Wśród tysięcy więźniów niemieckiego obozu w Potulicach znaleźli się także mieszkańcy Czeczewa – wioski, która jak wiele innych, boleśnie odczuła okrucieństwo niemieckiej okupacji. Ich losy są częścią dramatycznej historii tego miejsca, które w kwietniu 1945 roku zostało wyzwolone. W 80. rocznicę tych wydarzeń, w ramach Miesiąca Pamięci Narodowej, odbędą się uroczystości upamiętniające ofiary obozu „Potulice – Lebrechtsdorf”. Z tej okazji rozmawiamy z Mariuszem Gratkowskim – kustoszem Muzeum Ziemi Krajeńskiej w Nakle nad Notecią.
26 kwietnia 2025 roku (sobota) o godzinie 10:30 na Cmentarzu Ofiar w Potulicach rozpoczną się główne obchody, połączone również ze Świętem Patrona Zespołu Szkolno-Przedszkolnego im. „Dzieci Potulic”. Wydarzenie to jest wspólną inicjatywą Burmistrza Miasta i Gminy Nakło nad Notecią, szkoły w Potulicach, Stowarzyszenia „Potulice – Przeszłość, Teraźniejszość, Przyszłość” oraz Dowódcy Garnizonu Bydgoszcz. Patronat honorowy nad obchodami objęli Wojewoda Kujawsko-Pomorski i Marszałek Województwa Kujawsko-Pomorskiego.
Program przewiduje m.in. występy uczniów, mszę świętą, apel poległych, złożenie kwiatów oraz przemówienia pod obeliskiem przy Zakładzie Karnym w Potulicach – miejscu, gdzie niegdyś znajdował się obóz.
Z tej okazji rozmawiamy z Mariuszem Gratkowskim – kustoszem Muzeum Ziemi Krajeńskiej w Nakle nad Notecią, który pracuje nad pierwszą kompleksową monografią poświęconą obozowi w Potulicach. W rozmowie przybliża m.in. historie więźniów pochodzących z regionu – w tym mieszkańców Czeczewa – i mówi o znaczeniu pamięci lokalnej dla tożsamości narodowej.
Jan Wiśniewski: Od lat 60-ych organizowane są uroczystości , które przywołują tamten czas, tamtą tragedię. Jej uczestnikami są byli więźniowie obozu, władze powiatu, województwa oraz młodzież.
To lekcja historii dla nas wszystkich i przyszłych pokoleń.
Mariusz Gratkowski: Obóz w Potulicach k. Nakła powstał w listopadzie 1940 r. na terenie pałacu i zabudowań gospodarczych byłych właścicieli majątku ziemskiego, których ostatnia właścicielka Aniela Potulicka zmarła w 1932 r. Pierwszy transport więźniów przybył 4 lutego 1941 roku. Obóz ten był jednym z najważniejszych narzędzi depolonizacji i germanizacji Pomorza Gdańskiego, ówczesnego Okręgu Rzeszy Gdańsk-Prusy Zachodnie. Zadanie to realizowano poprzez Centralę Przesiedleńczą (Umwandererzentralstelle), przeniesioną w lutym 1943 roku do Potulic (Lebrechtsdorf), której podlegały różne obozy. W myśl polityki niemieckiego okupanta, Polacy mieli całkowicie zniknąć z tego terenu, podobnie jak z Wielkopolski i Śląska. W wyniku rywalizacji pomiędzy gauleiterem Albertem Forsterem i szefem SS Heinrichem Himmlerem, depolonizacja Pomorza przebiegała nieco odmiennie, niż zakładał Himmler – główny specjalista i wykonawca polityki rasowej III Rzeszy Niemieckiej. Himmler chciał eliminacji wszystkich osób nie spełniających kryteriów rasowych, a Forster wolał zachować Polaków na czas wojny, aby nie zakłócić realizacji planów gospodarczych. Himmler doprowadził do częściowej realizacji swojej polityki poprzez m.in.: KL Stutthof i obóz w Potulicach: UWZ-Lager Potulitz (od października 1942 r. Lebrechtsdorf). Przy tym obozie istniała specjalna placówka do realizacji celów rasowych: SD-Sonderreferat. Na polecenie Himmlera od listopada 1943 r. funkcjonował Ostjugendbewahrlager Lebrechtsdorf (germanizacja i kradzież dzieci). Te instytucje działały do ostatniego dnia funkcjonowania obozu – 21 stycznia 1945 r.
UWZ-Lager Potulitz/Lebrechtsdorf formalnie nie podlegał Inspekcji Obozów Koncentracyjnych SS, ale był tworzony na wzór KL Stutthof. W październiku 1941 r. przybyli tu SS-mani ze Stutthofu na czele z komendantem Maxem Pauly oraz dowódcą 3 kompanii SS – Paulem Ehle. Wprowadzili swoje „porządki”, które panowały do stycznia 1945 r. Nie był to więc typowy obóz przesiedleńczy czy pracy. Nie da się opisać jego funkcji i zadań w kilku słowach. Głód, większy niż w obozach koncentracyjnych, ciężka praca i fatalne warunki sanitarne, były głównymi przyczynami śmierci. Znamy minimalną liczbę ofiar, wśród nich 60% to dzieci do 14 roku życia. W żadnym innym niemieckim obozie nie przebywało jednocześnie ok. 4000 dzieci, tak jak w Lebrechtsdorf.
Historia tego obozu i losy więźniów oraz zbrodniczej załogi wymagają wnikliwych badań naukowych.
Jan Wiśniewski: Pisze Pan wielka monografię o obozie Potulice
Mariusz Gratkowski: - Wielka to chyba nie, ale ma być wnikliwa i odpowiedzieć na najważniejsze pytania: po co w ogóle Niemcy utworzyli ten obóz, jakie chcieli osiągnąć cele, która konkretnie instytucja finansowała to przedsięwzięcie, jakie były efekty jego istnienia dla okupanta oraz dlaczego było tu tyle dzieci i dlaczego głównie one były ofiarami? Pierwsza publikacja na temat tego obozu pojawiła się w 1967, a kolejna w 1968. Przełomowe były ustalenia na konferencji naukowej w Szczecinie w 1987, opublikowane w roku 1989. Z czasem pojawiło się wiele cennych wspomnień: drukowanych i niedrukowanych. Gdy pięć lat temu postanowiłem zająć się utrwalaniem pamięci o obozie, ze zdumieniem odkryłem, że publikacje te zawierają sporo luk i cześć zagadnień w ogóle nie jest opracowana. Niemal szoku doznałem, gdy zacząłem od ub. roku regularnie przeglądać ogromne zasoby w Archiwum Państwowym w Bydgoszczy, ok 7000 dokumentów dot. UWZ, SD-Sonderreferat i samego obozu. Jest tam odpowiedź na wiele pytań. Np. do tej pory nikt nie zwrócił uwagę, że obóz ten podlegał Policji Specjalnej (Sipo) i Służbie Bezpieczeństwa (SD). Były to wyspecjalizowane organa SS, których celem na co dzień był coś zupełnie innego, niż prowadzenie obozów. To oni, jako „specjaliści rasowi”, określali kryteria ocen rasowych, ustalali, kto jest wrogiem państwa i narodu niemieckiego (SD), oraz nadzorowali eliminację tych wrogów (Sipo). Do realizacji fizycznej tych zadań były: policja kryminalna (Kripo), porządkowa (Schupo) i obozy z załogami SS. Nikt nie prześledził powiązań personalnych: wódz SS Himmler – wyżsi urzędnicy SS, SD, Sipo w Okręgu. Wg moich ustaleń, wszystko to wskazuje, na fakt, że obozem tym był zainteresowany sam Himmler i poprzez niego chciał realizować bezwzględnie politykę rasową na Pomorzu Gdańskim.
W tymże Archiwum Państwowym w Bydgoszczy są także dokumenty Okręgowej komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich. Wydawało się, że nie będą dostępne, gdyż w latach 70-ych i 80-ych Polska wysyłała oryginały do prokuratur niemieckich. Łudzono się, że Niemcy rozliczą zbrodniarzy. Przykład śledztwa dot. Lebrechtsdorf pokazuje, że były to „intensywne śledztwa w kierunku umorzenia”. Nie mniej też wnoszą sporo wiedzy o funkcjonariuszach obozu.
Jan Wiśniewski: Kiedy rozmawiałem w Czeczewie (gmina Przodkowo) z żyjącymi jeszcze więźniami obozu Potulice, mimo młodego wówczas wieku (2 – 6 lat), jeszcze dzisiaj potrafią opowiedzieć o wielu szczegółach ze swego pobytu w obozie.
Mariusz Gratkowski: Nie jestem tym zaskoczony. Ja w rozmowie z osobami, które miały wtedy 4 lata, sporo się dowiedziałem. Traumatyczne przeżycia wryły się więźniom w pamięć i nie mogą tego zapomnieć. Ja zgromadziłem ok. 300 wspomnień, relacji byłych więźniów. Mam pokaźną kolekcję wierszy i piosenek obozowych. Jedna z więźniarek, Anna Tomaszewska z Nakła, zapamiętała melodie i imamy już nuty autorstwa p. Jerzego Stachurskiego. Zdumiewające jest, że jeszcze w tym roku dotarły do mnie kolejne, niepublikowane wspomnienia. Niektórzy więźniowie pisali wspomnienia, relacje i dopiero teraz ich rodziny odkrywają maszynopisy w domach. W różnych archiwach też są takie relacje, do tej pory nie publikowane, jak np. w Muzeum KL Stutthof.
Jan Wiśniewski: Na okoliczność 100- lecia Parafii p.w. św. Józefa w Czeczewie przygotowuje Pan artykuł o jej mieszkańcach, którzy byli w obozie w Potulicach
Mariusz Gratkowski: Zgodziłem się, gdyż zależy mi na popularyzacji dziejów tego obozu. Jest trochę dokumentów w archiwum w Bydgoszczy dot. miejscowości parafii Czeczewo. Wszystkie są w języku niemieckim, co dla wielu osób stanowi barierę w badaniach. Ja nie mam z tym problemu. Liczę też na pozyskanie relacji byłych więźniów. Moim celem jest dojście do prawdy i pokazanie jej czytelnikom. Nie mogę się pogodzić z faktem, że na temat drugiego pod względem wielkości obozu w Okręgu Gdańsk-Prusy Zachodnie jest tak mało monografii i tak niewiele o nim wiadomo. Pół biedy, gdyby to dotyczyło tylko powszechnej świadomości, ale w kręgach naukowych ten obóz praktycznie nikogo nie interesuje i wiedza jest bardzo powierzchowna. Ja chcę to zmienić.
Jan Wiśniewski: Dziękuję za rozmowę
Foto ze zbiorów: Muzeum Ziemi Krajeńskiej w Nakle nad Notecią
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze