Reklama

Czy „miłośnicy” upadli tak nisko?

09/02/2004 15:16
Na ogół zgadzamy się ze stwierdzeniem, że samorząd – w szczególności samorząd terytorialny, czyli władza lokalna – jest wielkim dobrem. Jego idea oznacza, że sami decydujemy o ważnych sprawach naszego miasta, osiedla, sołectwa, wsi. Kiedy w maju 1990 roku odbywały się pierwsze po czasach komunistycznych wybory do samorządu gminnego (który miał zastąpić radnych wyznaczonych przez PZPR, a potem „przyklepanych” przez nas w głosowaniach, na które większość chodziła ze strachu, „na wszelki wypadek”) - wielu z nas przeżywało stan euforii. Wyobrażaliśmy sobie Bóg wie co.

Niestety, w naszym publicznym życiu mamy do czynienia od wielu lat z patologiami, które trudno jest pojąć „na zdrowy rozum”. Dotyczy to zarówno wielkiej polityki, jak i spraw lokalnych. Wypaczana jest idea samorządności i demokracji (przykładów coraz więcej w codziennych serwisach wiadomości). Wywołuje to w nas apatię, zniechęcenie do jakiejkolwiek aktywności publicznej. Do tego dochodzi lęk: lepiej nie podskakiwać, bo można narazić się jakiejś klice, stracić pracę itp. Konieczna jest moralna odnowa życia publicznego! Niestety, tu nie pomoże żaden prokurator. Musi się to stać na samym dole, w każdym z nas, bo bez tego nic się nie zmieni – ani tam w Warszawie, ani u nas, w Kartuzach.

„Dobrze gada, ale niech sam da przykład...”. Pewnie wielu tak pomyślało. Ja też. Dlatego – aby mój apel nie był gołosłowny – zaczynam od siebie.

Czuje się w obowiązku wskazać publicznie na przykre fakty, które miały miejsce w ostatnich tygodniach w Kartuzach, a nie powinny się absolutnie wydarzyć, jeżeli idę samorządności traktujemy poważnie. W „Gazecie Kartuskiej” z 20 stycznia ukazał się artykuł „Rok 2003 pod znakiem Rynku”. Obszernie jest tam cytowana „czytelniczka”, wypowiadająca się w tonie „My, mieszkańcy Kartuz...”, „Myśmy ich wybrali po to, aby dbali o wygląd naszego miasta...”. Kto kryje się pod określeniem „My, mieszkańcy”? „Gazeta Kartuska” tego nie precyzuje, określając tylko cytowaną osobę jako „czytelniczkę”. Podejrzewam, że gazeta nieświadomie padła ofiarą manipulacji. Oficjalne pismo o tej samej treści zostało bowiem złożone do władz Powiatu Kartuskiego z podpisem Łucja Drobot. Niestety, bez adresu. Na pismo „mieszkanki Kartuz” wypadałoby odpowiedzieć, tylko że w ewidencji mieszkańców stolicy Kaszub taka osoba nie istnieje... Latem zbieraliśmy podpisy pod petycją w sprawie Rynku. Podpisało się imieniem i nazwiskiem ponad 1.200 osób – żywych, nie zmyślonych. I co? I nic. U władz odzew na petycję prawie żaden. A wokół listu „Łucji”, pisanego „w imieniu”, dużo szumu. Kto dopuścił się tej mistyfikacji i dlaczego nie użył swojego nazwiska? W tej samej publikacji cytowane jest pismo Towarzystwa Miłośników Kartuz. Znam je w całości, bo zostało skierowane również do mnie, jako radnego powiatu. Jedno mnie szczególnie niepokoi w tonie tego listu. Przywołuje się tu „ducha” zaborców, hitlerowskich władz okupacyjnych, władz Armii Czerwonej i tych z PRL. Niektóre „duchy” wymienione są z nazwiska. Piszą „miłośnicy”: „Jeden oficer Armii Radzieckiej, ppłk. Mikuczewski, żyjący kilka lat w naszym mieście, pełniąc ważne funkcje w Radzie Miasta, już wówczas mówił o potrzebie zainstalowania na Rynku wodotryskałku” [!]. Ludzie! Takie argumenty przywołują „miłośnicy Kartuz”! Co to za „Rada Miasta”, w której „ważne funkcje” pełnił sowiecki oficer bezpieczeństwa?! Kto go do tej „Rady” wybrał: Węsiorowie? Radomscy? Pryczkowscy? Brylowscy? Richertowie? Labudowie? Koszałkowie? Nie! Jego „wybrało” na to „ważne stanowisko” sowieckie NKWD! Czy „miłośnicy” upadli już tak nisko, że powołują się na „autorytet” takiego „radnego”?! A za kilka miesięcy wchodzimy do zjednoczonej Europy. Armii sowieckiej już dawno u nas nie ma i nigdy nie będzie (żebym tego nie wypowiedział w złą godzinę...). Bezpowrotnie odszedł też czas trybuny 1-majowej na Rynku. Nam pozostała pamięć, kto na tej trybunie brylował [!] Ale to wszystko nic – w porównaniu z wyskokiem burmistrza Gołuńskiego. W relacji ze styczniowej konferencji prasowej („Kurier Kartuski” z 27 stycznia) czytamy: „Będę się spotykał z prasą lokalną co miesiąc, by uniknąć sytuacji, że opozycja mówi i drukuje w gazetach niedorzeczne informacje, a czasami wręcz kłamliwe”. Potem jeszcze dodaje, z charakterystyczną dla siebie butą, że w razie otrzymywania artykułów od opozycji, należy zadzwonić do niego, a on już rozwieje wszelkie wątpliwości! „Po co mieszkańcy mają czytać coś, co potem nadaje się do sprostowania. W sumie później nie wiadomo, o co chodzi”. Gdyby premier Miller powiedział coś takiego w Sejmie, to zbyteczne byłyby już wnioski w sprawie skrócenia kadencji parlamentu. Doszłoby bowiem do zbiorowego skrętu kiszek. Oczywiście, że śmiechu. A u nas? Nikt się nie śmieje. Jo... Może to je i dobry pomysł? Towarzyszu Mikuczewskij, czyżby wasza odpowiedzialna służba nie poszła na marne? Czy zmieniliście na trwałe mentalność nas Kaszubów?

Juliusz Zielonka
Radny Powiatu Kartuskiego

P.S.: Pisząc te słowa nie jestem pewien, czy je Państwo przeczytają. Być może zamiast tego listu w naszych lokalnych gazetach ukaże się zapis: „Zarządzenie Burmistrza Grzegorza Gołuńskiego o kontroli prasy, publikacji i widowisk”. Obok przeczytacie kolejny list Łucji Drobot. Nie pozwólmy przypinać sobie oślich uszu – czego sobie i Państwu życzę.
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Kartuzy.info




Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Najnowsze wiadomości