uczciwie. Moja córka także cię kocha. Z niecierpliwością czekała na twój powrót, chociaż nie miała odwagi powiedzieć mi o tym. Bądźcie więc razem szczęśliwi!
Tej nocy zegar zamiast swoich poważnych, miarowych uderzeń - don!... don!... don!... don!... don!... don!... - dzwonił uroczyście i radośnie, jakby ucztował przy weselnym stole i pił wino i miód: tring!... beng!... deng!... tring!... beng!... deng!... Ale o świcie, kiedy młoda para wyjechała w podróż poślubną, znów zaczął bić swoim zwyczajnym głosem. I do dziś punktualnie bije co pół godziny: don!... don!... don!... don!...
Pewnego razu żyli sobie król i królowa. Gorąco pragnęli mieć dzieci, ale los nie był dla nich łaskawy.
- Och - wzdychał król - kto zasiądzie na tronie, kiedy umrę!
- Ach - wzdychała królowa - jak smutno i pusto jest w pałacu! Gdybyśmy tak mieli syna...
Czas mijał. Król i królowa stawali się coraz bardziej zgorzkniali. Co gorsza, zazdrościli tym, którzy mieli dużo dzieci. W końcu wydali takie zarządzenie: jeśli urodzi się dziecko, rodzice muszą zapłacić tyle pieniędzy, ile lat mają razem ojciec i matka niemowlęcia!
A w ich państwie żyli prawie sami biedni ludzie, nie stać ich było na płacenie takiego podatku i bali się, że strażnik zabierze w zamian cały ich skromny dobytek.
Któregoś dnia do stolicy zawitał czarnoksiężnik. Przybywał z bardzo daleka i wybierał się jeszcze w dalszą drogę. Zatrzymał się w gospodzie, w której mieszkali wszyscy przyjezdni. Opowiedziano mu tutaj smutną historię króla i królowej, którzy nie mając własnych dzieci, zazdrościli potomstwa innym.
Zamyślił się czarnoksiężnik, a potem rzekł:
- Jutro, zanim wyruszę dalej, pójdę do pałacu. Postaram się pomóc królowi i królowej, a jeśli się to uda, uwolnię was od podatku.
Żona gospodarza, która oczekiwała dziecka, padła na kolana i ze łzami zaczęła prosić:
- Pomóż nam! Zrób coś, żebyśmy mogli być szczęśliwi i cieszyć się dzieckiem. Zdejmij z nas to jarzmo!
Gospodarze dali gościowi najlepszy pokój i życzyli mu dobrej nocy.
Bardzo szybko rozeszła się wieść, że czarnoksiężnik może sprawić, iż królowa będzie miała potomka. Oczywiście wiadomość ta dotarła także do pałacu. Nazajutrz więc, gdy tylko czarnoksiężnik się obudził, zobaczył przed gospodą czekającą już na niego pałacową karetę.
Ubrał się niespiesznie, wziął czarnoksięską torbę i wsiadł do karety. Ruszyli z kopyta. Głos dziesięciu trąb obwieścił przybycie czarnoksiężnika, a bramy pałacu otwarły się na oścież. Sam marszałek dworu zaprowadził go przed oblicze pary królewskiej. Król i królowa czekali już w sali tronowej z wielką niecierpliwością.
Czarnoksiężnik skłonił się głęboko i rzekł:
- Królu, królowo, znam wasze zmartwienie i postaram się pomóc wam, ale najpierw zobaczymy, co powie wróżba...
Zaczął grzebać w swej dużej torbie. Szukał tam czegoś i szukał, aż w końcu wyjął kulę z białego jak mleko szkła. Połyskiwała niebiesko i zielono. Wpatrywał się w nią z uwagą i mamrotał jakieś tajemnicze, niezrozumiałe słowa. Trwało to zaledwie kilka minut, ale parze królewskiej zdawało się, że całą wieczność.
- Posłuchajcie... w mojej kuli widzę tyle dzieci, że nie zdołam ich policzyć. Są ubrane ubogo, nie mają nawet butów. To przyszłe dzieci waszych poddanych... A dalej widzę chłopca, stoi sam, wygląda jak słońce, które zeszło z nieba. Ubrany jest wspaniale... na głowie ma koronę... To twój przyszły syn, królu!
- Widzisz naszego syna? To znaczy, że będziemy mieli dziecko? - pytali równocześnie, nie wierząc własnym uszom.
- Tak, ale nim to nastąpi, w królestwie musi urodzić się dwa tysiące dzieci! - powiedział czarnoksiężnik, chowając do torby szklaną kulę i kłaniając się zebranym.
Król i królowa stali jak wrośnięci w ziemię. Kiedy oswoili się z nowiną, czym prędzej wydali nowe zarządzenie:
Do wszystkich mieszkańców królestwa!
Drodzy mieszkańcy, my, Król i Królowa, pragniemy, abyście mieli jak najwięcej dzieci! Każdemu, komu w ciągu roku urodzi się syn lub córka, wypłacimy w nagrodę sto złotych monet.
Podpisano: Król i Królowa
Następnego dnia, przy wtórze bębnów i trąb, na wszystkich placach i ulicach słudzy ogłosili życzenie i obietnicę królewską. Zdziwieni mieszkańcy słuchali z niedowierzaniem i radością. Teraz bez obawy mogą oczekiwać dzieci!
Minął czas jakiś i oto w królestwie przybyło już tysiąc dzieci. Ale, jak dotąd, nikt z rodziców nie dostał nawet jednej monety. Król i królowa tłumaczyli się, że na razie nie mają złota, że wkrótce postarają się spełnić swoją obietnicę. Jednak czas płynął, dzieci przybywało, a oni nie wypłacali obiecanej nagrody. Umyślili sobie bowiem, że poczekają, aż im urodzi się upragniony syn, a gdy już wróżba się spełni, będą mogli zaoszczędzić całą górę złotych monet.
Kiedy przyszło na świat dwutysięczne dziecko, mieszkańcy urządzili wielkie święto. Zebrali się wszyscy pod ogromnym drzewem, ucztowali, śpiewali, tańczyli.
Na ucztę zaproszono także króla i królową, ale oni nie radowali się razem ze wszystkimi. Czuli się nieswojo, bo nie spełnili przecież obietnicy. Kiedy dzwony na wieży oznajmiły północ, rozległ się grzmot, zadrżała ziemia i z kłębów dymu wyłonił się starzec. Ludzie rzucili się do ucieczki, ale powstrzymał ich donośny głos:
- Nie bójcie się! To ja, czarnoksiężnik. Król i królowa nie dotrzymali przyrzeczenia, przybyłem więc, aby ich ukarać. Wy zaś wracajcie do domów. Święto skończone!
Przestraszeni ludzie rozeszli się w ciszy. Koło ogromnego drzewa został tylko czarnoksiężnik i para królewska.
Starzec ułamał gałązkę, dmuchnął na nią i gałąź przemieniła sią w małego chłopca. Ale co to? Przyjrzyjcie się lepiej! Chłopiec zamiast oczu ma... dwie złote monety.
- Oto dziecko, które wam obiecałem, ale wasze skąpstwo uczyniło je nieszczęśliwym.
Gdy skończył mówić, znów rozległ się grzmot i starzec zniknął tak nagle, jak się pojawił.
Przerażona królowa wzięła dziecko na ręce, przytuliła je i wolno ruszyła w stronę pałacu. Za nią szedł król.
Jakże okrutnie zostali ukarani i jak bardzo cierpieli! Oddaliby wszystko, aby ich synek był taki jak inne dzieci, ale teraz mogli już tylko płakać. Łzy smutku i żalu padały na ziemię. Uklękli i prosili Boga o wybaczenie, obiecali wyrównać krzywdę, jaką wyrządzili swoim poddanym.
- Zapłacimy wszystkim po sto złotych monet, choćbyśmy mieli całkiem zbiednieć.
Król i królowa nie widzieli, co się dzieje za ich plecami. A tymczasem... Co to? Łzy szczerej skruchy zmieniały się w monety z najczystszego złota, a wiatr rozrzucał je po wszystkich drogach królestwa.
Rankiem króla i królową obudził szum i gwar pod oknami. Zerwali się przestraszeni i zobaczyli tłumy ludzi napływające ze wszystkich stron. Pomyśleli w trwodze, że poddani chcą wtargnąć do pałacu, ale na twarzach ludzi malowała się radość. Trzymali pełne garście złotych monet.
- Dziękujemy! Dziękujemy! - krzyczeli. - Jednak dotrzymaliście słowa!
Wówczas król i królowa zrozumieli, że ich prośba została wysłuchana. Rzucili się do kołyski synka i - co za cud! - maleństwo było takie jak inne dzieci, a oczy jego... oczy były niebieskie jak morze!
Teraz mogli powiedzieć:
- Nasz syn jest piękny niczym pączek róży...
Od tego dnia król i królowa stali się dobrzy i sprawiedliwi. Kiedy zaś w ich królestwie przychodziło na świat dziecko, urządzali wielką ucztę, a rodziców hojnie obdarowywali na pamiątkę chwili, w której i oni otrzymali największy skarb na świecie.
Przed wielu, wielu laty, wysoko w górach, żyła rodzina: matka, ojciec i syn. Mieszkali w niewielkiej chacie na skraju polany otoczonej lasem. Nie byli bogaci - mieli kawałek ziemi, konia i wóz. A także dwie kro winy, parę kur i psa. Gospodarz wynajmował się do przewozu drewna, a jego żona sprzedawała sery i jaja.
To, co zarobili, wystarczało zaledwie na zaspokojenie najpilniejszych potrzeb.
Cosimino, ich syn, był spokojny i posłuszny. Jak mógł, starał się ulżyć w pracy ojcu i matce. Chociaż miał już osiem lat, nie chodził do szkoły, bo szkoła była bardzo daleko, a poza tym kosztowała sporo. W tamtych czasach nie wszyscy rodzice mogli sobie pozwolić na to, by ich dzieci, zamiast pomagać w gospodarstwie, zajmowały się nauką.
A więc Cosimino nie umiał pisać i czytać, nie znał ani geografii, ani historii, ani rachunków, ale za to potrafił wiele innych rzeczy. Na przykład rozpoznawał głosy ptaków i leśnych zwierząt, wiedział, jakie drzewa rosną w okolicy, a także, które zioła mają właściwości lecznicze, które kwiaty są wczesne, a które kwitną później...
Pewnego ranka gospodarz dowiedział się, że zmarł ich bogaty krewny i zostawił mu w spadku piętnaście owiec. Najpierw pomyślał, że to jakaś pomyłka, ale kiedy wiadomość okazała się prawdziwa, polecił Bogu duszę zmarłego, a potem podziękował losowi za ten niespodziewany dar. Niebawem zaprzągł konia i ruszył w drogę, aby przywieźć owieczki.
Po powrocie przywołał syna do siebie i powiada:
- Jesteś już duży i pora, żebyś zajął się jakąś poważną pracą. Od jutra będziesz paść owce. Każdego ranka wyprowadzisz je na łąkę i musisz uważać, by żadna nie zginęła.
Cosimino spojrzał na owieczki, które radosnym beczeniem zdawały się mówić: „Cieszymy się, że cię poznałyśmy. Zobaczysz, jak wesoło będziemy razem spędzać czas na pastwisku".
- Bądź spokojny, tatusiu! Nic im się nie stanie. Jestem szczęśliwy, że mogę ci pomóc.
I tak Cosimino zaczął swoją pierwszą poważną pracę. Co dnia, o wschodzie słońca, był już na pastwisku. Oczywiście, jak przystało na prawdziwego pastuszka, miał kij pasterski, fujarkę i psa, Murzyna, czarnego jak węgiel. Wśród beczenia, poszczekiwań i gry na fujarce upływały im dni spokojnie i beztrosko.
W stadzie było jedno jagniątko o miękkiej, śnieżnobiałej sierści. Cosimino bardzo je polubił, dał mu na imię Fiocco. Brał je często na ręce, pieścił, przytulał twarz do ciepłego puszystego futerka. Jagniątko było takie delikatne i bezbronne.
Tego dnia, jak zawsze, Cosimino wyprowadził swoje stadko na łąki. Oddalili się od domu tak, że chata wydawała się zaledwie pudełeczkiem.
Pastuszek usiadł na kamieniu i zaczął grać na fujarce nie spuszczając oczu z owieczek, które spokojnie skubały trawę.
W pewnej chwili niebo poszarzało, oziębiło się i pojawiła się gęsta jak mleko mgła. Nie było nic widać na dwa kroki. Cosimino stracił z oczu swoje owieczki. Zdziwiony i przestraszony tą nagłą zmianą pogody, pełen niepokoju o stado, zaczął posuwać się po omacku i wówczas usłyszał, że poszczekiwanie Murzyna zmieniło się nagle w gwałtowne ujadanie, jakby pies chciał rzucić się na kogoś.
Nie trwało to długo. Szczekanie raptem umilkło i wokół zapanowała złowróżbna cisza. Po chwili mgła zrzedła, wkrótce rozwiała się całkowicie.
Kiedy pastuszek otrząsnął się ze zdumienia i minął mu strach, zobaczył uśpionego psa i zbite w stadko, ogłupiałe owce. Odruchowo zaczął je liczyć: jedna... dwie... pięć... dziesięć... dwanaście... czternaście... Serce mu zamarło - brakowało jednej owcy. Policzył od początku. Tak, było ich tylko czternaście. Rozejrzał się wokół, zaczął szukać, chodził tu i tam. Na nic. Owca rozpłynęła się w powietrzu!
Usiadł smutny na trawie. Jak powie ojcu, że zawiódł jego zaufanie, jak mu wytłumaczy zniknięcie owcy. To wszystko było takie niepojęte.
Podszedł Fiocco i zaczął przyjaźnie trącać chłopca w ramię, jakby chciał go pocieszyć.
- Fiocco, przyjacielu, powiedz, gdzie mam szukać owieczki? Co mam teraz zrobić?
Ale jagnię, chociaż zdawało się, że rozumie smutek chłopca, zabeczało tylko żałośnie. W ciszy, jaka zapanowała na polanie, chłopiec usłyszał skrzypnięcie i jakby westchnienie. Odwrócił się zdziwiony i zobaczył starca palącego fajkę. Siedział na fotelu uplecionym z gałęzi i wyścielonym miękką trawą. Długa broda opadała mu aż na piersi, a jego strój miał kolor gór o zachodzie słońca. Dostojeństwa przydawał mu kapelusz z mchu. Spojrzał przyjaźnie na wystraszonego chłopca i fajką dał znak, aby się zbliżył. Cosimino zrobił kilka kroków i zatrzymał się.
- Nie bój się, chłopcze. Jestem królem duchów żyjących w górach. Ptaki mi powiedziały, że straciłeś jedną ze swych owiec. Żal mi ciebie i zjawiłem się tutaj, aby dać ci pewną radę. Słuchaj uważnie. Dawno temu, kiedy nie było cię jeszcze na świecie, okolice te zamieszkiwała piękna, ale zła czarownica. Zakochała się ona w twoim ojcu i ze wszystkich sił starała się, aby ją poślubił. Ale twój ojciec, człowiek nie w ciemię bity, bardzo szybko zrozumiał, że ani ona dla niego, ani on dla niej. Powiedział, żeby poszła sobie precz i zostawiła go w spokoju. Wkrótce ożenił się z twoją matką. Wówczas piękna czarownica wściekła się i przeniosła w inne strony, aby czekać na sprzyjającą okazję. Dziś właśnie powróciła, żeby się zemścić. Sprowadziła mgłę i pod jej osłoną zaczęła działać. Uśpiła psa, porwała owcę. Ale to jeszcze nie koniec. Twoją owieczkę zamieniła w wilka, który dziś w nocy przyjdzie do zagrody, by rozszarpać całe stado. Ty mógłbyś zwyciężyć jej złe czary pod warunkiem, że zdobędziesz się na wielką odwagę. Nic więcej nie mogę ci powiedzieć. Jeszcze tylko jedno: nie mów o tym nikomu, nie szukaj pomocy ani u matki, ani u ojca. I tak ci nie uwierzą, powiedzą, że zmyśliłeś całą tę historię. A więc musisz działać sam, i pamiętaj, wszystko zależy od ciebie. Żegnaj, Cosimino. Powodzenia!
To powiedziawszy zniknął, a chłopcu długo dźwięczały w uszach słowa starca: „musisz działać sam, wszystko zależy od ciebie". Zaczął rozmyślać, co ma zrobić. W końcu postanowił - mimo że bardzo bał się wilka - nikomu nie mówić ani słowa. Tylko nocą, gdy wszyscy usną, iść do swoich owiec i czuwać w ukryciu, gotów wszcząć alarm, gdy wilk będzie chciał wedrzeć się do obory.
Było późno, słońce zachodziło za góry, ziemia przygotowywała się do snu. Chłopiec gwizdnął na psa, który właśnie się obudził, zebrał rozproszone stado i pognał je do zagrody. Zamknął oborę i poszedł do chaty.
Nadszedł wieczór. Cosimino leżał w łóżku i czekał niecierpliwie, aż w pokoju rodziców zgaśnie światło. No, wreszcie ciemno! Odczekał jeszcze chwilę i po cichutku wyszedł na dwór. Zakradł się do obory, starannie zamknął za sobą drzwi na łańcuch i skrył się w najciemniejszym kącie, za stertą siana, skąd dobrze wszystko widział: i owce, i krowy, i kury. Zwierzęta spały spokojnie nie przeczuwając niebezpieczeństwa.
Przez szpary przedostawało się srebrne światło księżyca, tworząc dziwaczne, ruchome cienie. Panowała zupełna cisza, tylko od czasu do czasu kura lub owca poruszyła się przez sen, przyprawiając czekającego w napięciu o gwałtowne bicie serca.
Pastuszek siedział tak już dobrą godzinę i oczy zaczęły mu się kleić, ale z całych sił walczył z sennością i zmęczeniem.
Czas mijał i nic się nie działo.
"Może - myślał chłopiec z nadzieją - wilk tej nocy wcale nie przyjdzie, bo poszedł sobie polować na dzikie króliki, a może... może w ogóle znalazł coś lepszego do roboty..."
Nagle wydało mu się, że ktoś skrada się do obory. Zamarł i... tak, teraz już wyraźnie posłyszał drapanie do drzwi i chrapliwy oddech.
- To on - szepnął drżąc ze strachu, ale zaraz pocieszył się: - Nie uda mu się wejść przez solidne wrota... dobrze je przecież zamknąłem na łańcuch.
Rzeczywiście, wilk jakby zrezygnował. Ale po chwili znów zaczął krążyć wokół obory. W jednej ścianie było kilka obluzowanych desek. Znalazł je. Cofnął się, aby nabrać rozpędu, i z całych sił runął na ścianę. Głuchy trzask i bestia znalazła się w środku.
Ogromne, straszne wilczysko, z łapami jak z żelaza, błyskając wyszczerzonymi kłami i tocząc pianę z pyska, wpatrywało się w chłopca fosforyzującymi ślepiami. A Cosimino, który w pierwszej chwili poderwał się na równe nogi i złapał w jedną rękę wiadro, w drugą kij, aby uderzyć na alarm, teraz stał sparaliżowany strachem, niezdolny do najmniejszego ruchu.
Zwierzęta obudziły się, ale one także skamieniały ze strachu. Nawet kury, zazwyczaj podnoszące z byle powodu harmider zdolny obudzić samego diabła, patrzyły na wilka jak zahipnotyzowane.
Tymczasem żarłoczne wilczysko upatrzyło już sobie pierwszą ofiarę - najdelikatniejszy, najsmaczniejszy kąsek - najbardziej bezbronne, ulubione jagniątko chłopca. Fiocco drżał jak wróbel w pazurach kota i błagalnie patrzył na przyjaciela wzywając pomocy. Cosimino zamknął oczy, żeby nie widzieć tego, co się za chwilę stanie, i... nagle przypomniał sobie słowa starca, że tylko wtedy zdoła pokonać zły czar, jeśli zdobędzie się na odważny czyn. Zrozumiał, że właśnie teraz nadszedł czas próby. Przełamał strach i zdesperowany rzucił się na wilka, wyrwał jagnię z jego pazurów, po czym śmiertelnie zmęczony przeżyciami tej strasznej nocy osunął się na ziemię i stracił przytomność.
Obudziły go pierwsze promienie słońca i beczenie jagnięcia, które całe i zdrowe patrzyło z wyrzutem, jakby chciało powiedzieć:
„Wstawaj, Cosimino, już czas na pastwisko! Jestem głodne".
Pastuszek przetarł oczy i rozejrzał się dookoła: wszystkie zwierzęta stały spokojnie na swoich miejscach, jakby nic się nie stało. Tylko pies Murzyn i kilka kur wyszło sobie na dwór przez dziurę zrobioną przez wilka.
Z biciem serca Cosimino zaczął liczyć owce: jedna, dwie... dziesięć... czternaście... piętnaście. A więc starzec mówił prawdę: odwaga chłopca zwyciężyła złe moce i groźnego wilka zmieniła z powrotem w łagodną owieczkę.
Ani matka, ani ojciec nie zauważyli, że ich syn spędził tę noc poza domem. Byli pewni, że tak jak każdego dnia pognał rano owce na pastwisko.
Tymczasem chłopiec zaprowadził stadko daleko, na tę samą łąkę, na której zaczęła się cała przygoda. Spodziewał się, że spotka starca i podziękuje mu za pomoc i radę. Ale na próżno wyglądał go i tego dnia, i następnych.
Być może mądry król górskich duchów wiedział już, że dzielny pastuszek sam sobie poradzi w razie niebezpieczeństwa, tym bardziej że piękna, ale zła czarownica, zrażona niepowodzeniem, na dobre opuściła te strony.
Jest to historia ubogiego wieśniaka, który, jak wszyscy wieśniacy na świecie, miał drabinę. Drabina służyła mu przy zbieraniu owoców z drzew, reperacji dachu lub rynny, a także wspinał się po niej do gołębnika, kiedy nadchodziła pora karmienia gołębi.
Wieśniak był już człowiekiem niemłodym. Mieszkał z żoną, kłótliwą babą, która ciągłym gderaniem nie dawała mu spokoju. Żyli samotnie, ponieważ ich syn zginął na wojnie, a córka wyszła za mąż i przeniosła się w inne strony.
Któregoś dnia wieśniak pracował dłużej niż zwykle i był bardzo zmęczony. Nie mógł doczekać się chwili, kiedy wreszcie odpocznie. W końcu złożył w szopie wszystkie narzędzia, a drabinę oparł o ścianę kurnika. Właśnie chciał iść do domu, kiedy usłyszał jakiś hałas. Obejrzał się i zaniemówił z wrażenia - drabina poruszyła się sama!
"To przecież niemożliwe - pomyślał przecierając oczy - coś mi się przywidziało ze zmęczenia".
Ale gdy tylko zrobił kilka kroków, znów usłyszał ten sam hałas. Przestraszony nie na żarty odwrócił się ostrożnie i zobaczył, że drabina kołysze się lekko: do przodu i do tyłu. Podszedł do niej i nieśmiało zapytał:
- Dlaczego poruszasz się? Czyżbyś ożyła? Stój spokojnie i pozwól mi wreszcie iść do domu. Jestem zmęczony.
Gdy tylko to powiedział, zobaczył malutką panienkę siedzącą na szczeblu. Miała skrzydełka, a w jasnych włosach dużą kokardę.
- Kim jesteś?
- Duszkiem, który mieszka w drabinie. Na imię mi Concettina i jestem okropnie głodna - mówiła panienka jednym tchem. - Zerwij mi najpiękniejsze jabłko z twojego sadu, a nie pożałujesz tego. Wiem, że jesteś dobrym i skromnym człowiekiem i że ciężko pracujesz...
Wieśniak słuchał zdumiony. Coś podobnego wydarzyło mu się pierwszy raz w życiu. Naprawdę czuł się zmęczony i pragnął położyć się do łóżka, ale nijak mu było odmówić prośbie, tym bardziej że wyraźnie obiecano mu nagrodę.
Zrezygnowany wziął drabinę; duszek usiadł mu na ramieniu i skierowali się ku najpiękniejszej jabłoni w sadzie. Wieśniak oparł drabinę o pień i zaczął się wspinać. O dziwo - od razu poczuł się rześko i lekko. Wspinał się i wspinał, a kiedy jakieś jabłko wydawało mu się najpiękniejsze i chciał je już zerwać, Concettina wołała:
- Nie! Jeszcze nie to! Zobacz, tamto na czubku drzewa!
Szczebel po szczeblu szedł wyżej i wyżej i wydawało mu się, że nigdy nie dotrze do celu, bo drzewo jakby jeszcze urosło, drabina się wydłużyła, a najpiękniejsze jabłko jaśniało wśród liści coraz to dalej.
- To chyba jakieś czary. Nigdy nie dosięgnę tego jabłka - powiedział w końcu trochę rozzłoszczony.
Ale Concettina, która cały czas skakała beztrosko to na ramię, to na gałązki, zachęcała:
- Idź wyżej, a nagroda cię nie ominie.
W pewnej chwili biedaczysko, któremu już kręciło się w głowie, spojrzał w dół i o mało nie spadł z drabiny: był tak wysoko, że jego własny dom wydawał się zaledwie punkcikiem.
Chwycił się kurczowo drabiny i wzniósłszy oczy do nieba zaczął modlić się o ratunek. I wtedy zobaczył księżyc. Był tuż-tuż. Przerażony pożałował, że posłuchał Concettiny, która teraz kpiła z jego strachu i wołała:
- Śmiało! Jeszcze tylko dwa stopnie i dosięgniesz jabłka.
Wieś ...
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze